fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Jerzy Haszczyński: Krótka historia walki z „polskimi obozami”

Dla większości świata subtelności polsko-izraelskiego sporu o obozy zagłady nie istnieją. Dla nich przekaz jest krótki, ogłoszony przez premiera Beniamina Netanjahu: Polska pisze historię na nowo i zaprzecza Holokaustowi. Na zdjęciu wizyta prezydenta Andrzeja Dudy na narodowym cmentarzu Izraela na Wzgórzu Herzla w Jerozolimie, styczeń 2017 r.
KPRP, Andrzej Hrechorowicz
Setki kłamliwych określeń o „polskich obozach śmierci", z którymi mieliśmy do czynienia przed laty, przerodziły się nagle w miliony. Rozwój internetu nie jest niestety sprzymierzeńcem obrońców prawdy historycznej. Im więcej kanałów informacji, tym więcej kłamstw.

Wiele nie trzeba tłumaczyć. O polsko-izraelskiej wojnie o „polskie obozy" dowiedzieli się chyba wszyscy potencjalni czytelnicy „Plusa Minusa".

Dowiedziały się też miliony ludzi za granicą, którzy po „Rzeczpospolitą" i żadną polską gazetę nigdy nie sięgną, choćby z powodów językowych. Dla nich wszelkie subtelności w tym starciu są nieczytelne, przekaz jest krótki i prosty, ogłoszony przez premiera Beniamina Netanjahu, jednego z najbardziej rozpoznawalnych polityków świata: Polska pisze historię na nowo i zaprzecza Holokaustowi. I robi to, walcząc z określeniem „polskie obozy" (a skoro pisze na nowo i zaprzecza, to znaczy, że obozy były polskie).

Inny przekaz do zdecydowanej większości nigdy nie dotrze, bo temat nie zaistnieje już nigdy z taką intensywnością w mediach klasycznych i internetowych. Będzie jak z katastrofą smoleńską, cały świat usłyszał przekaz Tatiany Anodiny o polskim generale, który pijany wszedł do kokpitu i kazał lądować. A późniejsze zaprzeczenia, oświadczenia, ogłoszenia wyników prac różnych komisji docierały prawie wyłącznie do rozgorączkowanych Polaków.

Zamek, głaz, bumerang

Efekty walki z „polskimi obozami" budzą we mnie dzisiaj różne skojarzenia. Z zamkiem zbudowanym na piasku, który się zawalił i rozpłynął. Takie skojarzenie sugeruje naiwność budowniczych i trwałość stereotypów.

Albo z grupą syzyfów, początkowo małą, do której przyłącza się coraz więcej ochotników, amatorów, społeczników, i pchają pod górę głaz. Raz się potkną, raz kamień się osunie, ale powolutku zmierzają ku szczytowi, który ledwie widać. Część pchaczy przechodzi jednak na zawodowstwo i wymusza szybsze tempo. Tak ostre, że tracą kontrolę nad głazem. Stacza się z hukiem w odległą dolinę, czyniąc po drodze wielkie zniszczenia. Jest też skojarzenie z bumerangiem, który wrócił i boleśnie uderzył w głowę rzucającego. Jak to było z tym zamkiem czy bumerangiem? Przedstawię teraz krótką, subiektywną historię przegranej sprawy.

„Rzeczpospolita" rozpoczęła akcję przeciw „polskim obozom" na samym początku 2005 roku. Dlaczego w tym momencie? Zbliżała się okrągła rocznica wyzwolenia Auschwitz, na uroczystości wybierało się wielu „vipów". Na całym świecie pojawia się wiele tekstów, a w nich „polskie obozy". Wcześniej też się oczywiście pojawiały, Polacy na całym świecie reagowali z oburzeniem i „Rzeczpospolita" nie tylko opisywała zgłaszane przez nich przypadki, ale i interweniowała w redakcjach, które wypaczały historię drugiej wojny światowej.

Nigdy wcześniej nie było ich tak dużo w tak krótkim czasie jak w styczniu 2005 roku. Trzeba tu jednak dodać, że kilkanaście lat temu dotyczyło to przede wszystkim mediów tradycyjnych, czyli głównie gazet. Rozwój internetu nie jest niestety sprzymierzeńcem obrońców prawdy historycznej, im więcej kanałów rozpowszechniania, tym więcej kłamstw. Dlatego z setek „polskich obozów" przed laty doszliśmy do milionów dziś.

Akcja polegała m.in. na tym, że każdy, kto znajdzie to sformułowanie, może wysłać list do redakcji, która się tego dopuściła (na stronie internetowej „Rzeczpospolitej" były gotowe listy w kilku językach). Przypadki, wcześniejsze i późniejsze, opisywałem i komentowałem w „Rzeczpospolitej" wraz z Katarzyną Zuchowicz (obecnie w portalu NaTemat) i Piotrem Zychowiczem (teraz wicenaczelnym tygodnika „Do Rzeczy" i autor wywołujących kontrowersje książek o historii XX wieku). W akcję angażowali się też redaktor naczelny Grzegorz Gauden (później dyrektor Instytutu Książki) i szef działu Opinie Paweł Lisicki (teraz naczelny „Do Rzeczy").

25 stycznia 2005 na pierwszej stronie ukazuje się tekst pt. „Trzeba ścigać autorów tekstów o »polskich obozach śmierci«". „Mimo wysiłków Polski takie sformułowanie coraz częściej pojawia się w zachodnich mediach. Używają go nawet gazety w Niemczech. Z tymi niedopuszczalnymi i kłamliwymi słowami Polacy muszą walczyć. Szansą jest wytaczanie procesów sądowych. Za każde krzywdzące dla Polski określenie można wytoczyć proces – uważają eksperci. Powinna się tym zająć polska niezależna fundacja, gdyż państwo nie mogłoby być w nich stroną".

Poparcie zadeklarowali cytowani w tekście: minister spraw zagranicznych Adam Daniel Rotfeld, szef nowo powstałego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej Janusz Kochanowski, prezesi (ówczesny i były) Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie Jerzy Sułek i Bartosz Jałowiecki. A były wiceszef dyplomacji Radosław Sikorski dodał: „W Wielkiej Brytanii za taką sprawę można puścić gazetę z torbami. Odszkodowanie za przegrany proces to suma rzędu kilkuset tysięcy funtów".

Dzień wcześniej, o czym też jest mowa w artykule, były szef dyplomacji Bronisław Geremek, występując na specjalnej sesji ONZ w Nowym Jorku poświęconej 60. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, nazwał określenie „polskie obozy koncentracyjne" „głęboko raniącym uczucia Polaków".

Stare argumenty

W tym tekście i opublikowanym razem z nim komentarzu pojawiają się argumenty, które towarzyszą nam do dziś od kilkunastu lat. Niektórzy nawet odkrywają je na nowo. Warto więc przypomnieć, że już 13 lat temu „Rzeczpospolita" pisała:

– „w wielu krajach, w tym w Niemczech, mamy do czynienia z próbami nowej oceny Trzeciej Rzeszy. Pisze się i mówi o »polskich obozach« – co sugeruje, że Polacy byli sprawcami – i o bliżej nieokreślonych »nazistach«. A prawda jest inna i prosta: naziści byli Niemcami i Niemcy budowali obozy koncentracyjne i mordowali w nich ludzi".

– „Polacy wyrastają na głównych sprawców Holokaustu. Jest to o tyle paradoksalne, że polski naród podczas drugiej wojny światowej był wyjątkowo mocno prześladowany, a także eksterminowany przez Niemców. Z ręki tego okupanta zginęło kilka milionów Polaków, o czym zachodnie społeczeństwa na ogół nie mają pojęcia".

– „Wyjątkowo niepokoi, gdy słowa »polskie obozy koncentracyjne« pojawiają się w mediach niemieckich. Nie wydaje się, aby podobne incydenty wypływały jedynie z nieuwagi, niechlujstwa czy niewiedzy".

– „Jakże łatwo dziennikarzom z wielu krajów przychodzi pisanie tych słów o Auschwitz czy Birkenau. To znacznie krótsze sformułowanie niż »obóz koncentracyjny stworzony przez nazistowskich Niemców na terenie okupowanej Polski«. Ale kłamliwe".

– „Jakiś czas temu zapytano uczniów szkoły w Dolinie Krzemowej w Stanach Zjednoczonych, jakiego państwa obywatelami byli naziści. Wszyscy bez zastanowienia odpowiedzieli: Polski".

– Nikt o Guantanamo nie mówi przecież „baza kubańska".

Procesy

O jakie kary wówczas chodziło? W jaki sposób chcieliśmy w 2005 roku ścigać autorów tekstów o „polskich obozach"? Przed sądami w krajach, gdzie powstały. Sprawy wytaczane przez osoby prywatne czy fundacje np. za naruszenie dóbr osobistych. I co najważniejsze – chodziło o ukaranie grzywną, a nie więzieniem.

Już w styczniu 2005 roku nasz entuzjazm studził amerykański adwokat Michael Hausfeld, który przedtem pomagał Polsce w walce o odszkodowania od Niemiec dla robotników przymusowych. Takie sprawy sądowe byłyby w USA bardzo trudne. – Oczywiście w Polsce istniały niemieckie obozy zagłady, a nie polskie. Ale bardzo trudno byłoby udowodnić pozwanemu, że chciał obrazić Polskę. Mógłby tłumaczyć, że pisząc „polskie obozy koncentracyjne", miał na myśli miejsce geograficzne. Poza tym mógłby się powołać na innych, którzy też używają tego terminu – powiedział wówczas mecenas Hausfeld „Rzeczpospolitej".

Miał rację. Żadnej grzywny nikt nigdy nie zapłacił. Dopiero w 2018 roku niemiecki sąd uznał, że byłemu więźniowi Auschwitz Karolowi Tenderze należą się prawdziwe przeprosiny od telewizji publicznej ZDF, która uraziła go, używając terminu „polskie obozy". Sprawę prowadził mecenas Lech Obara. Koblencki sąd stwierdził, że słysząc takie określenie, telewidz czy czytelnik może dojść do wniosku, że chodzi o obóz utworzony i prowadzony przez Polaków. A nie o leżący na terytorium dzisiejszej Polski. Po raz pierwszy powoływanie się na geografię nie usprawiedliwia kłamstw. Niestety, radosne wieści z niemieckiego sądu zaraz zagłuszyły odgłosy izraelsko-polskiej bitwy o historię.

24 maja 2005 w „Rzeczpospolitej" ukazuje się wywiad z Adamem Danielem Rotfeldem, ministrem spraw zagranicznych, który wsparł akcję. Padają tam słowa: [o przyczynach używania kłamliwego terminu] „Czasami jest to niechlujstwo, nieznajomość rzeczy, ignorancja, a czasami zła wola. Gdy mamy do czynienia ze złą wolą, ani sądy, ani akcje informacyjne niewiele tu zmienią".

„Mam wrażenie, że przez długi czas byliśmy dotknięci spuścizną zimnej wojny. Republika Federalna Niemiec znalazła się po stronie demokratycznych państw, wśród przyjaciół. Na Zachodzie unikano stwierdzeń, które mogłyby ją urazić. Najpierw w kontekście odpowiedzialności za zbrodnie drugiej wojny usunięto przymiotnik »niemieckie«, potem rzeczownik »Niemcy«, zastępując je słowem »nazizm«. Na Zachodzie krytykowano NRD – państwo niemieckie, ale totalitarne, pod radziecką dominacją. W takim klimacie upłynęło kilkadziesiąt lat, wychowało się kilka pokoleń dziennikarzy".

– „Żaden naród nie jest immunizowany na to, aby nie być narodem prześladowców, oprawców i morderców. Nie ma narodów niewinnych, czystych jak łza. Ale też w każdym narodzie są jednostki i całe grupy społeczne, które są zdolne do postawy altruistycznej i bezinteresownej życzliwości. To uwarunkowania historyczne, najczęściej system polityczny, wymuszają określone zachowanie".

W połowie 2016 roku rząd PiS przedstawia projekt zmian w ustawie o IPN (która na świecie jest znana jako ustawa o „polskich obozach"), przewidujący możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności karnej za nazywanie nazistowskich obozów śmierci w Polsce „polskimi".

Wyraziłem swoje wątpliwości w tej sprawie w komentarzu opublikowanym 18 sierpnia. „Najważniejsza dotyczy przewidzianej w ustawie kary za »polskie obozy« – do trzech lat więzienia. Nie wiem, kogo miałaby ona objąć. Prawie wszystkie przypadki użycia tego określenia, które sobie przypominam, zakończyły się przeprosinami, naniesieniem poprawek. Łącznie z tym najbardziej bolesnym – słowami Baracka Obamy na uroczystości przyznania pośmiertnie Medalu Wolności Janowi Karskiemu, który próbował przekazać Zachodowi prawdę o niemieckich obozach.

Zdarza się, że ktoś uporczywie obarcza Polskę odpowiedzialnością za zbrodnie Trzeciej Rzeszy. Ale to zazwyczaj artysta lub broniący swych tez naukowiec, a takich polski rząd – i słusznie – nie zamierza karać.

Wątpliwość dotyczy też zapowiedzi, że ustawa ma służyć »skutecznej i szybkiej reakcji« na fałszowanie historii. Skuteczność polskiego wymiaru sprawiedliwości wobec tego, co się mówi i pisze na drugim końcu świata, jest ograniczona. Trochę się więc obawiam, że szybkich reakcji polskich władz nikt nie zauważy. A zastąpią one żmudną pracę edukacyjną".

Katastrofa

Styczeń 2018 roku, 13. rocznica akcji. Z Izraela wypływa, że obozy były polskie. To jest ten kluczowy moment, media na całym świecie podchwytują temat, „polskie obozy" trafiają wszędzie.

I nie pomogą późniejsze, z każdym dniem coraz liczniejsze zapewnienia izraelskich polityków, rzeczników, dyplomatów, ekspertów, że nowa ustawa wywołała gigantyczne oburzenie nie z ich powodu, bo „oczywiście" nie były polskie (ale ze względu na penalizację powszechnej debaty o udziale Polaków w Holokauście). Działa efekt generał Anodiny. Pocieszające, że w samym Izraelu mniej. Tu jest szansa na dyskusję, bolesną, ale jednak.

Obserwuję to wszystko w Tel Awiwie, gdzie wylądowałem w dniu, w którym wybuchła wojna o historię. Przebudził się antypolonizm, a w Polsce, co widzę w internecie, nakręcił się antysemityzm.

Pisałem już kilka dni temu w „Rzeczpospolitej", że o tym, iż „Polacy byli gorsi od Niemców", dowiedzieli się teraz z mediów izraelskich nawet prości sklepikarze, Żydzi pochodzący z Afryki Północnej. Nie pisałem, że na targach firm zajmujących się cyberbezpieczeństwem szef czołowego izraelskiego koncernu tej branży przerwał fascynującą opowieść o najgroźniejszych hakerach, by wspomnieć – bez złośliwości czy nagany, raczej z troską – że obserwuje konflikt z moim krajem.

Polska ze swoją ustawą stała się tematem rozmów ludzi bez żadnych z nią związków rodzinnych. „Polskimi obozami" zainteresowali się zagraniczni dziennikarze, z którymi odwiedzałem targi. Reporter z Korei Południowej, który nigdy o naszym kraju nie pisał, napisze o „polskich obozach". Obiecał, że wykorzysta i moją, polską, opinię.

To napawa nadzieją. Głaz do wtoczenia jest jednak cięższy niż wcześniej, a szczytu góry nie widać.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA