fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Przestępczość

Zamieszki w RPA: Spalone sklepy i wojsko na ulicach

AFP
Ponadtygodniowe rozruchy sparaliżowały gospodarkę kraju i zagroziły głodem wielu jego regionom.

„Płacz, zniszczony kraju" – taki transparent rozwieszony nad sklepem zobaczył korespondent londyńskiego „The Times" w małej mieścinie Bela Bela, dwie godziny drogi na północ od centrum przemysłowego w Johannesburgu.

Sklep i ogromna kolejka przed nim nie bez powodu pilnowane były przez żołnierzy z bronią maszynową. Przy wjeździe do miasteczka dopalała się na stacji benzynowej cysterna z paliwem, podpalona przez rabusiów.

Od 8 lipca przez RPA przetoczyły się rozruchy, których detonatorem było zatrzymanie byłego prezydenta Jacoba Zumy pod zarzutem niestawienia się na przesłuchanie przed sądem. W ciągu jednego dnia zamieniły się one w straszliwą falę pogromów sklepów, stacji benzynowych, ataków na ciężarówki na głównych autostradach kraju.

Do niedzieli rozgrabiono i spalono nie mniej niż 200 hipermarketów oraz 800 sklepów różnych branż. Według wstępnych ocen skradziono i zniszczono towary warte ponad miliard dolarów. Ale najgorsze, że tłumy atakujących sparaliżowały gospodarkę kraju. Zamknięto wszystkie porty RPA (w tym Durban i Kapsztad), gdzie rozkradziono składy na nabrzeżach, przestała działać największa rafineria kraju – zamknięto ją w obawie o bezpieczeństwo pracowników.

Rozruchy zaczęły się w Johannesburgu i objęły głównie dwie prowincje: Guateng (ze stolicą kraju Pretorią i Johannesburgiem) oraz KwaZulu-Natal (z portem w Durbanie). Animozje w kierownictwie rządzącego RPA Afrykańskiego Kongresu Narodowego zamieniły się w bunt bezrobotnych i biednych.

Za aresztowanym byłym prezydentem ujęła się jego liczna rodzina, zajmująca wysokie stanowiska w Kongresie. Szefostwo partii zmuszone było powołać „mediatora", by uspokoić córkę Zumy Duduzilę Zumę-Sambudla. Ale członkowie plemienia Zulusów – z którego wywodzi się były prezydent – rozpoczęli ataki na sklepy i blokowanie autostrad, które szybko wymknęły się spod kontroli. „Zablokowanie kluczowych dróg transportu może rozerwać łańcuchy dostaw, co doprowadzi do deficytu podstawowych produktów w całym kraju" – uprzedzało południowoafrykańskie Zrzeszenie Handlu Detalicznego. Tak się stało, zmuszając rząd do wysłania wojska na ulice.

W drugiej gospodarce Czarnej Afryki prawie jedna trzecia ludności jest bezrobotna, wśród młodzieży to ponad 42 proc. Położenie najbiedniejszych znacznie pogorszyło się z powodu pandemii Covid-19. Frustracja wylała się na ulice jako fala pogromów, podpaleń, grabieży, a nawet zabójstw. Prawdopodobnie dochodziło do porachunków gangów. Mimo, że policja przez pierwszy tydzień rozruchów nie używała ostrej amunicji, a jedynie gumowych kul, zginęło ponad 100 osób.

– Największe centrum handlowe jest ostatnim otwartym. Jeśli i je zamkną, nic nie zostanie. Wkrótce zaczniemy jeść jeden drugiego – powiedział dziennikarzom mieszkaniec Johannesburga, prawie milionowej metropolii, w której rzeczywiście działa już tylko jedno centrum handlowe.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA