fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Tomasz Pietryga o reformie sądów

Pixabay
Gdyby na poważnie brać to, co mówią sędziowskie elity, żadna reforma wymiaru sprawiedliwości nigdy nie byłaby możliwa – pisze publicysta „Rzeczpospolitej".

Gdy w ubiegłym tygodniu Zbigniew Ziobro ogłosił rozległy, choć ogólnikowy, plan reformy sądownictwa, a premier Beata Szydło wsparła go na konferencji prasowej, wskazując, że to najważniejsze zadanie ministra sprawiedliwości w tym roku, w środowisku sędziowskim zawrzało.

Nikt nie powiedział: poczekajmy na szczegóły, porozmawiajmy, mamy kontrpropozycje. Od razu nastąpił frontalny atak. „Jeżeli zmiany wejdą w życie, to koniec demokracji w Polsce", „zamach na konstytucje i niezawisłość sędziowską", „dalszy etap walki z sądownictwem" i jego „podporządkowanie władzy politycznej". Do takich sformułowań sięgnęły tzw. sędziowskie elity, czyli kilkunastu prezesów i działaczy sędziowskich organizacji, którzy uważają, że są głosem całego środowiska. Zresztą podobnie odpowiadali oni na plany poprzednich ministrów sprawiedliwości.

Jakże inna była reakcja np. przedsiębiorców na te zapowiedzi. Dwie organizacje szybko rozesłały komunikaty, sygnalizując, że chcą włączyć się w dyskusję nad reformą – przedstawić swoje postulaty zmian w sądownictwie gospodarczym, wskazać bariery.

Minister nieakceptowalny

Dlaczego sędziowie są na nie i nie próbują nawet udawać zainteresowania merytoryczną dyskusją nad zmianami? Sprawa wydaje się złożona i nie chodzi tu wyłącznie o osobę Zbigniewa Ziobry.

Owszem, jest on dla nich – i szerzej, dla środowisk prawniczych – postacią szczególną, bo nieakceptowalną. Aby zrozumieć te relacje, trzeba się cofnąć do czasu, kiedy Ziobro po raz pierwszy był ministrem sprawiedliwości (2005–2007).

Już na początku urzędowania młody szef resortu sprawiedliwości pozbawił środowiska naukowe, profesorskie – szczególnie krakowskie – wpływów na działanie ministerstwa, zwłaszcza w obszarze legislacji. I to z Krakowa zaczęły płynąć pierwsze słowa krytyki pod jego adresem oraz listy otwarte oburzonych naukowców. Wtedy pojawiły się pierwsze sformułowania o „zamachu na demokrację".

Do koalicji dołączyły korporacje prawnicze, mocno rozgoryczone ograniczaniem ich wpływu na rynek usług prawnych i dostępem młodej krwi do ich profesji. W grupie „oburzonych" i „odtrąconych" znaleźli się też sędziowie, którym Ziobro chciał m.in. zreformować postępowania dyscyplinarne. Forsował też bez ich akceptacji sądy 24-godzinne.

Konflikt z tymi środowiskami, na który skazany byłby zresztą każdy minister sprawiedliwości, Ziobro rozegrał źle. Używał retoryki nieakceptowanej na stanowisku, które mu przypadło. Być może była to kwestia politycznej niedojrzałości. Zamiast łagodzić spór, starać się przyciągnąć na swoją stronę niektóre grupy prawnicze (środowisko nie jest przecież jednolite), eskalował konflikty. Budował swoją pozycję nie na kompromisie czy akceptowaniu odmiennych poglądów, ale na arbitralnych decyzjach i wrogiej retoryce nie tylko wobec prawniczych elit.

Jego pierwsza przygoda z Ministerstwem Sprawiedliwości skończyła się procesami sądowymi, a także rozbrajaniem reform, które Ziobro wprowadził: sądów 24-godzinnych, elektronicznych bransolet czy też reformy kodeksu karnego, która nie weszła nigdy w życie.

Lepsza wersja Ziobry

Trudno się więc dziwić, że informacja, iż Ziobro ponownie ma zostać ministrem sprawiedliwości w gabinecie Beaty Szydło, została przyjęta przez środowiska prawnicze z niepokojem. Mur wyrósł błyskawicznie.

Po roku widać jednak, że Ziobro z poprzedniego okresu swej pracy w ministerstwie wyciągnął wnioski. W swej nowej, lepszej wersji Ziobro, nawet kwestionując decyzje sędziów (np. w związku z zabieraniem dzieci rodzinom) czy uderzając w komorników, czyni to w sposób bardziej powściągliwy. Oczywiście pewne jego cechy charakteru, jak skłonność do działań populistycznych, np. przy incydentalnych zmianach prawa karnego, pozostały. Zdaje się jednak unikać medialnych spięć i oskarżeń przed kamerami, które prowokowałyby długotrwałe konflikty. Również reformy ogłasza w sposób bardziej przemyślany i kontrolowany. Znamienne, że wielką reformę sądownictwa jako pierwszy zapowiadał Jarosław Kaczyński, kreśląc jej kierunek w wywiadach.

Oczywiście może to być wynikiem nie do końca pewnej pozycji ministra w strukturach władzy. Ziobro nie jest już politykiem tak samodzielnym w rządzie jak dziesięć lat temu.

Bagaż przeszłości jednak pozostał. Wydaje się mało prawdopodobne, aby środowiska prawnicze zmieniły swoją ocenę ministra sprawiedliwości. Inną sprawą jest to, czy mu na tym zależy.

Protesty przeciw ministrom z PO

Niechęć do Ziobry środowisk sędziowskich to jedna strona medalu. Ale jest i druga. Podczas ośmiu lat rządów Platformy Obywatelskiej w konflikt z sędziami popadali praktycznie wszyscy ministrowie, od Zbigniewa Ćwiąkalskiego po Borysa Budkę, który ministrem był przecież bardzo krótko.

Już za czasów Ćwiąkalskiego środowisko zaczęło się radykalizować. Wtedy ogłaszano pierwsze dni bez wokandy w imię walki o wyższe uposażenia. Najbardziej atakowany jako osoba „zagrażająca porządkowi konstytucyjnemu" był Jarosław Gowin, m.in. w związku z próbą likwidacji małych sądów.

Większość reform, które proponowali ministrowie, była zaciekle atakowana, zanim jeszcze światło dzienne ujrzały konkrety. Co ciekawe, front antyreformatorski w dużej mierze prowadzili ci sami ludzie co dziś, używając podobnej retoryki.

Droga donikąd

Nie ulega wątpliwości, że sądownictwo na różnych płaszczyznach działa źle, zwłaszcza na tej najważniejszej, czyli sprawności prowadzenia procesów. Na własnej skórze odczuwają to obywatele.

Lata temu została zdiagnozowana zła organizacja pracy sądów i duże dysproporcje w obciążeniu poszczególnych sądów i sędziów. Nie dziś zdefiniowano również nadmierne zaangażowanie korpusu sędziowskiego w działania biurokratyczno-nadzorcze, co osłabia zdolności orzecznicze poszczególnych sądów. Wykazano też nieliczenie się z ekonomiką procesu, dyktaturę procedur kosztem wymierzania sprawiedliwości itd.

Zmiany są zatem powszechnie oczekiwane. Nie są niczyim kaprysem, lecz wynikają z rzeczywistej potrzeby.

Oczywiście założenia każdej reformy budzą kontrowersje, a nawet sprzeciw. Warto jednak podjąć merytoryczną dyskusję, przedstawić kontrrozwiązania.

Tymczasem postawa elit sędziowskich jest inna. Decydują emocje. Ziobro z definicji jest zły i wszystko, co robi, nacechowane jest złymi intencjami. A to wyklucza jakakolwiek dyskusję.

Czy wynika to tylko z niechęci do Ziobry, czy jest też podyktowane obroną status quo? Brutalnie można by to opisać tak: owszem, sądy funkcjonują źle, ale my w nich funkcjonujemy dobrze, mając swoją ugruntowaną pozycję, wpływ na otaczającą rzeczywistość i święty spokój. Bezruch jest stanem doskonałym. Może mój wniosek jest złośliwy, ale postawy niektórych sędziów upoważniają mnie do jego sformułowania.

Kiedy kilka miesięcy temu w Warszawie odbywał się kongres sędziów, przyjechało na niego – według niektórych szacunków – nawet tysiąc sędziów z całej Polski, ale wielu z nich z tego bezprecedensowego wydarzenia wracało zawiedzionych. Pierwszy sędzia liniowy mówiący o realnych problemach sądownictwa mógł wystąpić dopiero pięciu godzinach. Pierwszeństwo mieli prezesi sądów i stowarzyszeń oraz profesorowie rozprawiający o konstytucyjnych pryncypiach.

Aktualne i przyziemne problemy sądów oraz postulaty, aby lepiej służyły obywatelom – bo taki jest ich cel – zeszły na daleki plan.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA