fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Bielecki: Tajemnica miłości do Unii

Polska nigdy nie miała tylu co teraz konfliktów z Brukselą, ale entuzjazm wobec UE jest jeszcze większy niż przed laty. Na zdjęciu prounijna parada w Warszawie w 2006 r.
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Ludzie dostrzegają, ile mogą stracić na rozbiciu Wspólnoty

Jeszcze nigdy tak wielu Polaków nie popierało członkostwa w Unii Europejskiej. To powinno ograniczyć pole manewru PiS w polityce zagranicznej.

Opublikowany niedawno sondaż Fundacji Bertelsmanna jest zaskakujący. Okazuje się, że w minionym roku entuzjazm do integracji nie wzrósł w żadnym dużym kraju Wspólnoty tak bardzo jak w Polsce. To skok o 9 pkt proc., do 77 proc. – poziomu, który też jest rekordowy.

A przecież od przystąpienia do Unii Polska nigdy nie miała tyle konfliktów z Brukselą co od objęcia władzy przez PiS jesienią zeszłego roku. Walka toczy się o Trybunał Konstytucyjny, uchodźców, reformę emerytalną, kierunek polityki gospodarczej, wolność mediów publicznych i wiele innych, kluczowych spraw.

Dlaczego zatem rządowi nie udało się przekonać przytłaczającej większości Polaków, w tym znacznej części wyborców PiS, że z Brukselą warto być na dystans, a nawet pozbawić jej części kompetencji, bo jest ona przeszkodą w „odzyskaniu przez nasz kraj suwerenności"?

Isabel Hoffmann, szefowa działu badania opinii publicznej w Fundacji Bertelsmanna, wskazuje, że skok w poparciu dla integracji w Polsce, podobnie jak w innych krajach (na mniejszą skalę) nastąpił głównie po Brexicie. – Ludzie zobaczyli niezbyt budujący obraz Wielkiej Brytanii po referendum: załamanie funta, brak planów nowego rządu i debatę na niskim poziomie. I doszli do wniosku, że nie chcą iść tym śladem, że Unia ich chroni przed takim scenariuszem, przed niestabilnością – tłumaczy.

Marna alternatywa

Wielu polskim, ale także – szerzej – europejskim wyborcom Brytyjczycy rzeczywiście zafundowali ważną lekcję. Ugrupowania populistyczne w ostatnich latach coraz częściej dochodzą do władzy, wskazując na katastrofalne skutki globalizacji przynajmniej dla części społeczeństwa. Obwiniają za to w szczególności Unię i jej „ultraliberalny" program gospodarczy. I, rzecz jasna, przedstawiają siebie jako jedyną siłę, która jest w stanie ochronić poszkodowanych przed tym niebezpiecznym światem, najczęściej odwołując się do haseł narodowych.

Ale Wielka Brytania pokazała w przyspieszonym tempie to, co w innych krajach zajmuje więcej czasu: że nowe, antyestablishmentowe siły, nawet jeśli w jakiejś części mają rację na poziomie analizy problemów, to tak naprawdę nie znalazły żadnego wiarygodnego, alternatywnego programu ich rozwiązania. Okazuje się, że to one przynoszą niestabilność, a Unia, przy wszystkich swoich wadach, może choć do pewnego stopnia chronić Europę przed nadużyciami globalizacji.

W Polsce wzrost gospodarczy zasadniczo spowolnił. Rząd, który początkowo krytykował ekipę PO–PSL za sposób wykorzystania funduszy strukturalnych, teraz z niecierpliwością czeka, aż projekty finansowane z nowej perspektywy finansowej nabiorą tempa, bo to okazuje się motorem rozwoju kraju. A każda zagraniczna inwestycja, jak ostatnio Mercedesa i Lufthansy, jest witana jak zbawienie, choć rząd Beaty Szydło zaczynał od mocno krytycznego stosunku do zagranicznego kapitału. Nagle wychodzi na to, że promowana w ramach Unii integracja gospodarcza nie jest taka zła.

Nie wszyscy się boją

Bardziej szczegółowa analiza ankiety Bertelsmanna też przynosi ciekawe wyniki. Okazuje się, że Polacy niekoniecznie marzą o ograniczeniu kompetencji Brukseli. We wrażliwym przecież obszarze polityki migracyjnej 60 proc. uważa, że tym powinna zajmować się Unia „przy udziale władz narodowych", a tylko 24 proc. twierdzi, że to sprawa do rozstrzygania wyłącznie w ramach poszczególnych państw. 91 proc. Polaków popiera wspólną ochronę zewnętrznych granic Unii przez wszystkie kraje strefy Schengen (to rozwiązanie popiera też rząd), a 90 proc. uważa, że utrzymanie swobody przemieszczania się osób jest „rzeczą fundamentalną".

Od przeszło roku rząd odmawia przyjęcia choćby niewielkiej liczby uchodźców z Grecji i Włoch, do czego Polska przed wyborami się zobowiązała. Politycy, którzy są dziś u władzy, grają na strachu przed terroryzmem, islamem, obcą kulturą.

Ale nawet w tej sprawie nasze społeczeństwo pozostaje podzielone: 54 proc. nie chce uchodźców, ale 46 proc. uważa, że należy ich przyjąć. Jednocześnie tylko 36 proc. Polaków zgadza się, że rekompensatą za odmowę udziału w programie rozmieszczenia imigrantów powinna być rezygnacja z części funduszy strukturalnych, jak tego chcą premierzy Włoch i Grecji. Forsowana przez rząd koncepcja „elastycznej solidarności" może więc okazać się nie do przyjęcia przez większość społeczeństwa.

Nawet na Wyspach...

PiS nie jest jedynym eurosceptycznym ugrupowaniem, który musi stawić czoła rosnącemu entuzjazmowi społeczeństwa do integracji. Przeciwnie, to raczej staje się w Europie regułą.

Aleksis Cipras zdobył władzę na fali (po części uzasadnionej) niechęci Greków do surowego programu oszczędnościowego narzuconego przez Brukselę i Berlin. Ale w decydującym momencie musiał się cofnąć, gdy okazało się, że przytłaczająca większość jego rodaków nie chce rezygnować z euro.

W Austrii populistyczny kandydat na prezydenta Norbert Hofer zaczynał od apelu o referendum w sprawie członkostwa w Unii. Szybko wycofał się z tego pomysłu, gdy okazało się, że z takim programem nie ma szansy na zdobycie władzy. Także we Francji pomysł Marine Le Pen wyprowadzenia kraju ze strefy euro jest prawdopodobnie najważniejszą przeszkodą dla przejęcia Pałacu Elizejskiego w maju 2017 r. Nawet w Wielkiej Brytanii poparcie dla integracji skoczyło od referendum z 49 do 56 proc., bo staje się coraz bardziej jasne, że ekipa zwolenników zerwania z Brukselą nie potrafi przedstawić wiarygodnego programu na przyszłość – notuje Fundacja Bertelsmanna. Z tą zmianą nastrojów społecznych będzie musiała się liczyć Theresa May.

Obejdzie się bez wojny?

Dane niemieckich analityków pokazują, że wygrane antyestablishmentowych ugrupowań w kolejnych krajach Unii wcale nie będą korzystne dla tych eurosceptycznych ugrupowań, które już zdobyły władzę. Nie ma czegoś takiego jak „międzynarodówka populistów". Przeciwnie, fala obalania starego porządku, jaka zdaje się przetaczać przez kraje UE, tylko wzmacnia poparcie społeczne dla integracji tam, gdzie do władzy już doszły „nowe siły".

Ludzie zaczynają sobie uświadamiać, jak dużo mogą stracić wraz z rozbiciem Unii i jak puste są hasła tych, którzy apelują o jej zniszczenie. Może nie będzie potrzebna nowa wojna, aby europejskie narody zrozumiały, że są skazane na współpracę?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA