fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Zacięta wojna o ukraińską ziemię

Przepychanki stały się już wizytówką ukraińskiego parlamentu.
AFP
Po raz pierwszy od upadku ZSRR nad Dnieprem rodzi się rynek gruntów rolnych, dotychczas dzierżawionych.

Czwartkowe posiedzenie Rady Najwyższej w Kijowie zaczęło się od blokowania trybuny przez Wadima Rabinowycza, jednego z liderów prorosyjskiej Platformy Opozycyjnej „Za Życie". Pomagał mu w tym partyjny kolega, dobrze zbudowany były pułkownik MSW Ilia Kywa. Okazało się, że zbieżne interesy ze wspieranymi przez Kreml ugrupowaniami ma szefowa Batkiwszczyny, była premier Julia Tymoszenko, która siłą zajęła fotel przewodniczącego ukraińskiego parlamentu Dmytra Razumkowa. Nie udało się jej wypchnąć z fotela siedzącego obok wiceprzewodniczącego Rady Najwyższej Rusłana Stefanczuka z powodu jego obfitych kształtów. To dzięki jego determinacji obrady parlamentu były kontynuowane. Bronić porządku wokół niego musiał deputowany z rządzącej partii Sługa Narodu Artiom Dmytruk, mistrz trójboju siłowego.

Prywatyzacja czy „przywłaszczyzacja"?

Gorące dyskusje wokół tematu toczą się nad Dnieprem, odkąd upadł Związek Radziecki. Na początku wiele sondaży wskazywało, że większość Ukraińców popierała prywatyzację ziemi rolnej.

– Sytuacja zmieniła się radykalnie w połowie lat 90. Wszystko z powodu trwającej dzikiej prywatyzacji mienia państwowego, którą nazywano „przywłaszczyzacją". Ukraińcy zobaczyli, jak grupa ludzi podzieliła państwo, obawiano się, że to samo stanie się z ziemią. Częściowo do tego doszło, gdy pod koniec lat 90. ziemia została „podzielona" pomiędzy pracowników byłych kołchozów – mówi „Rzeczpospolitej" czołowy kijowski politolog Wołodymyr Fesenko.

Nie mogli jej sprzedać za sprawą ówczesnego prezydenta Leonida Kuczmy, który w 2001 roku postanowił zakończyć temat. Wprowadzono wtedy moratorium na sprzedaż ziemi rolnej. Każdy następny ukraiński prezydent i rząd zaczynali dyskusję, ale zawsze kończyła się jedynie na bójkach w parlamencie. Sprawę postanowił rozwiązać prezydent Wołodymyr Zełenski. Zwłaszcza że nic nie jest w stanie mu przeszkodzić, ponieważ jego partia Sługa Narodu ma samodzielną większość i zajmuje 248 miejsc w 450-osobowej Radzie Najwyższej. Termin przedłużanego z roku na rok moratorium upłynął 31 grudnia. Teoretycznie zakazu sprzedaży ziemi na Ukrainie nie ma już od ponad miesiąca. Sprzedaż ruszy jednak dopiero wtedy, gdy parlament przegłosuje w drugim czytaniu ustawę regulującą zasady powstającego rynku.

4 tysiące poprawek

Opozycja zgłosiła do drugiego czytania 4 tys. poprawek. Hurtowo odrzucać je zaczęto w czwartek mimo zablokowanej trybuny. Biorąc pod uwagę to, że autor poprawki ma ustawowo prawo do 30 sekund komentarza, w rządzącym ugrupowaniu nikt nie miał wątpliwości, że obrady potrwają do późnej nocy, a może nawet kilka dni.

W momencie zamknięcia tego wydania „Rzeczpospolitej" prace nad rewolucyjną ustawą w ukraińskim parlamencie wciąż trwały. Tymoszenko, walcząc o mikrofon, uszkodziła rękę i z miejsca przewodniczącego parlamentu alarmowała, że ukraińska ziemia „zostanie wyprzedana zagranicznym bankom". Nawoływała, że sprawę można rozwiązać „wyłącznie drogą referendum". Nie była do końca szczera, przynajmniej tak wynika z ustawy, która trafiła do drugiego czytania.

Hektary nie dla obcych

Z projektu ustawy, którą przegłosowano jesienią w pierwszym czytaniu, zniknęła wzmianka o „obcokrajowcach oraz należących do nich firmach". Zakładano, że będą mogli kupować grunty, jeżeli je dzierżawiły od co najmniej trzech lat. Wywołało to krytykę wobec prezydenta, który zainterweniował i stwierdził, że obcokrajowcom zezwoli się na kupno gruntów wyłącznie po referendum, nie wiadomo jednak, kiedy się to odbędzie.

Do ustawy w drugim czytaniu wpisano też, że nawet jeśli w przyszłości Ukraińcy drogą plebiscytu zezwolą obywatelom obcych państw kupować ziemię, nie będą mogli tego zrobić na obszarach znajdujących się do 50 kilometrów od granicy państwowej. Jedna osoba lub firma nie będzie mogła posiadać na własność ponad 10 tys. hektarów ziemi. W poprzedniej wersji była mowa o 200 tys. hektarów. Jedynie pięć największych ukraińskich firm rolniczych dzierżawi obecnie ponad 2 mln hektarów gruntów państwowych.

– Część z tych firm, które nie mają obecnie wolnych środków, mocno się sprzeciwia tej reformie. Najbardziej jednak sprzeciwiają się mniejsi i średni rolnicy, ponieważ obawiają się, że nie będzie ich stać na wykupienie ziemi. Prezydent i rząd mocno popierają tę reformę, ponieważ liczą na to, że spowoduje to wzrost gospodarczy – mówi Fesenko. Przyznaje, że ryzyko korupcyjne w związku z reformą gruntową jest bardzo wysokie, zwłaszcza w instytucjach państwowych, które posiadają obecnie grunty.

– Weźmy chociażby Narodową Akademię Nauk Rolniczych, która posiada setki tysięcy hektarów. Często też skorumpowani urzędnicy lokalni przekazują państwowe grunty w dzierżawę. Dolarowymi milionerami stali się w latach 90. szefowie rad wiejskich, graniczących z dużymi miastami takimi jak Kijów. Wtedy masowo odrolniano grunty – mówi ukraiński politolog. – Czy dotychczas sprzedawano ziemię? Oczywiście, tylko robiono to nielegalnie, np. odsprzedając prawa do dzierżawy na powiedzmy 50 lat – dodaje.

Deputowana Sługi Narodu Iryna Wereszczuk przyznaje, że umożliwiając sprzedaż gruntów państwo powinno zdecydować się na „twarde organiczenia". – Ustawa powinna zapewnić przejrzystość operacji, a rządzący muszą kontrolować ten proces, przynajmniej na początkowym etapie – mówi „Rzeczpospolitej" Wereszczuk. – Ludzie obawiają się napływu zagranicznego kapitału oraz koncentracji gruntów w rękach dużych korporacji i pozostawienia bez ziemi drobnych rolników – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA