fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Sędzia: Nie mogę przejść obojętnie obok krzywdy zwierzęcia

Jadwiga Osuchowa
Fot. Radosław Omieciński
Rozmowa | Jadwiga Osuchowa, sędzia Sądu Apelacyjnego w Krakowie, prezes Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami

Rz: Jak zaczęła się pani przygoda ze zwierzętami?

Jadwiga Osuchowa: Pierwszą interwencję podjęłam jako siedmiolatka. Byłam na wakacjach w Sopocie. Zobaczyłam leżącego na rogu ulicy psa. Zaangażowałam w pomoc mamę i ciocię. I uratowałyśmy go. Innym razem rzuciłam się na faceta, który bił konia. Zawstydziłam tym dorosłych, którzy podjęli interwencję. Tak to się zaczęło. Potem pojawił się w domu pierwszy pies, a potem kolejne. Od tej pory nie wyobrażam sobie życia bez zwierząt. Od 21 lat w moim domu rezydują też koty. W szczytowych momentach miałam cztery psy i cztery koty. Obecnie mam tylko jednego kota-cukrzyka, któremu dwa razy dziennie robię zastrzyki, i sunię amstafkę. Wzięłam ją ze schroniska. Wyglądała jak chodzące nieszczęście. Miała i krzywicę, i nużycę, czyli szpecącą chorobę skóry. Kiedy przyniosłam ją do domu, moje córki powiedziały, że chyba brzydszego szczeniaka nie było. Wzięłam ją tylko na chwilkę, na przeleczenie. Myślałam, że znajdę jej dom. Miałam wtedy cztery inne psy i kota.

Chyba przyciągam pewne zdarzenia. Pod moje nogi ludzie wyrzucają z samochodu kota. Nie mogę przejść obojętnie. Z wakacji w Grecji przyjechałam z psem. Przyplątał się do nas na plaży. Dowiedziałam się wtedy, że tam takich bezpańskich psów jest wiele i w dodatku pod koniec sezonu są wyłapywane i usypiane. Postanowiłam uratować przynajmniej Alikesa. Wyrobiłam mu paszport, przywiozłam do Polski i znalazłam dobry dom.

A kiedy zaczęła się pani angażować społecznie w opiekę nad zwierzętami?

Na studiach. Pracę magisterską pisałam z pogranicza medycyny sądowej i procesu karnego. Chodziłam na salę sekcyjną w Zakładzie Medycyny Sądowej i płakałam. Za oknem był wybieg dla psów, na których przeprowadzano eksperymenty medyczne. Wyglądały strasznie. Wiedziałam, że te psy stamtąd już nie wyjdą. Zaczęłam działać. Nazywano nas hamulcami nauki polskiej. A nie wszystkie doświadczenia były konieczne. Zdarza się, że testuje się coś, co już wcześniej sprawdzono. Badania przydają się jednak do kolejnej pracy naukowej, do habilitacji. Najpierw zasiadałam w Komisji Bioetycznej przy Uniwersytecie Jagiellońskim, a potem w Krajowej Komisji Etycznej ds. Doświadczeń na Zwierzętach. To trudne tematy. Dobrze, że chociaż udało się nam wprowadzić do ustawy o ochronie zwierząt zapis, że zwierzę nie jest rzeczą.

Rzadko się zdarza, że orzekana jest bezwzględna kara więzienia za znęcanie się nad zwierzętami.

Rzeczywiście, w Krakowie znam tylko kilka takich przypadków. A Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami podejmuje rocznie 6,5 tys. interwencji. Zdarzają się historie straszne. Na przykład kilkanaście razy w roku zgłasza się nam przypadki wytapiania smalcu z psów.

Słucham?!

Ludzie wierzą, że ma właściwości lecznicze. Na południu Polski to częste. Jesteśmy okrutnym społeczeństwem.

W co jeszcze oprócz interwencji angażuje się towarzystwo, którego jest pani prezesem?

Organizujemy aukcje i koncerty charytatywne na rzecz zwierząt. Prowadzimy miejskie schronisko, a w nim szpital. Występuje u nas i Jurek Połomski, i Grzegorz Turnau, i Tomasz Stańko, i Ania Jopek. Artyści bardzo chętnie angażują się w naszą akcję. Choć bilety kosztują od 60 do 150 zł, rozchodzą się bardzo szybko. Jesteśmy jedyną organizacją, która dofinansowuje leczenie zwierząt mających właścicieli. Leczenie weterynaryjne jest bardzo drogie. Nie wszystkich stać. Oczywiście część ludzi nas wykorzystuje, ale my pomagamy zwierzęciu, nie nieuczciwemu właścicielowi. Wydajemy też karmę. W Krakowie mamy 750 karmicieli, którzy ją roznoszą. Pomagamy też zwierzętom spoza gminy. Umieszczamy je w hotelach, bo nie możemy ich trzymać w miejskim schronisku. Jeździmy po całym województwie. Badaliśmy np. konie przy Morskim Oku. Zdarzają się nam też zwierzęta gospodarskie. Mamy 19 koni. Trudno znaleźć im dom, bo to zwierzęta po przejściach – spracowane, stare lub z transportów.

Co daje pani opieka nad zwierzętami?

Na pewno zwierzęta są moją pasją, ale dużo więcej daję z siebie, niż otrzymuję. Wydatki emocjonalne są ogromne. Cieszę się, bo chyba adoptowanie starych, brzydkich zwierząt staje się modne. Ostatnio przyszła do krakowskiego schroniska para i adoptowała ośmioletniego owczarka niemieckiego, który miał chore uszy. Niedawno ich widziałam. To już nie ten pies. Widać też więź między nim a nowymi właścicielami. Zwierzęta schroniskowe mają na ogół ogromnie dużo miłości do ludzi, choć to od człowieka zaznały wcześniej cierpienia.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA