fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Jerzy Karwelis: Wybory - co, gdzie, kiedy?

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Przed nami ostatni zakręt w postaci kluczowego głosowania w czwartek 7 maja. Oto kilka ścieżek, którymi mogą pójść rządzący oraz opozycja.

Na 7 maja w harmonogramie prac Sejmu jest wpisane rozpatrzenie stanowiska Senatu w sprawie tzw. stuprocentowych wyborów korespondencyjnych. Mija już miesiąc od przyjęcia tej ustawy przez Sejm, który pracował szybko, zaś ustawa przeleżała w Senacie pełny miesiąc. Opozycja nie chce tych wyborów w takiej formie i terminie, więc wykorzystała swój czas by między ewentualnym klepnięciem ustawy – mimo sprzeciwu Senatu – a wyborami było zbyt mało czasu by je zorganizować. W międzyczasie wydarzyło się i pozmieniało tak dużo, że publiczność coraz mniej rozumie, o co chodzi, nie ma pełnej wiedzy i w sytuacji niepewności może reagować nieracjonalnie. Postanowiłem się przyjrzeć temu tuż przed posiedzeniem Sejmu, bo nawet dziś wpadają kolejne „wrzutki” z sugerowanymi posunięciami uczestników tego zamieszania.

Pytanie zasadnicze jest o tyle proste, co trudne – o co będzie toczyć się gra 7 maja? Uprzedzam, że odpowiedzi będą mniej łatwe, bo spróbuję odnieść się do tego, opierając się na faktach, a wyczuwam u większości priorytety emocjonalne. A więc co będzie przedmiotem obrad Sejmu? Na razie wyłącznie przyjęcie lub nieprzyjęcie weta lub poprawek Senatu do ustawy o stuprocentowych wyborach korespondencyjnych i możliwości przesunięcia terminu wyborów przez Marszałka Sejmu. Jeśli Sejm nie odrzuci postanowień Senatu, czyli „uwali” własną ustawę, to na stole zostaje tylko termin 10 maja i wybory mieszane (dla części w lokalach wyborczych, a dla seniorów i ludzi w kwarantannie – korespondencyjnie). Uwaga – nie ma innego prawa na obecną chwilę. Mówienie o tym, że trzeba wybory odroczyć za pomocą stanu klęski żywiołowej, to chciejstwo. W konstytucji jest to możliwość przyznana rządowi, a nie przymus. Rząd może z tego skorzystać i pewnie by już dawno musiał, gdyby nie narzędzie pozostawione przez poprzedników, czyli ustawa Tuska z 2008 roku. Wymyślona na te same okoliczności, czyli jak zrobić, żeby w czasie epidemii (wtedy świńskiej grypy) władza miała kompetencje jak podczas stanu nadzwyczajnego, ale nie musiała zawieszać wyborów, które mogą pójść lepiej rządzącym wcześniej, a później już gorzej. Czyli dziś Sejm, ale tylko za sprawą Gowina, może przyjąć poprawki Senatu do dalszego procedowania lub uznać opinię Senatu, co kończy możliwość wyborów na 10 lub do 23 maja w formie całkowicie korespondencyjnej, a pozostawia już tylko funkcjonujące rozwiązanie z wyborami mieszanymi i datą 10 maja.

PiS ma właściwie jeden kłopot – ma już ustawę, która daje możliwość przeprowadzenia wyborów, bez pytania Sejmu o cokolwiek, nawet bez głosów Gowina. Ale ma zawity termin na 10 maja, a z tym się może nie wyrobić, bo będzie miał trzy dni na zorganizowanie wyborów. W co prawda mocno standardowym trybie, ale np. przy ujawnionym już oporze samorządów nie wyrobi się z terminem. Możliwość przesunięcia terminu wyborów przez marszałek Sejmu znajdowała się w tym drugim przedłożeniu, które może w czwartek upaść (PiS co prawda walczy do końca, ale wydaje mi się, że jak nie będzie pewny wygranej tego głosowania, to senacką uchwałą nawet się nie zajmie).

Więc jest tak – wybory (oczywiście pomijając wersję z którymś ze stanów nadzwyczajnych) muszą się odbyć w konstytucyjnym terminie, czyli między 100 a 75 dniem przed upływem kadencji obecnego prezydenta, co daje nam końcową datę do 23 maja. To daje PiS-owi możliwość pewnego manewru i czas na przygotowanie się do wyborów. Ale termin 10 maja już stoi, bo został ogłoszony wraz z całym harmonogramem wyborczym.

Co może więc zrobić PiS? Po pierwsze – nic. I wybory odbędą się w trybie mieszanym, ale 10 maja. Jak PiS uzna, że się nie wyrobi, to może powalczyć o przesunięcie terminu do 23 maja, ale za pomocą dość kontrowersyjnych działań. Przede wszystkim nie może się uzależnić od decyzji Sejmu, bo ten – w wariancie odrzucenia ustawy o 100-procentowym głosowaniu korespondencyjnym – już się mu postawił i będzie się w tej sprawie stawiał. Są do tego na razie objawione dwie drogi – przez Trybunał Konstytucyjny i poprzez poświęcenie swego króla kier. Bo istnieje wersja, że dla dobra sprawy i zrealizowania scenariusza szybszych niżby chciała opozycja terminów wyborów, prezydent Duda miałby zrezygnować z piastowania funkcji przed jej zakończeniem. Wtedy biegną terminy konstytucyjne bez udziału parlamentu i marszałek Sejmu ma 14 dni od zrzeczenia się na ogłoszenie nowych wyborów, które mogą się odbyć po 60 dniach od tego ogłoszenia. Ale ten wariant będzie „kosztował” PiS co najmniej 74 dni zwłoki i wejdzie w scenariusz korzystniejszy dla opozycji, która chce wyborów później. Druga wersja utrzymuje termin do 23 maja, a wiąże się z wnioskiem dotyczącym wyborów do Trybunału Konstytucyjnego i przywrócenie zadania organizacji wyborów Państwowej Komisji Wyborczej, której była niedawno pozbawiona.

23 maja to sobota, a wybory w świetle konstytucji mogą się odbyć jedynie w dzień wolny. Ale tu widać, że PiS przewidział taką ewentualność, gdyż tarcza antykryzysowa przewiduje scedowanie na premiera ustanowienie takiego dnia.

Czyli co może być 7 maja? PiS będzie walczył o wybory na 10 maja, z opcją na wybory w pełni korespondencyjne w jak najodleglejszym terminie. Jak mu się to nie uda, to powalczy o realizację przyjętej ustawy o wyborach mieszanych z użyciem wszelkich (powyżej wymienionych dwóch, ale może jeszcze coś ktoś ma w zanadrzu) środków by je odsunąć na 23 maja, ale już bez udziału parlamentu. Jest też opcja Gowina – zmiany konstytucji i wybory za 2 lata, ale do tego trzeba, aby wszyscy z opozycji, z pominięciem KO, się na to zgodzili. Od dawna dochodzą sygnały, że misja Gowina się nie powiodła.

Co może zrobić opozycja? Może odrzucić ustawę o korespondencyjnych wyborach, może też się podzielić i – według swoich poszczególnych interesów – w niektórych ugrupowaniach poprzeć termin 23 maja. Ale główny oponent – Koalicja Obywatelska – odrzuca taką możliwość. Zmiany konstytucji na korzyść opozycyjnych terminów też nie będzie, bo do tego trzeba uzbierać 2/3 posłów, co bez PiS-u jest niemożliwością. Wersji z obaleniem rządu nie rozpatruję, bo zakładam, że nikomu w obecnej fazie niespieszno jest do rządzenia. Niech się inni zużywają na tym chwiejnym gruncie, więc tu nie chodzi o przejęcie od konkurenta odpowiedzialności za pandemię i zrobienie tego lepiej, tylko o uzyskanie taktycznych przewag do zdyskontowania na później. Reszta to medialne narracje dla publiczności.

Podsumowując – ostatni termin konstytucyjny to 23 maja. Opozycja nie może zmusić rządu do ogłoszenia stanu wyjątkowego lub klęski żywiołowej. Z drugiej strony nie chce zmienić konstytucji w proponowany sposób. Jak by się 23 maja PiS-owi nie udał, to pozostaje ogłoszenie stanu klęski żywiołowej, który i tak może być przeciągany w nieskończoność, gdyż może trwać nie tylko do ustania epidemii, ale i jej skutków (czyli np. recesji).

I na koniec – cokolwiek by nie było po myśli Koalicji Obywatelskiej, to wynik wyborów (oczywiście ten korzystny dla prezydenta Dudy) będzie kwestionowany przez ulicę i zagranicę. Na pierwszy ogień pójdzie minister zdrowia, którego uczyni się odpowiedzialnym za narażenie obywateli wbrew własnym rekomendacjom. Tak czy inaczej wchodzimy w jeszcze ostrzejszy wiraż wojny polsko-polskiej z pandemią na karku.

Jerzy Karwelis jest publicystą, w PRL był działaczem opozycji antykomunistycznej. Podczas kampanii wyborczej do samorządów w 2018 r. związany był z Ruchem Samorządowym Bezpartyjni

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA