fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Samozwańcza nauczycielka historii

Olga Tokarczuk
Fotorzepa
Zapewne mówiąc o tolerancji czy też nietolerancji w Polsce Olga Tokarczuk ma na myśli inne czasy. Jakie? Może getto ławkowe w okresie międzywojnia? Wspomina pisarka o „mordercach Żydów". Oskarżenie brzmi mocno, ale czy czysto? – pyta publicysta.

„Zaczynam myśleć, że my śniliśmy własną historię. Wymyśliliśmy sobie historię Polski, jako kraju niezwykle tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości/.../ Trzeba będzie stanąć przed własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów...". To słowa laureatki tegorocznej nagrody Nike, Olgi Tokarczuk, wypowiedziane w TVP Info w programie „Minęła dwudziesta". Uważam, że należy potraktować je poważnie, bo prawdziwa jest zasada, że kiedy nie podejmuje się wysiłku sprostowania pewnych uproszczeń i – w najlepszym razie – skrótów myślowych, przenikają one do świadomości ludzi, stając się oczywistymi oczywistościami, które podejmują w swoich wypowiedziach nawet wysublimowani intelektualiści.

Domyślam się, co jest źródłem inspiracji tej wypowiedzi: zapewne badania autorki nad dokumentacją do powieści, ale i, modny ostatnio, „dyskurs", który podejmuje się krytyki czy też dekonstrukcji pewnej, wydawałoby się, ugruntowanej narracji historycznej o Polsce. Celem owego działania jest zmiana miejsca Polaków w postkolonialnym odczytaniu współczesnej historii. Do niedawna, dzięki intelektualnej aktywności między innymi Ewy Thompson, w tej opowieści umieszczeni byliśmy po stronie kolonizowanych; teraz dobrze jest mówić, iż byliśmy „kolonizatorami". Od długiego czasu obecna jest tradycyjna wizja Rzeczpospolitej jako „państwa bez stosów", organizmu politycznego tolerancyjnego, otwartego i łagodnie (choć nie bez zgrzytów) nastawionego do – głównie religijnych, ale i narodowych – mniejszości. Ta tradycja rozumowania o Polsce winna być – jak się ostatnio przekonujemy - poddana rewizji.

W wypowiedzianych słowach pobrzmiewają echa innej jeszcze opowieści, która zaczyna zdobywać popularność. To opowieść społeczna i... rasowa. Otóż w pracach Jana Sowy i podobnych mu badaczy coraz głośniej mówi się o szlachcie polskiej jako o klasie wyzyskiwaczy, „właścicieli niewolników", którzy budowali (zacofaną, oczywiście) gospodarkę Rzeczypospolitej na okrutnym wyzysku chłopów. Już za chwilę zapewne, prawem analogii, zaczniemy czytać o tejże szlachcie jako o przedstawicielach tradycyjnego polskiego antysemityzmu.

Można by zbyć opinie autorki „Ksiąg Jakubowych", prosząc ją uprzejmie, aby raczyła podać jakieś choćby śladowe uzasadnienie dla swoich, jakże bolesnych, uogólnień, a nie zadowalała się wysyłaniem w świat swoich opinii, ale byłby to rodzaj odbijania piłeczki.

A może warto poczuć się wywołanym do tablicy?

Kolonializm

Myślę, że Olga Tokarczuk mówi o kolonializmie (bo tak widzi to chyba Jan Sowa) w kontekście zasiedlania przez szlachtę ziem ruskich po Unii Lubelskiej (1569), a może w kontekście decyzji króla Zygmunta Augusta o wcieleniu ziem: wołyńskiej, kijowskiej i bracławskiej do Korony. Nie wiem, co innego może mieć na myśli? Bo chyba nie plany zajęcia Madagaskaru?

Otóż, nie wiem, na jakiej podstawie można mówić o tym, co było Unią polsko-litewską w kategoriach kolonializmu. Z tego, co mi wiadomo, do Unii prowadził długi i skomplikowany proces polityczny, nie wiadomo mi nic (może Tokarczuk to wie!) o zbrojnej ingerencji; wojska koronne nie wjechały do Litwy, nie nastąpiło przejęcie urzędów, waluty, narzucenie namiestników itp. Po prostu zawiązano Unię. Od początku istnieli jej przeciwnicy (po obu stronach, dla jasności, ja – na przykład – dalej jestem zdecydowanym owej Unii przeciwnikiem), ale była też określona wola polityczna (po obu stronach), żeby ją zawiązać. Zapewne się mylę, bo jestem niedouczony, ale – tak wyczytałem z książek historycznych i ze źródeł – za Unią z Rzeczypospolitą mocno opowiadała się szlachta ruska, czyli pochodząca z Wielkiego Księstwa, widząc w niej szansę na wejście w orbitę praw Królestwa Polskiego, co znaczyło dla tejże szlachty ucieczkę spod silnej ręki litewskich magnatów i wejście - jak nazywał to Norman Davies - do strefy „nobleman's paradise". W roku 1572, zaraz po śmierci króla Zygmunta Augusta, kiedy spora część (a może większość) możnowładców litewskich próbowała tę sytuację w kontekście niedawnej unii rozegrać na swoją korzyść - szlachta ziemi wołyńskiej zwołuje zjazd w Łucku i zawiązuje konfederację, by bronić zdobyczy unii (czyli nie wrócić do sytuacji sprzed niej).

Podobnie nie mam pojęcia, na jakiej podstawie można uznać fakt kolonizowania (czyli zasiedlania) ziem, zwanych (później) Kresami za „kolonizację" rozumianą w duchu XIX -wiecznych zdobyczy afrykańskich czy amerykańskich państw Europy. Może nastąpiło jakieś pomieszanie pojęć, zrównujące proces kolonizowania z kolonizacją?

Tak, szlachta z Korony osiedlała się na terenach Wielkiego Księstwa, ale czy można ten proces nazwać kolonizacją? Warto też pamiętać, że wielkie rody XVII wieku i mające spore znaczenie w wieku XVIII – Sobiescy, Wiśniowieccy, Sapiehowie, Radziwiłłowie, Chodkiewiczowie, Massalscy, Czartoryscy i wiele innych, potężnych w majętności i moc polityczną - wywodziły się z terenów, które współcześnie lubi się określać mianem terenów „kolonizowanych". Były to wielkie rody Rzeczpospolitej, które odgrywały kluczową rolę w jej polityce (nie zawsze pozytywną, dodajmy).

Antysemityzm, patriotyzm, nacjonalizm

W XVI wieku pisarz Stanisław Orzechowski mówił o sobie „Gente Ruthenus, natione Polonus" (rodu ruskiego, narodowości polskiej), a w XIX wieku Adam Mickiewicz pisał w Inwokacji do swego poematu „Litwo, ojczyzno moja". Powinno to dać do myślenia pisarce, że być może poczucie przynależności wspólnotowej w dawnych czasach trochę różniło się od naszego. Wiem, że wyjdę na relatywistę, ale wcale nie uciekam od problemu, kiedy zastanawiam się, czy zasadne jest snuć rozważania o antysemityzmie szlachty polskiej. Tak jak nie wiem, czy zasadne jest snuć rozważania o patriotyzmie szlachty polskiej lub jej poczuciu przynależności narodowej. Wszystkie te pojęcia „antysemityzm, patriotyzm, nacjonalizm" pochodzą bowiem z epok późniejszym.

Na pewno można opisywać rodzaj relacji szlachty do Żydów, ojczyzny czy wobec swojej przynależności etnicznej zarówno posługując się badaniami historycznymi, jak i lekturą tego, co na te tematy znajdziemy w piśmiennictwie. Ale nie wiem, czy zdecydowałbym się te relacje nazywać antysemityzmem, patriotyzmem czy nacjonalizmem. Staram się być uczciwym czytelnikiem Ludwika Wittgensteina i nie brać w posiadanie za pomocą współczesnego języka, współczesnej terminologii obszarów i zjawisk, które mówiły najprawdopodobniej innym głosem.

Zakładam, że mogę nie mieć racji, ale w świetle powyższego, rozumiem, że Olga Tokarczuk używa terminu „kolonizatorzy" metaforycznie, na sposób literacki.

Tolerancja

Chyba w dawnych wiekach faktycznie nie istniała „tolerancja". W tekście słynnej konfederacji warszawskiej mówiło się tylko i aż tyle: „iż którzy jesteśmy dissidentes de religione, pokój między sobą zachować, a dla różnej wiary i odmiany w Kościelech krwie nie przelewać". Mowa tam była o różnicach w wierze chrześcijańskiej, zatem nie odnosiła się owa zasada do Żydów, muzułmanów, ale i chyba nie było adresowana do prawosławnych. Sądzę, że konfederacja wynikała z problemów politycznych, których przysparzały Rzeczpospolitej nowe, reformowane wyznania. Zawiązywano ją dla ochrony pokoju, odwołując się do praw. Zapis adresowany był do nowych wyznań: z prawosławiem czy z wiarą żydowską (wyznań od dawna obecnych w Koronie, obok muzułmańskiej czy ormiańskiej) nie było, jeśli się tak można wyrazić, problemu.

Rzeczpospolita miała w sobie pewien rodzaj inercji, charakterystycznej dla krajów rządzonych na sposób obywatelski. Nie opierała się osiedlaniu się Żydów uciekających z Europy Zachodniej w średniowieczu, a potem nie bardzo zapewne chciała - a i umiała - sobie poradzić z przyjmowaniem różnych uciekinierów prześladowań religijnych z krajów nie tylko ościennych.

Proszę spojrzeć na listę herezjarchów wieku XVI z Południa czy z Zachodu (Faust Socyn, Giorgio Blandrata, Bernardino Ochino na przykład), by uczciwie mówić o staropolskiej – jednak - otwartości, a nie zamknięciu. Jako przykład warto podać historię z XV wieku niedoszłego zamachowca na życie papieża, Filipa Buonacorsiego (znanego jako Kallimach), który uciekając przed aresztowaniem schronił się w Rzeczpospolitej na dworze... biskupa lwowskiego Grzegorza z Sanoka. A Jan Amos Komensky? Oto co pisze o nim Wikipedia: „Jako przywódca radykalnego ruchu politycznego i religijnego zwalczany w Czechach przez Habsburgów i Kościół katolicki, schronił się w Polsce w Lesznie u Rafała Leszczyńskiego. Stojąc na czele wspólnoty braci czeskich w Lesznie wziął czynny udział w przygotowaniu najazdu szwedzkiego na Polskę (potopu)." Mieszkał w Lesznie między 1628 a 1656 rokiem.

Zapewne więc mówiąc o tolerancji czy też nietolerancji w Polsce Olga Tokarczuk ma na myśli inne czasy. Jakie? Może getto ławkowe czy numerus clausus w okresie międzywojnia? Wspomina pisarka o międzywojennych i powojennych pogromach, a w końcu o „mordercach Żydów". Oskarżenie brzmi mocno, ale czy czysto? Chciałbym usłyszeć coś więcej, nie będę więc jej wyręczać, by domyślać się, co konkretnie mogła mieć na myśli.

Niewolnictwo

Smutno mówić, ale już w samym opisie tkwi błąd. Tak, czepiam się, ale jakie dane stoją za stwierdzeniem: „większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników..."

Jeżeli chłopi, jak ostatnio się to interpretuje, byli owymi niewolnikami, to przecież pewnie Olga Tokarczuk wie, że szlachta nie stanowiła większości w Rzeczpospolitej. Raczej mniejszość (8 do 10 proc. to większość czy mniejszość?). Wiem, widziałem inscenizację Radosława Rychcika „Dziadów", gdzie odważnie odmalowano chłopów białoruskich jako murzyńskich niewolników. Wiem, że to „taka metafora", która w sumie nawet do mnie przemawia. Problem polega na tym, że znowu – kiedy omawia się kwestię chłopską w Rzeczypospolitej – warto na nią patrzeć w kontekście historycznym. Ale załóżmy, że nie stawiam tego zastrzeżenia, niech będzie jak chce Jan Sowa, niech piętnuje szlachtę Rzeczypospolitej, a bardzo będą mu (i Oldze Tokarczuk) pomagać w tym względzie pisarze i publicyści tamtych czasów od Modrzewskiego przez Skargę, Górnickiego czy Starowolskiego aż po Norwida. Niemniej jednak, zastanawiam się, co ja mam z tą wiedzą-nie-wiedzą zrobić. Uznać winę szlachty? Uznać i co dalej? Niesprawiedliwość dziejowa bije z wyzysku człowieka przez człowieka i boli mnie również wyzysk opisany w powieściach Dickensa czy Zoli. W sumie chyba nawet cierpię czytając o losie klasy robotniczej w Anglii w okresie rewolucji przemysłowej, nie mówiąc o tym, że wzbudza we mnie wielkie emocje widok wyzyskiwanych przez dzisiejszych pracodawców kasjerek w hipermarketach. Tylko zastanawiam się, co mam z tymi swoimi negatywnymi odczuciami uczynić. Rozumiem, że mam się od kultury szlacheckiej odwrócić, bo była oparta na krzywdzie? Co wynika z faktu, iż uznam, że dobrobyt szlachty wynikał z wyzysku chłopa? I zastanawiam się: jaki rodzaj rozumowania wypływa z tych konstatacji. Jeśli kultura szlachecka była oparta na wyzysku, to znaczy, że...? Że co? Bo w sumie chodzi o pytanie takie: czy fakt społecznego zła (a zło owo jest zawsze złem, bez względu na to, jakie przyjęte są w danej epoce kryteria), które z daną kulturą jest związane, deprecjonuje ją i jeśli tak, to w jakim stopniu? Staram się nie być relatywistą. Kiedy rozważamy przywilej neminem captivabimus, mówimy o artykułach henrycjańskich czy wskazujemy na republikańską tradycję, w którą chyba można wpisać kulturę szlachecką (nie wspominając o dokonaniach na przykład literackich tamtych czasów), to czy fakt przemocy wewnątrzstanowej na owe osiągnięcia rzutuje? I jeśli tak, to w jaki sposób?

Wydaje mi się to być problemem trudnym do rozstrzygnięcia. Czy kiedykolwiek, gdziekolwiek istniała jakaś kultura idealna, gdzie nie znajdziemy żadnej obecności przemocy? Anglia? Egipt? Niderlandy? Francja?

Ponieważ nie umiem rozwikłać tego dylematu, proponuję Oldze Tokarczuk, by – mówiąc o „niewolnictwie" nie zapominała dodać dobrego słowa o osiągnięciach owej szlacheckiej kultury. Ja, ze swojej strony podpisuję się pod zdaniem: uważam, że kultura szlachecka miała wielkie i ważne osiągnięcia, ale też, że jej ekonomicznym budulcem był wyzysk.

Ciekaw jestem, czy Olga Tokarczuk zgodzi się na takie rozwiązanie. Martwię się, że może mieć z tym pewien problem, bo kończy swoją wypowiedź jeszcze jedną, pomijaną w opisach internetowych, myślą: „Myślę, że możemy się też uczyć od Niemców. Oni po wojnie zostali zmuszeni do tego, żeby naprostować swoją historię. Ale my nie możemy dalej tkwić w tych wszystkich takich sennych oparach. I opowiadać sobie, jacy byliśmy wspaniali".

Oczywiście Polacy, jak każdy naród, powinni się uczyć. A przede wszystkim słuchać tych, którzy zamierzają ich zmuszać do „naprostowania swojej historii". Olga Tokarczuk mówiąc to, co mówi, postrzega się w roli tych, którzy „zmuszają". Dobrze by jednak było, gdyby pani nauczycielka była trochę lepiej przygotowana do lekcji i „zmuszała" w oparciu o bardziej uzasadnione dane.

Autor jest poetą i prozaikiem, eseistą, profesorem UKSW.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA