fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zbigniew Lewicki: Co czyni prezydent Trump

Donald Trump
AFP
Donald Trump nie powinien działać na niekorzyść państwa, w którym żyje i któremu przewodził – pisze amerykanista.

Próby wyjaśnienia postępowania prezydenta Donalda Trumpa po przegranych wyborach wprawiają w zakłopotanie licznych polityków i komentatorów. Jeżeli jednak odrzucić teorie skrajne i nieprawdopodobne, w rodzaju odmowy opuszczenia Białego Domu (Trump zostałby wówczas usunięty przez Secret Service), możliwe wydają się tylko dwie interpretacje pozornie nieracjonalnego zachowania prezydenta.

Zemsta czy apelacje

Pierwsza z nich wywodzi się z wydarzeń, jakie miały miejsce w 2016 r. Po zwycięstwie Trumpa czołowi działacze Partii Demokratycznej powszechnie kwestionowali prawomocność werdyktu wyborców, wskazując na rzekome działania agentów Moskwy skierowane przeciw Hillary Clinton. Podważanie prawomocności wyborów znalazło swą kumulację w bezpodstawnej i nieskutecznej próbie złożenia prezydenta z urzędu w drodze impeachmentu. Z biznesowej kariery Trumpa znana jest jego cecha niepuszczania w niepamięć doznanej zniewagi. Kto się na to poważył, mógł być pewien, że prędzej czy później Trump odwzajemni mu się i to silniej. Jest zatem nader prawdopodobne, że jako pokonany prezydent zrobi wszystko, by upokorzyć swego następcę. Konsekwentnie rzucane błoto, choć po części się przylepi – i nie tylko wierni zwolennicy Trumpa zaczną podawać w wątpliwość prawomocność wyboru Bidena.

Drugie możliwe wyjaśnienie wiąże się ze składaniem licznych protestów wyborczych w sądach, choć niemal wszystkie z nich kończą się porażką. Jak wyraźnie jednak wynika z wypowiedzi czołowego prawnika prezydenta Rudiego Giulianiego, Trump i jego doradcy liczą, że choć niektóre sprawy dotrą po kolejnych apelacjach do Sądu Najwyższego. W sądzie wyraźną większość mają nominaci prezydentów republikańskich, w tym troje wskazanych przez samego Trumpa. Prezydent pamięta zapewne przebieg wydarzeń w 2000 r., gdy pięcioro sędziów nominowanych przez prezydentów republikańskich przegłosowało czwórkę nominatów prezydentów demokratycznych, co oddało Biały Dom w ręce George'a W. Busha.

Jeśli jednak Trump liczy na podobny efekt swoich starań, to zapewne czeka go rozczarowanie. Wskazówką może tu być wydarzenie z czasów prezydenta Dwighta Eisenhowera, któremu zależało na określonym werdykcie w sprawie integracji szkół i próbował przekazać odpowiednią sugestię mianowanemu przez siebie prezesowi SN Earlowi Warrenowi. Odpowiedź Warrena przeszła do annałów relacji amerykańskiej władzy wykonawczej i sądowniczej: „Nie myślałem, że kiedykolwiek to Panu powiem, ale teraz muszę wyraźnie stwierdzić: Niech Pan zajmie się swoimi sprawami, a ja zajmę się swoimi".

Sędziowie Sądu Najwyższego słyną z umiejętności oddzielania swoich przekonań politycznych, do których mają prawo, od orzekania zgodnie z literą i duchem prawa. Nie ulegają naciskom politycznym i z pewnością piątka głosująca zgodnie ze stanowiskiem George'a W. Busha uczyniła tak, gdyż argumenty tej strony przeważyły nad poglądami przedstawionymi przez prawników Ala Gore'a. Także i obecnie może się zdarzyć, że SN opowie się po stronie Trumpa, ale z powodów merytorycznych, a nie politycznych.

Nawet zresztą gdyby tak się stało, zapewne nie spowoduje to tak głębokiej zmiany, by Trump uzyskał większość w Kolegium Elektorów, a nawet by Biden nie uzyskał w nim większości ponad 50 proc. i wybór przeszedł do Izby Reprezentantów. W Izbie głosuje się stanami, a członkowie Partii Republikańskiej mają przewagę w delegacjach większości stanów. Niemniej w przekonaniu wielu obywateli prawomocność wyboru Bidena zostanie tym silniej zakwestionowana.

Fundamenty USA

Scenariusze te mają jednak konsekwencje idące znacznie dalej niż sama obsada Białego Domu. Otóż istotą amerykańskiego systemu politycznego nie jest często przywoływany trójpodział władz ani podobne elementy władztwa. Najważniejszą jego cechą jest powszechność wyborów i zaufanie, jakim obywatele darzą tę procedurę. W Stanach Zjednoczonych wybiera się obsadę ponad 500 tys. stanowisk, nie tylko prezydenta, lecz i hycla, a także sędziów i szefów prokuratur. Amerykanie nie zgadzają się na żadne zmiany w tym zakresie i nie odstępują od głosowania nawet nad kandydaturami na specjalistę od nagłych zgonów czy szefa wydziału miar i wag.

Wybór przez społeczność, czy to lokalną, czy ogólnokrajową, jest postrzegany jako najbardziej sprawiedliwy, a zarazem zapewniający elektowi autorytet jako osobie cieszącej się zaufaniem danej społeczności. Gdy w 2016 r. pojawiły się sugestie nieprawidłowości w wyborach prezydenckich, odebrano to jako przebiegłe działanie obcych służb, które nie mogąc obsadzić Białego Domu swoim kandydatem, starały się osłabić samą procedurę. Gdy jednak teraz proces wyborczy podważany jest przez jego głównego uczestnika, sprawa ma wymiar znacznie poważniejszy. Bez względu na swoje ambicje polityczne Donald Trump nie powinien działać na niekorzyść państwa, w którym żyje i któremu przewodził. Jeśli szybko tego nie zaprzestanie, przejdzie do historii jako prezydent świadomie rozmontowujący istotę państwowości amerykańskiej.

Autor jest politologiem, profesorem UKSW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA