fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rosja

Salon otwiera się przed Putinem

Władimir Putin był gościem francuskiego prezydenta kilka dni przed szczytem G7
AFP
Stygmatyzowana od pięciu lat Rosja może powrócić do elitarnego klubu G8. Chce tego Donald Trump.
Donald Trump opowiada się za powrotem Rosji do klubu G8, czyli najpotężniejszych państw świata. – Właściwszym byłoby, gdyby Rosja była wewnątrz grupy. Bo wiele rzeczy, o których rozmawiamy, dotyczy Rosji – powiedział amerykański prezydent na kilka dni przed szczytem G7, organizowanym w Biarritz we Francji.
Amerykański prezydent już drugi raz wyraża podobną opinię. O możliwości zaproszenia z powrotem Rosji mówił też rok temu przed szczytem G7 w Charlevoix w Kanadzie. Bez rezultatu, bo żadne z pozostałych państw tego grona nie było tym zainteresowane.
Emmanuel Macron, prezydent Francji i gospodarz szczytu w atlantyckim kurorcie, jeszcze w poniedziałek po spotkaniu z Władimirem Putinem powiedział: „Rozwiązanie konfliktu na Ukrainie jest magiczną różdżką, za pomocą której Rosja otworzy drzwi do klubu G7, który na powrót może stać się G8".

Nikt nie wspomina o Krymie

Telewizja CNN, powołując się na wysokiego rangą przedstawiciela amerykańskiej administracji, podała w środę po południu, że Macron popiera propozycję Trumpa.
Według tego źródła temat był omawiany w czasie rozmowy telefonicznej prezydentów USA i Francji poświęconej zbliżającemu się spotkaniu w Biarritz. Nie ma formalnych zasad przekształcenia G7 z powrotem w G8. Ale skoro w 2014 r. Rosja została wykluczona z klubu na zgodny wniosek pozostałych siedmiu państw, po tym jak dokonała aneksji Krymu, to należałoby założyć, że tym razem dla jej powrotu też byłaby potrzebna zgoda pozostałych.
– To bardzo zły pomysł – mówi „Rzeczpospolitej" Harry Nedelcu, ekspert think tanku Rasmussen Global. Według niego byłby to fatalny sygnał wysłany całemu światu.
– Wyglądałby on następująco: jakkolwiek naruszaliście międzynarodowy porządek, jakiejkolwiek inwazji dokonaliście, to teraz już wszystko jest w porządku. Zapominamy i wszystko jest po staremu – dodaje ekspert. I przypomina, że decyzja sprzed pięciu lat była reakcją na aneksję Krymu, a następnie rozpętanie wojny we wschodniej Ukrainie. O Krymie nikt już nie wspomina, ale do tej pory wycofanie się Rosji z Donbasu było zawsze wymieniane jako warunek jakiejkolwiek normalizacji relacji z tym krajem.

Mniejsze grono, ale dobrane

Według Nedelcu szczególnie teraz, gdy Putin dławi pokojowe manifestacje, a wskaźniki poparcia dla niego szybują w dół, nie powinno mu się oferować takiego prezentu.
Gdy Rosja została wykluczona z grona najważniejszych gospodarek, wielu obserwatorów widziało w tym korzyści. G7 miało wrócić do swojego pierwotnego kształtu, czyli klubu najbardziej zaawansowanych gospodarczo, podobnie myślących demokracji.
I jako takie stwarzać możliwość kameralnych dyskusji o najbardziej palących problemach świata. Nawet jeśli waga G7 nie jest taka sama teraz, co w chwili jego powołania 30 lat temu.
Wtedy klub reprezentował 70 proc. światowego PKB, teraz tylko połowę. Jednak szybko te nadzieje okazały się iluzją, bo nowo wybrany prezydent USA okazał się przeciwnikiem liberalnego, opartego na wielostronnych instytucjach, międzynarodowego porządku.
Do największych sporów doszło w ubiegłym roku, gdy Trump skrytykował gospodarza szczytu premiera Kanady Justina Trudeau, wyjechał z Charlevoix przed końcem spotkania i nie zgodził się na wydanie wspólnego komunikatu.
Postawa Trumpa w kluczowych dla G7 tematach też nie ułatwia porozumienia. Jako jedyny w tej grupie wyraźnie opowiada się przeciwko międzynarodowym porozumieniom handlowym, forsując w zamian politykę sankcji gospodarczych, blokuje reformę Światowej Organizacji Handlu, wycofał się z porozumienia klimatycznego, a ostatnio z porozumienia nuklearnego z Iranem.
Ale, jak zauważa Harry Nedelcu, amerykański prezydent nie bojkotuje jednak kolejnego szczytu, co oznacza, że ciągle jest zainteresowany takim formatem spotkań.
– Szczyty G7 to nie tylko prestiżowe okazje. To jest jedna z niewielu okazji do dyskusji w gronie światowych potęg. Tam spotykają się przywódcy największych gospodarek, największych producentów energii nuklearnej, największych dawców pomocy rozwojowej – wylicza ekspert.

Za rok w USA

Macron, który w tym roku stoi na czele G7, chciałby też, żeby ta grupa nie była postrzegana jako elitarny klub, gdzie ważne dla świata sprawy dyskutuje się za zamkniętymi drzwiami.
Dlatego do Biarritz zaprosił też przedstawicieli organizacji międzynarodowych, jak ONZ, Bank Światowy i MFW, a także przywódców Chin, Indii, Meksyku i Brazylii. Przedstawił też całą listę tematów do dyskusji, w tym walkę z nierównościami dochodowymi i płciowymi, a także ochronę bioróżnorodności.
To raczej nie podoba się Amerykanom i w przyszłym roku podejście może się zmienić, bo rotacyjne przewodnictwo grupy przejmują Stany Zjednoczone. I już opowiedziały się przeciwko tworzeniu list tematów.
Kelly Ann Shaw, doradczyni Trumpa, skrytykowała oczekiwanie, że G7 powinno zajmować się coraz większą liczbą spraw. Według niej nie jest do tego stworzone i lepiej działa w mniejszym gronie, koncentrując się na wybranych sprawach.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA