fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bugaj: Program reformy polityki

Fotorzepa/Jerzy Dudek
Trzeba zwiększyć realny pluralizm sceny partyjnej i odpowiedzialność klasy politycznej przed wyborcami, a także rozszerzyć możliwości, jakie daje demokracja bezpośrednia – pisze ekonomista i polityk.

Po wyborach wielu komentatorów wieszczy tryumf demokracji. Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki pisali w „Dzienniku Gazecie Prawnej" (18–20 października): „Nie przepadamy za patosem, ale te wybory pokazują, że rzeczywiście stało się coś wielkiego. (...) większość uwierzyła (...) że polityka jest sprawcza. (...) Rozpoznajemy, że w polityce o coś chodzi (...) warto się w nią zaangażować".

Niestety, w kampanii wyborczej kluczowe problemy, przed którymi stoimy, albo nie zostały w ogóle podjęte, albo pojawiły się wyłącznie na poziomie sloganów. Nie było dyskusji o wstąpieniu do strefy euro. Nie pojawił się problem nierówności. Żadna partia nie powiedziała nic istotnego o polityce zagranicznej. Ekologia stała się wyłącznie okazją do wymiany oskarżeń. Owszem, w programie SLD („lewicy") sformułowane zostały radykalne propozycje ograniczenia pozycji Kościoła (np. usunięcie lekcji religii ze szkół publicznych), ale przecież to wymaga... zmiany konstytucji, czyli jest praktycznie nieosiągalne.

Trudny wybór

W tej kampanii nie było sporu programowego. Jego miejsce zajęła prymitywna licytacja obietnic. Najlepiej widoczne to było w przypadku ochrony zdrowia (skądinąd ważnego i bardzo trudnego problemu). Werbalnie zwyciężyła KO, obiecując natychmiastowe i radykalne skrócenie czasu oczekiwania na dostęp do doraźnej pomocy medycznej i do usług specjalistycznych.

Oczywiście, praktycznie wszystkie ugrupowania przedstawiły więcej niż szczodre pomysły zwiększenia różnej kategorii dochodów. Jeszcze przed poprzednimi wyborami PiS zaoferowało (i zrealizowało) program 500+. Nie był to program optymalnie odpowiadający na wyzwania socjalne, ale nie był absurdalny. Jednak PO najpierw uznała, że jest skrajnie nieodpowiedzialny, by zaraz potem obiecać jego... radykalne rozszerzenie (co PiS przed wyborami zrealizowało).

Dodatkowe emerytury to wspólna obietnica głównych rywali (KO obiecała także przekazanie emerytom udziałów we własności spółek pod kontrolą państwa). Trudno powiedzieć, kto wygrał licytację w kwestii podwyżki niskich wynagrodzeń. PiS obiecało ogromny wzrost wysokości płacy minimalnej, co wymusza ogólną podwyżkę płac generowaną tą decyzją państwa. Pomysł KO to przede wszystkim finansowane z budżetu dopłaty do niskich płac, także z nieuchronną konsekwencją w postaci ogólnego ich wzrostu. Mniejsi rywale (PSL i „lewica") też stanęli w szranki licytacji na obietnice.

Ostatnie wybory z cała ostrością ukazały również, że coraz większe znaczenie mają czynniki zakłócające merytoryczny wybór. Trzeba tu zwrócić uwagę na przynajmniej trzy kwestie. Po pierwsze to postępująca erozja tożsamości poszczególnych partii. Manifestuje się to unikaniem jasnej orientacji ideowo-programowej. Może najjaskrawiej widać to na przykładzie „lewicy", która „zapomniała" np. o kwestii nierówności. Po drugie to sprawa wiarygodności. I znów najbardziej jaskrawy przykład to „lewica" (ściślej SLD). Ta partia wystąpiła jako radykalny wojownik o kwestię socjalną i świeckie państwo. Całkowicie jednak puściła w niepamięć, że to SLD wprowadził niski liniowy podatek dochodowy dla najzamożniejszych podatników i to SLD zaakceptował w konstytucji konkordat (jeszcze przed jego ratyfikacją!), który jest przecież fundamentem rozległych praw Kościoła. Po trzecie, to sprawa rosnącego znaczenia mechanizmu szukania wyborczego poparcia w znanym nazwisku męża (żony, ojca).

No i jest kwestia zniekształcającego oddziaływania ordynacji wyborczej. Od wielu lat przeliczenie oddanych głosów na mandaty przesądzało, że rząd (na ogół jednak koalicyjny) tworzyło ugrupowanie będące największą mniejszością. Ale obecne wybory pokazały, że nawet duży wzrost poparcia (zarówno absolutnego, jak i względnego) nie daje zwiększenia liczby mandatów. By nie było wątpliwości, zwycięstwo wyborcze PiS bynajmniej mnie nie cieszy, ale mechanizm wyborczy, który nie zapewnia związku poziomu wyborczego poparcia z siłą ugrupowania w parlamencie, trudno uznać za właściwy.

Efekt „słuchania ludzi"

Wszystkie wyżej wymienione (i inne – niewymienione) okoliczności, które ujawniły się w wyborach, nie podważają ich generalnie demokratycznego charakteru, ale też nie ma powodu, by uznać, że dokonał się w Polsce demokratyczny przełom. Więcej, są powody, by oczekiwać negatywnych konsekwencji – zarówno doraźnych, jak i w długim okresie.

Tylko w przypadku splotu bardzo sprzyjających uwarunkowań można oczekiwać, że możliwa jest pomyślna realizacja zobowiązań wyborczych. Praktycznie przed tym problemem stanie pewnie PiS, ale ta ocena miałaby zastosowanie również do przypadku ewentualnego zwycięstwa opozycji. Co więcej, trudno oczekiwać, że którykolwiek rząd może liczyć, iż opozycja ułatwi mu wycofanie się choćby z absurdalnych nawet działań, których podjęcie obiecywał w wyborczej kampanii.

W długim okresie praktyki obecnych wyborów stanowią czynnik podkopujący racjonalne działanie demokracji przedstawicielskiej. Ta formuła działa sprawnie tylko pod warunkiem, że wola społeczna generalnie wyznacza główne linie polityki państwa, ale zarazem elity polityczne pełnią rolę czynnika racjonalizującego. Wyborcy muszą mieć do dyspozycji pluralistyczny zestaw alternatyw programowych – spójnych i mieszczących się w granicach możliwości. W tych wyborach ich nie mieli, zalała ich fala często populistycznych i pozbawionych realizmu obietnic.

To rzekomo efekt „słuchania ludzi", a w istocie rezultat szukania wyborczego poparcia za wszelką cenę i przy założeniu, że generalnie ludzie nie wiedzą, że nie wszystko jest możliwe. Premier Morawiecki sugerował, że poziom płac zależy nieomal w pełni od decyzji rządu. Nie zależy, ale jakaś część ludzi pewnie uwierzy, że płace w Polsce mogą być na poziomie niemieckim, mimo że jesteśmy (i długo jeszcze będziemy) krajem dużo mniej rozwiniętym. Opozycja domaga się szybkiej eliminacji węgla w produkcji energii elektrycznej, a jednocześnie sprzeciwia się podwyżce cen energii. Wszystkie ugrupowania licytowały się w kwestii poziomu wydatków na ochronę zdrowia („lewica" wylicytowała 7,2 proc. PKB), ale nie pamiętam, by któreś z ugrupowań jasno stwierdziło, że konieczne jest znaczne zwiększenie składki na ochronę zdrowia.

Kluczowe zmiany

Wszystko to oczywiście nie znaczy, że między poszczególnymi ugrupowaniami na polskiej scenie politycznej nie ma żadnych trwałych różnic ideowych. Można oczywiście podjąć próbę ich rekonstrukcji; w interesujący sposób zrobił to w wywiadzie w „Rzeczpospolitej" Jarosław Flis („Głupi, podli i ci umiarkowani", magazyn „Plus Minus", 19–20 października). Ale przynajmniej w kwestiach społeczno-gospodarczych jest to zabieg niewolny od ryzyka poważnego nawet błędu. Co ważniejsze, od przeciętnych wyborców nie można przecież oczekiwać kompetencji analitycznych.

Byłoby wielką naiwnością twierdzić, że mankamenty polskiego systemu politycznego są ławo usuwalne. Z pewnością nie. Po pierwsze, program reformy nie jest wcale oczywisty, a po drugie, o tej reformie muszą zdecydować ugrupowania polityczne, z których znaczna część jest beneficjentem dotychczasowego systemu. Mimo wszystko o kierunkach pożądanej ewolucji systemu politycznego trzeba rozmawiać.

Kluczowe znaczenie miałoby zwiększenie realnego pluralizmu sceny partyjnej i odpowiedzialności klasy politycznej przed wyborcami. Także rozszerzenie możliwości, jakie daje demokracja bezpośrednia. Zasadniczy wpływ na politykę państwa w systemie demokracji przedstawicielskiej związany jest z obecnością w parlamencie. To nie tylko kwestia udziału w decyzjach, ale też dostęp do „trybuny" i... pieniędzy.

Obecnie jednak wysoki próg wstępu (5 proc.) przesądza, że nawet uzyskanie przez partię głosów miliona wyborców (przy frekwencji zbliżonej do 70 proc., a więc nie ekstremalnej) nie daje miejsca w parlamencie. Powie ktoś, że w składzie Sejmu pojawiają się jednak nowe ugrupowania. To prawda, ale są to bez wyjątku ugrupowania totalnej kontestacji (Lepper, Palikot, Kukiz, a obecnie Korwin-Mikke). W imię urealnienia konkurencji bariery wstępu do Sejmu powinny być obniżone. Obecny próg mógłby zostać zastąpiony, np. warunkiem uzyskania poparcia 0,5 mln wyborców.

Trzeba poważnie rozważyć postulat, który podnosi PSL – obligatoryjności rozstrzygnięć wynikających z referendum na wniosek obywateli. Obecnie nawet gdy jakaś inicjatywa obywatelska uzyska bardzo duże poparcie (np. podpisy 2 mln obywateli), to decyzja o przeprowadzeniu referendum i tak należy do Sejmu. Celowe jest ustanowienie zasady, że przy odpowiednio wysokim poparciu, np. 5 proc. uprawnionych do głosowania, wniosek o referendum nie wymaga akceptacji Sejmu, a referendum uznaje się za rozstrzygające, jeżeli weźmie w nim udział nie mniej wyborców niż w ostatnich wyborach do Sejmu. I jeszcze jedna ważna kwestia: na podstawie rozstrzygnięcia w drodze referendum powinno się dopuścić skrócenie kadencji parlamentu (oraz prezydenta) i przeprowadzenie przedterminowych wyborów.

Pilna wydaje się także potrzeba innych zmian w zapisach konstytucyjnych. Dwie kwestie wydają się tu kluczowe: wzmocnienie gwarancji niezależności mediów publicznych oraz rzeczywista reforma Trybunału Konstytucyjnego. W tej ostatniej kwestii najważniejsza jest zmiana procedury powoływania sędziów, urealniająca gwarancje ich niezależności, oraz wprowadzenie zasady, że ostateczne rozstrzygnięcie TK przynajmniej w „ważnych" kwestiach wymaga decyzji podjętej kwalifikowaną większością przez Trybunał obradujący w pełnym składzie. Przecież TK ma orzekać nie o słuszności danego uregulowania, tylko o jego zgodności (lub niezgodności) z konstytucją.

Trzeba być optymistą

Przedstawione tu trzy postulaty nie są oczywiste. Stoi za nimi (być może idealistyczne) założenie, że obywatele – choć mogą się mylić – są generalnie zdolni dokonywać wyborów odpowiedzialnych, pod warunkiem jednak, że elity polityczne dostarczają pluralistycznych i racjonalnych programów. No i oczywiście pod warunkiem, że w przypadku alienacji elit obywatele mają realne możliwości podjęcia ważnych decyzji bezpośrednio – w trybie referendum.

Czy zmiany w systemie politycznym o takiej orientacji są jednak możliwe? By odpowiedzieć twierdząco, trzeba być optymistą. To, co możemy obserwować w działaniach partii, to – maskowane frazesami o umiłowaniu ojczyzny – pragnienie niepodzielnej władzy. Dzisiaj prowadzi to do wypełnionego politycznymi bijatykami impasu. Są powody, by się niepokoić. Ale – paradoksalnie – można mieć nadzieję, że ponieważ żaden z politycznych konkurentów nie ma możliwości narzucenia swojej woli, to może pojawi się możliwość kompromisu w sprawie zasad politycznej rywalizacji. Ten scenariusz zakłada kooperację między politycznymi konkurentami. Dziś wydaje się to nierealne, ale skoro kompromis był możliwy w roku 1989... W końcu w demokracji nie ma (w każdym razie być nie powinno) wrogów – są tylko konkurenci.

Autor jest doktorem hab. nauk ekonomicznych, profesorem w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Był posłem i przewodniczącym Unii Pracy

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA