fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Już nie prawica i lewica lecz globaliści i państwa narodowe

Adobe Stock
W niedawnej debacie zorganizowanej przez Fundację Konrada Adenauera w Berlinie kanclerz Angela Merkel stwierdziła, iż państwa narodowe powinny być gotowe do oddania suwerenności. Zastrzegła, że powinno się to odbyć w sposób „uporządkowany" i z niezbywalnym udziałem parlamentów narodowych, bo to parlamenty są „sercem demokracji" .

Z kolei w Bundestagu prezydent Macron zachęcał do zacieśnienia Unii, mówiąc, że państwa narodowe powinny wspólnie decydować o swojej polityce zagranicznej, imigracyjnej i rozwojowej. Wezwał do zdecydowanego oporu wobec antyimigranckich partii nacjonalistycznych, podzielił ruchy europejskie na postępowe i nowoczesne oraz nacjonalistyczne „pozbawione pamięci". W czasie obchodów 100. rocznicy zakończenia pierwszej wojny światowej wezwał też, razem z kanclerz Merkel, do stworzenia wspólnej armii europejskiej, stanowiącego kolejne wyrzeczenie się suwerenności narodowej. Armia taka miałaby bronić Europy przed Rosją, Chinami i USA, co oznaczałoby strategiczne odwrócenie sojuszy w Europie, rozwalenie NATO i wypchnięcie USA z Europy, otwierając drogę do marzenia o sojuszu euroazjatyckim Europy z Rosją.

Niemiecki interes ponad wszystko

Merkel zdefiniowała europejski patriotyzm jako „istniejący wtedy, gdy inni są uwzględnieni w niemieckim interesie", co oznacza, że patriotyzm innych jest legitymowany, jeśli nie stoi w sprzeczności z niemieckim jego rozumieniem.

Niemiecki patriotyzm nowożytny po zwycięstwie Prus nad Francją i zjednoczeniu od 1871 r. od początku niepohamowanie dążył do dominacji. Zaborczy nacjonalizm łączył się ze zdefiniowaniem kultury niemieckiej jako wzoru dla Europy, z przyjęciem roli bezwzględnego kulturtragera na Wschodzie Europy. Rasistowski nazizm Hitlera, niemiecka odmiana imperializmu, nie był skutkiem państwa narodowego, lecz niemieckiego specyficznie rozumianego państwa narodowego, a zarazem imperium, jednoczącego Europę pod nadzorem Niemiec. Ta niemiecka utopia jedności europejskiej przyjmuje obecnie postać pokojowej, uniwersalistycznej, łagodnej hegemonii kształtującej projekt unijny.

Macron i Merkel wzywali do zrzeczenia się suwerenności w momencie, gdy Polacy świętowali sto lat swej niepodległości 250-tysięcznym Marszem Niepodległości w Warszawie. Duża część mediów liberalno-lewicowych sugerowała, jakoby był on faszystowską, antysemicką czy neonazistowską manifestacją. „Sueddeutsche Zeitung" pisał, że „partia rządząca pielęgnuje katolicko-monoteistyczny wizerunek kraju (...) W czasie marszu rząd połączył się z ugrupowaniami ze skrajnie prawicowego marginesu. Z pewnością dla dziesiątek tysięcy Polaków marsz jest wyrazem patriotyzmu (...). Jednak państwo, które obchodzi stulecie niepodległości, stawia sobie zwykle pytanie, co ma być dalej. Bóg, Honor, Ojczyzna, pierwotne motto marszu, nie odnosi się do współczesności, nie mówiąc już o przyszłości. Pasuje natomiast doskonale do autorytarnego stylu, wiodącej idei szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego, faktycznego władcy Polski.

Nie wiadomo dlaczego akurat państwo celebrujące stulecie niepodległości ma odnosić się do teraźniejszości i przyszłości, a nie po prostu radośnie świętować odzyskanie wolności. Nie wiadomo dlaczego hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna" ma pasować doskonale do autorytarnego „władcy Polski" Jarosława Kaczyńskiego, ale widocznie dziennikarz niemiecki musi łączyć takie hasło z autorytaryzmem. To w wypadku historii Niemiec jest absolutnie zrozumiałe, lecz czyni niemożliwym zrozumienie tego, o co chodzi Polsce.

„Nieładne strony polskiego nacjonalizmu"

Dla „Die Welt" odpowiedzialna za „nieładne strony" polskiego nacjonalizmu rusyfikacja i germanizacja, z jej „zaściankowością, małostkowościa i agresją", są niezdolne do rozwinięcia świadomości narodowej w kierunku inkluzywnym i przyjaznym. To powoduje monokulturowe ograniczenie, które praktykuje obecnie polski rząd (...) Polska dokonała po 1989 r. olbrzymiego skoku modernizacyjnego, a mimo to pozostaje krajem trudnym". Dla „Die Welt" ta modernizacja udała się zatem jedynie w budowie autostrad czy supermarketów, bo mózgi nie zostały jeszcze przerobione na modłę jednej ortodoksji liberalnej. To skazuje idących w marszu Polaków, zdaniem przewodniczącego RE , na bycie „współczesnymi bolszewikami". Fryderyk II określił ich egzotyczniej, jako „Irokezów Europy".

Lecz te paternalistyczne opinie sygnalizują spór znacznie głębszy. Mamy do czynienia w polityce europejskiej z tektoniczną zmianą. Tradycyjny podział na lewicę i prawicę staje się nieaktualny. Konflikt przebiega teraz między federalistami, czy szerzej: globalistami, a obrońcami państwa narodowego. Ci pierwsi skupieni są w Europie wokół elit Unii Europejskiej dążących do integracji, nawet kosztem demokracji. Po drugiej stronie mamy tych, dla których państwo narodowe jest wartością, bo tylko w jego obrębie może być zachowana decyzyjność demokratyczna, wolność i pomyślność współpracujących z sobą narodów.

Samowystarczalne elity

U źródeł buntu przeciw oligarchizacji władzy w Unii Europejskiej czy USA nazwanego przez Macrona „populistycznym trądem" leży przekonanie, iż elity liberalne stają się samowystarczalne, gardząc społeczeństwami traktowanymi jako balast i źródło zysków z postępującej pauperyzacji. U źródeł tej postawy leży jednocześnie wrogość wobec jakiejkolwiek afirmacji państwa narodowego w marszu ku federalistycznej Europie. Dla mentalnie postnarodowych, posthistorycznych, postreligijnych i postheroicznych elit liberalnych Europy pokolenia 1968, katastrofa drugiej wojny światowej ostatecznie zakończyła erę skompromitowanych silnych tożsamości narodowych odpowiedzialnych w ich mniemaniu za przemoc.

Trudno im pojąć, że mogą istnieć jakiekolwiek powody, poza wrogimi wobec innych, dla których można by manifestować pod sztandarem narodowym w imię patriotyzmu, czyli miłości do własnej ojczyzny, jak to uczyniło 250 tys. Polakow w Marszu Niepodległości. Patriotyzm został bowiem uznany, jak pisała czołowa liberalna gazeta dekadę temu, w rocznice Bitwy Warszawskiej, za niemal tożsamy z rasizmem. Te różnice w postrzeganiu rzeczywistości między Polską czy szerzej postkomunistyczną Europą Środkowo-Wschodnią a krajami Europy Zachodniej są warte pokazania, bo stanowią jedną z najważniejszych płaszczyzn sporu metapolitycznego, niemożliwego w krótkiej perspektywie do przezwyciężenia instrumentami politycznymi. ?

Autor jest profesorem

na Wydziale Prawa i Administracji

Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA