fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zadania

Wojna miast z prywatnymi przedszkolami o zaległe dotacje

www.sxc.hu
Magistraty nie chcą być dłużej „dojną krową" dla prawników domagających się zaległych dotacji dla prywatnych przedszkoli.

Coraz częściej prywatne przedszkola występują przeciwko miastom do sądów o wypłatę zaległych dotacji. Chodzi o grube miliony złotych. Władze miast nie mają sobie nic do zarzucenia. Związek Miast Polskich zlecił wykonanie ekspertyzy prawnej, która ma pomóc magistratom bronić się przed pozwami.

Pieniądze dla Ślimaczka

W Wałbrzychu pieniędzy za lata 2012–2014 żądają cztery prywatne przedszkola.

– W sumie roszczenia opiewają na 2 mln zł. Nie chcemy dobrowolnie wypłacać tych pieniędzy, ponieważ dotacje zostały wyliczone prawidłowo – mówi Edward Szewczak z Urzędu Miasta w Wałbrzychu.

– Właściciele przedszkoli składają więc pozwy przeciwko nam do sądu. W zeszłym roku jedno z nich wygrało 455 tys. zł. Zapłaciliśmy żądaną kwotę, ale jednocześnie wystąpiliśmy ze skargą kasacyjną do Sądu Najwyższego. Sprawy pozostałych trzech przedszkoli również są w sądach. Nie ma jeszcze prawomocnych wyroków – tłumaczy Szewczak.

Czytaj też:

Wałbrzych nie jest jedynym miastem, które ma ten problem. W zeszłym roku np. przedszkole Ślimaczek w Zielonej Górze wywalczyło 3,2 mln zł, a w Piasecznie – 1,2 mln zł.

– Z naszych obserwacji wynika, że skala roszczeń jest ogromna. Kilka kancelarii prawnych w Polsce wyspecjalizowało się w tego typu dotacjach i proponuje przedszkolom, że wywalczy pieniądze za część wygranej. A te się oczywiście chętnie na to godzą – mówi Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich. I dodaje: – Problem dotyczy okresu sprzed 2017 r., kiedy prawo oświatowe nie regulowało precyzyjnie sposobu liczenia dotacji. Mówiło ono, że na każdego ucznia przysługuje dotacja w wysokości nie niższej niż 75 proc. ustalonych w budżecie danej gminy wydatków bieżących, ponoszonych w przedszkolach publicznych w przeliczeniu na jednego ucznia – wyjaśnia Marek Wójcik.

Zwietrzyły interes

– W opinii przedszkoli i kancelarii prawnych, które w nieprecyzyjności przepisów zwietrzyły interes, miasta zaniżały dotacje i w związku z tym występują na drogę sądową. Naszym zdaniem z innych przepisów wynika, że koszty edukacji liczy się zadaniowo (np. algorytm podziału subwencji oświatowej), więc podobnie należy traktować środki na edukację przedszkolną. Nic się więc przedszkolom nie należy. Jeżeli wywalczą pieniądze w sądzie, będziemy je rozliczać zgodnie z zasadami obowiązującymi dla dotacji. Ani jedna złotówka nie trafi do prywatnej kieszeni właściciela przedszkola – zastrzega Wójcik.

Przedszkola i prawnicy uważają inaczej. Ich zdaniem to samorządy oszukują.

– Problem jest mi doskonale znany. Prowadzę wiele takich spraw. Kwoty roszczeń za jeden rok wynoszą nawet 100 tys. zł. Roszczenia zatem dotyczące kilku lat mogą sięgać nawet kilku milionów złotych. W większości wypadków sądy orzekają na korzyść właścicieli przedszkoli – wyjaśnia Robert Kamionowski, radca prawny z kancelarii PNP Law.

Nie takie niewinne

– Wiele samorządów nieświadomie lub celowo nieprawidłowo ustalało w poprzednich latach koszty ponoszone przez niepubliczne przedszkola. A to na ich podstawie ustala się dotację dla prywatnych placówek. Nie wliczano np. kosztów posiłków wydawanych dzieciom, wydatków ponoszonych na dzieci niepełnosprawne, wydatków zamieszczonych w innych rozdziałach budżetu – tłumaczy mec. Kamionowski.

– To, co osoby wygrywają przed sądem, w świetle przepisów nie jest czystą dotacją czy uzupełnieniem zaniżonych dotacji. Dotacja przysługuje bowiem za dany rok budżetowy, a po jego upływie można żądać już tylko świadczeń odszkodowawczych. I taki charakter mają zasądzane kwoty. Oznacza to, że właściciel przedszkola może przeznaczyć zasądzone kwoty w zasadzie na co chce, nawet na cele prywatne. Samorządy nie mają prawa kontrolować i sprawdzać, na co wydał pieniądze. Należy pamiętać, że podlegają one opodatkowaniu jak inny dochód z działalności gospodarczej – wyjaśnia Robert Kamionowski.

Według niego dużym problemem jest obecnie ustalanie właściwości sądu. Nie wiadomo, czy tego typu sprawami powinny zajmować się sądy cywilne czy administracyjne. Jasne jest, że dla roszczeń do 2016 r. właściwe są sądy cywilne, od 2017 r. na skutek zmiany przepisów w tych sprawach nie orzekają ani jedne, ani drugie.

– Czekamy na uchwałę SN – mówi Kamionowski.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA