Unia Europejska

Dziesięć lat Polski w strefie Schengen

materiały prasowe
Warunki ekonomiczne, które teraz panują w Polsce, sprawiają, że odchodzimy od dyskursu o taniej sile roboczej pochodzącej z naszego kraju - mówi Ryszard Żółtaniecki, dyplomata, socjolog z Collegium Civitas

Rzeczpospolita: Dokładnie dziesięć lat temu, 21 grudnia 2007 roku, Polska przystąpiła do układu z Schengen. Co właściwie zmienił on w życiu zwykłych Polaków?

Ryszard Żółtaniecki: Przede wszystkim w ramach grupy Schengen, czyli niemalże w obrębie całej Europy, uzyskaliśmy prawo do swobodnego przemieszczania się. W czasie podróży po kontynencie nie potrzebujemy już paszportu, wystarczy mieć ze sobą dowód osobisty. Poza tym w zasadzie zniknęły kontrole na granicach wewnątrz grupy, a z tym także stres ich przekraczania i legitymowania się. Dzięki temu przejeżdżamy przez Europę tak, jakby była to podróż po naszym własnym kraju. To daje ogromne poczucie wolności. Dla mojej generacji jest to dodatkowo spełnieniem marzenia, które kilkadziesiąt lat temu wydawało się zupełnie nierealne. Dzięki temu poczuliśmy, że w końcu należymy do tego świata i że Europa jest po prostu jednym wspólnym domem dla nas wszystkich. W ten sposób poczuliśmy, że wreszcie wyzwoliliśmy się z przeszłości.

A jak zareagowała na to polska gospodarka?

Kluczową rolę odegrała tu masowa emigracja i wykorzystywanie tzw. taniej siły roboczej z Polski. To ze względu na nasz rynek pracy. Z jednej strony mieliśmy przecież bardzo wysokie bezrobocie, a z drugiej brakowało nam kapitału potrzebnego, by nasza gospodarka mogła stwarzać odpowiednią ilość miejsc pracy. Dlatego właśnie ludzie wyjeżdżali, ale nie można też zapomnieć, że Polskę wykorzystywano również jako dobre miejsce do przeniesienia tu najbardziej elementarnych działań przemysłowych. Było to możliwe nie tylko dzięki strefie Schengen. Zjawisko to wynikało też z istniejących w Unii Europejskiej swobód rynkowych, czyli przepływu ludzi, towarów, usług i kapitału. W sytuacji, kiedy na Zachodzie przyspieszał postęp technologiczny, my cieszyliśmy się, że otwierano u nas prostą montownię. I wtedy rzeczywiście było to dla nas korzystne, bo przecież w zamian tysiące osób dostawało pracę. Tylko że w pewnym momencie ten model w końcu się wyczerpał.

Dlaczego?

Bo trzeba było w końcu przejść do kolejnego etapu rozwoju. Jeszcze dziesięć lat temu mieliśmy zupełnie inne priorytety. System polityczny jeszcze nie do końca był ustabilizowany, nie wiedzieliśmy, jak będzie się rozwijała polska gospodarka i czy poradzimy sobie w starciu z zachodnią konkurencją. Jednak doszliśmy do momentu, w którym uznaliśmy, że to wstrzymuje nasz postęp. Warunki ekonomiczne, które teraz panują w Polsce, sprawiają, że odchodzimy od dyskursu o taniej sile robocze pochodzącej z naszego kraju, a coraz częściej jesteśmy kojarzeni z państwem, gdzie można otworzyć wyspecjalizowane fabryki, a nie tylko proste montownie.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL