fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Analiza wydatków z budżetu a obietnice wyborcze

123RF
Zdumiewa mnie, że wśród propozycji pozyskiwania środków na spełnienie kolejnych wyborczych obietnic nie ma mowy o inwentaryzacji wydatków państwa, o potrzebie przyjrzenia się temu, na co idą pieniądze z budżetu – pisze prawnik Agnieszka Lisak.

Wybory uruchamiają wyobraźnię polityków i sprawiają, że rusza festiwal obietnic. To, co było niemożliwe całymi latami, staje się możliwe w kampanii. Nareszcie pielęgniarki będą zarabiać więcej, ludzie żyć godnie, a emigranci tłumnie wracać do kraju niczym muzułmanie do Mekki. No i w końcu Polska będzie Polską, jak śpiewał Jan Pietrzak. Zdecydowanie mniej do powiedzenia autorzy obietnic mają o tym, skąd na to wszystko wziąć pieniądze. Choć zapewne niejeden zaprotestuje i powie: „Jak to skąd? Z budżetu". No bo przecież budżet to magiczny kapelusz, z którego można wyciągnąć każdego królika, bez wcześniejszego wkładania tam czegokolwiek ku zachwytowi otoczenia.

Ekipy odchodzą, instytucje zostają

Może już dość tego prześmiewczego tonu. Zdumiewa mnie, że wśród propozycji pozyskiwania środków na spełnianie kolejnych wyborczych obietnic nie ma mowy o przeprowadzeniu inwentaryzacji wydatków państwa, o potrzebie przyjrzenia się temu, na co idą pieniądze z budżetu. Intuicja podpowiada, że w kraju mamy dziesiątki jednostek budżetowych, państwowych funduszy celowych, zakładów budżetowych, zespołów doradczych potworzonych wiele, wiele lat temu, o których dziś już prawie nikt nie pamięta, ale siłą rozpędu istnieją i są utrzymywane z państwowych pieniędzy. Zresztą nie chodzi tutaj tylko o podmioty, by nie rzec widma z zamierzchłej przeszłości. Na co dzień spotykamy się z problemem tworzenia przez kolejne ekipy rządzące nowych stanowisk i jednostek: pełnomocników, rad, funduszy... do spraw wszelakich. Złośliwi mawiają, że ich celem nie jest efektywne wspieranie procesu rządzenia, ale raczej konieczność wykreowania stanowisk „dla swoich". Nie mnie oceniać te złośliwe plotki, w których zapewne jest źdźbło prawdy. Ekipy rządzące odchodzą, a nie zawsze potrzebnie wykreowane instytucje i stanowiska zostają, obciążając budżet państwa.

Trzeba było przeszukać szafy

Inną kwestią jest analiza wydatków w samych urzędach, jednostkach itp. Gdy pracowałam w jednej z jednostek budżetowych, nowy dyrektor polecił przygotowanie zestawienia umów, poprzez które są wydawane pieniądze. Ze zdumieniem odkryliśmy, że dotąd nic takiego nie było prowadzone. Nie było nawet centralnego rejestru umów, dlatego też samo ich odnalezienie było sporym wyzwaniem. Każdy z zaangażowaniem godnym Sherlocka Holmesa szukał w swoich szafach zapomnianych i zakurzonych kontraktów. Wtedy też zadałam sobie pytanie, jak to możliwe, że zadłużona jednostka, która powinna redukować koszty, sama do końca nie wie, na co wydaje pieniądze. Dzięki przeprowadzonej „akcji" udało się odnaleźć sporo umów, o których podmiot już w ogóle nie pamiętał. Pamiętała za to księgowa, gdy pod koniec miesiąca należało puścić przelew. I nie zdziwiłabym się, gdyby problem generowania kosztów w naszym kraju przedstawiał się bardzo podobnie. Więc może zamiast podnoszenia podatków należałoby raczej przyjrzeć się wydatkom?

Sporym zaniedbaniem jest w mojej ocenie niebadanie urzędów (i innych jednostek) pod kątem ich efektywności. Nikt nie zadaje pytania, czy liczba spraw załatwionych, liczba wysłanych pism przeprowadzonych w mediach kampanii reklamowych „na rzecz", „za" lub „przeciw" jest adekwatna do kosztów, jakie budżet ponosi w związku z jego utrzymaniem. Czy tych samych obowiązków nie można by przekazać w ręce kilku pracowników innej instytucji.

Zjawiskiem obciążającym budżet jest także postępujący wzrost zatrudnienia w samych urzędach. Media od lat zwracają uwagę na ten problem, co rządzący kwitują ogólnikowo, że przybywa spraw i obowiązków. Mam wątpliwości, czy tego typu stwierdzenia są podparte gruntowną refleksją i ekonomiczną analizą czy też raczej wynikają z potrzeby usprawiedliwienia na szybko istniejącego stanu rzeczy.

Pasjans prawdę im powie

Jak donoszą „złośliwi" i „wrogowie ekip rządzących", gdy nowy minister obejmuje stanowisko, zatrudnia w urzędzie swoich ludzi. Minister odchodzi, ludzie zostają. Potem przychodzi kolejny minister, który znów zatrudnia swoich ludzi. Minister odchodzi, a ludzie zostają. I tak całymi latami. Złośliwi mawiają, że celem tych praktyk nie jest zwiększenie efektywności pracy urzędu, raczej konieczność wykreowania stanowisk dla swoich.

Nie mnie oceniać te złośliwe plotki. Choć chyba coś jest na rzeczy. Bo gdy sama pracowałam w jednym z ministerstw, miałam możliwość zaobserwowania, że w wielu pokojach pracownicy stawiali na komputerze pasjanse. Intrygowało mnie, co też oni sobie wróżą w godzinach pracy: czy podwyżki, czy awanse, a może starają się rozstrzygnąć jakieś rodzinne problemy. Szybko jednak otrząsałam się z zadumy i ze wstydem dochodziłam do wniosku, że jestem złośliwa, że posądzam innych o rzeczy, których nie mogliby popełnić. Bo przecież to nie do pomyślenia, by poważny urzędnik państwowy zajmował się w godzinach pracy tak niepoważnymi sprawami, i to na koszt podatnika. Jak w ogóle mogło mi to przyjść do głowy? Jeżeli już taki urzędnik stawiał karty, to na pewno w sprawach zdecydowanie poważniejszych, o których zwykłym obywatelom i filozofom nawet się nie śniło. Na przykład powodzenia przygotowywanej reformy czy też wyniku głosowania w Sejmie nad poprawką do ustawy. Tak czy inaczej, do końca życia będę nosić w sobie osobliwe wrażenie, że pracowałam w „pasjansowym ministerstwie".

Autorka jest radcą prawnym z Krakowa

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA