fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Trzy siostry, dramat miliardów

Materiały prasowe, Monika Stolarska
Znakomite czechowowskie „3Siostry" Luca Percevala w TR Warszawa to ukłon w stronę Tadeusza Kantora i Samuela Becketta.

Perceval, gigant europejskiego teatru, podkreśla, że jego teatralną inicjacją było obejrzenie przedstawień Kantora. Reżyserując w Polsce, przygotował spektakl, który jest też ukłonem w stronę Kantorowskiego Teatru Śmierci.

Aktorzy TR Warszawa i Starego Teatru zaczynają rozłożeni na krzesłach jak ludzie manekiny z „Umarłej klasy". Ożywieni lunatyczną siłą, zbijają się w bezładną masę ludzkich ciał. Próbują tworzyć wspólnotę, ale optymizm zapętlonych korpusów, rąk i nóg, jest turpistycznie absurdalny: nie pasują do siebie, odpychają się, kończą w samotności. Czasem przerywa ją kopulacja, jak Maszy (Natalia Kality) i Wierszynina (Jacek Beler), który wjechał do spektaklu na inwalidzkim wózku. Reżyser postarzył postaci, a w przypadku podpułkownika pokazał, jaki był jego frontowy los po wyjeździe z domu trzech sióstr.

Czuć aurę teatru Becketta. Kojarzony z atrofią czechowowskich postaci noblista w dystopijnej „Końcówce" głównego bohatera Hama unieruchomił właśnie na wózku inwalidzkim, skąd snuje wspomnienia pokiereszowane jak on sam. Czarne okulary Hama nosi najstarsza z sióstr Olga (Maria Maj). Cała rodzina Prozorowych i jej krąg chce wrócić do przeszłości, odegrać dawne marzenia i młodość, jakby wszyscy byli aktorami, którzy podczas spektaklu zyskują władzę nad czasem, zapominając o życiowym dramacie.

Kluczem do tego świata jest Tuzenbach. U Czechowa ledwie 30-latek ginie w pojedynku z Solonym. U Percevala grany jest przez dwukrotnie starszego Zygmunta Józefczaka, zgodnie z zapowiedzią, jak pada u Czechowa, że będzie „dalej z żywymi – tak czy inaczej". Jesteśmy w świecie duchów. Wcielają się w kolejne pokolenia, które łudzą się perspektywą zmiany, a przecież istota egzystencji jest niezmienna. Pokazuje to wstrząsający obraz idącego do krawędzi sceny, a i życia, pochodu z Wierszyninem na czele.

Szekspirowską metaforę losu człowieka aktora współtworzy scenografia Philipa Bussmanna. Aktorów bohaterów publiczność obserwuje z bocznej perspektywy statystów. Aktorzy siedzą przed gigantyczym lustrem jak w teatralnej garderobie. W lustrze odbija się również tył blejtramowej scenografii. Nawet rzekomym protagonistom ani razu nie udaje się wydostać na główną scenę. Kafka spytałby pewnie, czy taka w ogóle istnieje. Wszyscy są skazani na koszmar w stylu platońskiej jaskini: grają w teatrze cieni.

Wyjątkowa jest scena, gdy Małgorzata Zawadzka (Irina) szarżą kobiecego Narcyza, napiera roznegliżowanym ciałem na lustro, sądząc, że może przełamać jego chłód. Nawet się poruszyło. Efekt rozedrganej emalii przypomina fatamorganę. Alicją z krainy czarów ani Irina, ani nikt inny – nie będzie. Każda akcja kończy się stagnacją.

Podboju próbuje Natasza (Marta Ojrzyńska). Bratowa sióstr anektuje przestrzeń więdnącej rodziny z energią migrantki ze stereotypów. U Czechowa walczy o pokój dla dziecka. U Percevala dla pieska. Mamy symbol demograficznej katastrofy. Powidokowe, grane od końca elektroniczne sample Karola Nepelskiego to pocięta taśma pamięci. Żaden producent jej nie sklei. Życie rozsypuje się jak proch. Teatr przynosi chwilowe zapomnienie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA