fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Groźna pasza w Janowie

Amra to jedna ze sławnych klaczy, jakie padły w Janowie. Przyczyną śmierci był skręt jelit. Co go wywołało, nie wiadomo Czy pokazać w galerii
Fotorzepa, Rafał Guz
W karmie dla koni znalazł się niebezpieczny antybiotyk – ustaliła prokuratura w Lublinie.

Prokuratura badająca przyczyny śmierci koni w Janowie odkryła niepokojące zdarzenie związane z karmieniem zwierząt w słynnej stadninie. Śledczy ustalili, że w granulacie paszy co najmniej raz znalazł się antybiotyk o nazwie monenzyna i to w dawce, jaka jest dla koni śmiertelna.

Monenzynę stosuje się głównie na fermach drobiarskich do zwalczania pasożytów.

Wycofali granulat

Śledczy zajmują się stadniną w Janowie po serii zgonów klaczy, w tym dwóch należących do Shirley Watts, żony perkusisty zespołu „Rolling Stones" – Prerii i Amry. Prokuratura zleciła badanie siana, owsa i paszy z kilkudziesięciu miejsc w stadninie, w której przebywa blisko 400 koni. Antybiotyk był w granulacie, który pobrano do badania 5 kwietnia 2016 r., trzy dni po śmierci Amry.

Granulat znajdował się na taczce z owsem w tzw. boksie porodowym (tam głównie przebywały klacze Watts po oźrebieniu). Po zbadaniu okazało się, że stężenie antybiotyku wyniosło aż 1,7 mg/kg – to o jedną czwartą więcej niż dopuszczalna ilość tego antybiotyku, którą jest w stanie przeżyć koń (w czterech innych próbkach, w których odkryto monoenzynę, stężenie było bezpieczne).

Sprawa wyszła na jaw dopiero po wyizolowaniu granulatu z owsa i zbadaniu obu pasz osobno. Gdy były zmieszane, stężenie monenzyny wyniosło tylko 0,45 mg/kg – a więc była to dawka dla koni bezpieczna.

– Ustalono, że owies stanowił 77 proc., a granulat 23 proc. mieszaniny – tłumaczy Waldemar Moncarzewski, rzecznik prasowy Prokuratury Regionalnej w Lublinie.

– Granulat wycofaliśmy z użycia zaraz po pierwszych wynikach badań. Obecnie podajemy paszę bardzo wysokiej jakości, dobraną do indywidualnych potrzeb koni w różnym wieku – mówi nam Mateusz Leniewicz-Jaworski, członek zarządu stadniny.

To nie weterynarz

Zgodnie z dyrektywą Komisji Europejskiej z lutego 2009 r. maksymalna dopuszczalna zawartość monenzyny w materiałach i mieszankach paszowych dla gatunków z rodziny koniowatych nie może przekraczać 1,25 mg/kg.

Jak precyzuje w ekspertyzie prof. Marian Świtała, renomowany toksykolog z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu: „Dawka 1,7 mg/kg tego antybiotyku dla konia jest śmiertelna. Przy zatruciu koni tym antybiotykiem występuje anoreksja, biegunka połączona z silnymi bólami kolkowymi".

Jak doszło do tego, że tak groźny antybiotyk trafił do paszy? – W pokarmie dla koni kokcydiostatyki (monenzyna to antybiotyk z tej grupy) nie powinny się znaleźć, chyba że pod kontrolą lekarską wskutek wskazań medycznych. Nie stwierdzono, aby w przedmiotowej sprawie takie wskazania wystąpiły – przyznaje prok. Moncarzewski.

Można zatem wykluczyć, że to weterynarz zdecydował o dodaniu antybiotyku do granulatu.

Stadnina, by zarobić na swoje utrzymanie, zajmuje się chowem i hodowlą bydła mlecznego na skalę przemysłową. Czy tą samą taczką dowożono paszę dla krów i dla koni? – To absolutnie niemożliwe – zapewnia nas Leniewicz-Jaworski. Także według prokuratury to nie jest dobry trop.

Wyczyszczony żłób

W sprawie jest mnóstwo wątpliwości. Wysokie stężenie występowało tylko w jednej taczce, którą dowożono paszę klaczom. To by wskazywało, że nie cała partia granulatu zawierała antybiotyk.

Prokuratura sprawdza też m.in., dlaczego wyczyszczono żłób, z którego jedna z klaczy Watts jadła ostatni posiłek. Przez to nie można było zbadać jej paszy.

Wyniki badań histopatologicznych Prerii i Amry w Państwowym Instytucie Weterynaryjnym w Puławach, zleconych przez prokuraturę w Lublinie, wyeliminowały podłoże toksykologiczne. Jeśli konie się nie zatruły, to co doprowadziło do ich zachorowania i w efekcie ich śmierci?

Prokuratura tego nie wie, ale nie składa broni. – W ramach opiniowania posekcyjnego rozpatrywano także podłoże mechaniczne i żywieniowe – mówi prok. Moncarzewski. Śledczy nie wykluczają, to jedna z badanych hipotez, że śmierć koni mogła być efektem świadomego działania człowieka.

W grudniu 2015 r. Preria i Amra należące do Watts zostały wydzierżawione polskiej stadninie w celach prokreacyjnych. Po ich śmierci Watts zabrała swoje dwie pozostałe klacze z polskiej stadniny i zapowiedziała pozwanie Polski. Do dziś pozew jednak nie wpłynął.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA