fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jarosław Gwizdak: Machając siekierą prawa karnego

Temida
Temida
AdobeStock
Glosa wypełniona mango i bluesem? Słuchałbym. Język mówienia o prawie ma wielkie znaczenie.

Powtarzam (zapewne do znudzenia), że do mówienia o prawie konieczny jest inny, niemal całkiem nowy język. Bo ile można mówić i słuchać o prawnie relewantnych zdarzeniach, przesłankach egzoneracyjnych czy depozycjach. Na najnowszy interesujący prejudykat też pewnie przyjdzie jeszcze poczekać, ale grunt, że konstytucja (na razie) nie jest oktrojowana.

Wiadomo, że znajomość pojęć i języka trudnego, często nieznanego, może być świetnie wykorzystana w teleturnieju. Można też wygrać cotygodniową nagrodę za rozwiązanie krzyżówki, a grając w scrabble nie zostać z nadmiarem płytek. Same korzyści.

Scrabble z prawnikiem

Problem w tym, że grać w scrabble z prawnikiem chcą nieliczni. Nieliczni też mają w sobie wystarczająco dużo determinacji, aby analizować wypowiedzi prawników ze słownikiem w dłoni. Dlatego ostatnie dni poświęciłem na poszukiwanie prawniczych „sound bite'ów".

Skąd ten anglicyzm?

Zainspirował mnie do poszukiwań (wcale nie do riserczu) dostępny w internecie artykuł profesor Kim Lane Scheppele z Uniwersytetu Princeton „Praworządność w detalu i praworządność w sprzedaży hurtowej" dotyczący wielokrotnie analizowanej i dobrze znanej sprawy rozstrzygniętej przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Sygnatura C 216-18, europejski nakaz aresztowania, Sąd Najwyższy Irlandii, sędzia Donelly – wszyscy to przecież pamiętamy. Cóż tak wyjątkowego jest w artykule sprzed ponad dwóch lat o ważnym wyroku?

Profesor Scheppele zaczyna od porównania praworządności z rynkiem mango, tytuł artykułu nawiązuje do handlu. I to dopiero początek. W jednym z akapitów mamy nawiązanie do starej bluesowej pieśni o... złodzieju drobiu grasującym nocą. „Nie ma tu nikogo, są tylko kurczaki" – miał odpowiedzieć złoczyńca pytany przez zatroskanego gospodarza, czy ktoś kradnie drób. Wątek rabunku w kurniku powraca jako podsumowanie poglądu autorki na orzeczenie TSUE.

Glosa wypełniona mango i bluesem? Można. Czytałbym ich cały zbiór.

Polacy nie gęsi i nie kurczaki

Od amerykańskich kurczaków przejdę na polskie podwórko. Przez kilka dni nasłuchiwałem, jak prawo jest opowiadane przez jego polskich znawców. Zamykam dziś oczy niedowiarkom: bywa opowiadane porywająco.

Profesor Ewa Łętowska w jednym z telewizyjnych wywiadów mówiła o „atrapizacji" prawa i inwazji ustrojowych instytucji – zombies. Słuchając, ujrzałem marsz zombie po niektórych warszawskich ulicach. Właśnie któryś przechadza się Rakowiecką, któryś aleją Szucha. Mamy nasz ustrojowy horror. Made in Poland.

Po słowach profesor Łętowskiej trafiłem na wypowiedź profesora Włodzimierza Wróbla, sędziego Sądu Najwyższego, który opowiadał o „wymachiwaniu siekierą prawa karnego". Wskazywał, że państwo wcale tego robić nie musi, że ma też inne narzędzia i nie zawsze musi sięgać po karną represję. Nie zawsze karanie prowadzi do pożądanych i oczekiwanych skutków, a można się jeszcze boleśnie skaleczyć. Siekiera stała się zresztą jednym z ulubionych narzędzi, o których opowiadają prawnicy. Niejednokrotnie używana w zestawie z zegarkiem (w tej roli wymiar sprawiedliwości), który rzekomo (reforma-siekiera) ma naprawić. Jak się to udaje, widać od kilku lat.

O zabezpieczeniach ustrojowych (również przed siekierą) mówił na niedawnej konferencji Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka profesor Mirosław Wyrzykowski. Opowiedział o bezpiecznikach przewidzianych w konstytucji, porównując je z zamkami w drzwiach. Pytał retorycznie, czy mimo założenia piątego zamka drzwi wytrzymają ingerencję włamywacza wyposażonego w dynamit. Dodatkowo profesor Wyrzykowski rekomendował, abyśmy przed kolejnym trudnym ustrojowo rokiem po prostu zapinali pasy bezpieczeństwa, jak przy starcie samolotu.

Doktor Mirosław Wróblewski, zastępca rzecznika praw obywatelskich, używał na tej samej konferencji analogii z „czarnym sportem", wspominając o ustrojowej jeździe po bandzie i przywołując szarże Tomasza Golloba.

Tak wyglądają moje zapiski z ostatnich kilku dni.

Szkoła falenicka i otwocka

O prawie, ustroju czy sądach można więc mówić bardzo różnie. Inny przecież jest pogląd judykatury, a inny doktryny. Jest szkoła falenicka i szkoła otwocka, żeby wspomnieć o dwóch wiodących. Można mówić prosto i można inaczej.

Można skutecznie zatkać internetowe aplikacje służące diagnozowaniu trudności języka. Z triumfem zauważyć, że do zrozumienia naszego tekstu potrzeba doktoratu lub co najmniej 20 lat edukacji. I można też zbudować przekaz na handlu mango, okraszając wywód bluesową pieśnią. Nie wiem jak państwo, ale ja... idę do kurnika. Muszę o coś zapytać.

Autor jest byłym sędzią, byłym prezesem sądu, członkiem zarządu Fundacji Inpris, Obywatelskim Sędzią Roku 2015

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA