fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Czy podejrzani w sprawie CBA wyjdą „na koronawirusa?”

Fotorzepa, Jakub Czermiński
Kasjerka i jej mąż zostają w areszcie. Nadal nie wiadomo, ile pieniędzy zniknęło z funduszu CBA.

Warszawski sąd pod koniec marca, uznając argumenty prokuratury, przedłużył Katarzynie G., byłej już kasjerce z CBA, i jej mężowi areszt o trzy miesiące. Mają w nim pozostać do 27 czerwca. Jednak podejrzani już złożyli zażalenia. W jednym wniosków pojawił się argument zagrożenia koronawirusem – dowiedziała się „Rzeczpospolita".

To nie pierwszy taki przypadek, w którym obrońcy posługują się obawą przed zakażeniem Covid-19 swoich klientów osadzonych w zakładach karnych.

Afera z mankiem w funduszu operacyjnym CBA wybuchła w styczniu, kiedy wyszło na jaw, że cywilna pracownica CBA i jej mąż trafili do aresztu pod zarzutami przywłaszczenia mienia znacznej wartości. Sprawa wyszła na jaw przypadkiem tuż przed sylwestrem, kiedy po niewykorzystane środki z funduszu operacyjnego przyjechali konwojenci, by je zawieźć do banku. Wtedy okazało się, że kasa jest pusta, a pytana o pieniądze kasjerka miała powiedzieć, że „są święta i zajmuje się dziećmi" (tak podał „Puls Biznesu").

Katarzyna G. miała regularnie wyprowadzać gotówkę – chodzi rzekomo o ok. 5 mln zł, ale są to szacunki, a nie kwota ustalona na podstawie dowodów z CBA – m.in. chowając ją w reklamówce. CBA zapewniało, że żadnego manka w kasie nie ma, bo – to już wiadomo nieoficjalnie – udało się zająć konta w zakładach bukmacherskich męża kasjerki.

Jak w lutym pisała „Rzeczpospolita", Dariusz G. przychodził regularnie i obstawiał kwoty sięgające od kilkunastu do 20 tys. zł. Ile łącznie i w jakim czasie wydał na hazard – wciąż jest ustalane, przepływy finansowe małżeństwa na kontach analizował generalny inspektor informacji finansowej.

Okazuje się bowiem – czego dowiedziała się „Rzeczpospolita" – że nie wiadomo, ile na początku było środków w funduszu operacyjnym CBA, kto i ile wybrał oraz kiedy. Jedyną osobą, która miała do tego funduszu dostęp, była Katarzyna G. Nikt jej nie kontrolował, dlatego do dziś prokuraturze trudno ustalić, ile dokładnie mogło zginąć z sejfu.

Z naszych informacji wynika, że o skali opowiedziała śledczym sama Katarzyna G.

– Te informacje muszą być zweryfikowane, a jest z tym problem, bo nad funduszem nie było kompletnie żadnej kontroli – mówi nasze źródło. A była kasjerka może kłamać, bo jako podejrzanej zarzut składania fałszywych zeznań jej nie grozi.

O tym, jak dokładnie miał wyglądać proceder, ile trwał i co się stało z pieniędzmi (których CBA – jak przekonuje – „nie straciło"), prokuratura nadal milczy.

Jak informowaliśmy, kasjerka i jej mąż są podejrzani o przywłaszczenie mienia znacznej wartości – czyli kwoty powyżej 200 tys. zł, a przestępstwo mieli popełnić w warunkach tzw. czynu ciągłego, czyli chodzi o wiele zachowań. Była pracownica CBA ma również uzupełniony zarzut: z popełniania przestępstwa uczyniła sobie „stałe źródło dochodu".

Przy pierwszym aresztowaniu o tym paragrafie nie było mowy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA