fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Przemysł spożywczy

Branża alkoholi. Roboty przejmują nalewanie alkoholu

123RF
Gdy jedna maszyna zastępuje dziesięć osób, automatyzacja staje się kuszącym rozwiązaniem dla producentów.

Rosnąca presja płacowa, brak pracowników oraz polityki migracyjnej dla Ukraińców – wszystko to przyspiesza automatyzację produkcji żywności. Nie tylko niej: z tym wyzwaniem zmagają się też polskie firmy z branży alkoholi.

Miliony na maszyny

– Od ub.r. inwestujemy gdzie to tylko możliwe, by zaoszczędzić na kosztach pracowniczych – mówi Grzegorz Bartol, wiceprezes firmy Bartex, producenta win i wódek. W tym roku wyda ponad 12 mln zł na inwestycje związane z procesem rozlewu. – Niedobór pracowników wymusza ogromne nakłady na robotyzację procesów – przyznaje.

Podobną ścieżkę przeszedł właśnie Jantoń. – Już w ubiegłym roku zainwestowaliśmy 10 mln zł, by przyspieszyć linie i je zautomatyzować – mówi Jakub Nowak, prezes Jantonia. Powody podobne: – Chcielibyśmy zatrudniać więcej osób, ale nie ma ich na rynku. Usprawniamy więc produkcję, by wytwarzać więcej tą samą liczbą rąk.

W podobnej sytuacji jest Henkell z Torunia, który zaczął automatyzację odcinków produkcji, które wcześniej to nie objęło. Problem jest typowy dla całej branży, a deficyt siły roboczej został uznany za jeden z najsilniejszych czynników wpływających na przyszłość sektora. W tle są utrzymujące się przez lata bardzo niskie pensje, co sprawiało, że inwestycje w optymalizację produkcji się nie opłacały.

Teraz Bartex wyburza ściany, by połączyć dwie linie produkcyjne. – Na końcu linii będą stały roboty, co pozwoli na automatyczną paletyzację wyrobów, zastępującą pracę ok. dziesięciu osób – mówi Grzegorz Bartol. Choć maszyny kosztują nawet kilkaset tysięcy euro, sens inwestycji wynika z prostej kalkulacji. Jak wylicza Bartol, w jego firmie standardowa pensja pracownika wynosi 3 tys. zł, w przyszłym roku może dojść do 4 tys. zł netto. Wynagrodzenie brutto dla dziesięciu pracowników sięgają więc blisko 700 tys. zł rocznie.

Za chwilę konsolidacja

Główna fala automatyzacji dopiero nadejdzie, uważa Michał Siwek, dyrektor departamentu Współpracy Agro w BGŻ BNP Paribas. Na inwestycje nie stać jednak wszystkich. – Część firm jest już mocno zadłużona, nie mogą liczyć na kolejne kredyty. Brak pracownika i potrzeba automatyzacji przyspieszy konsolidację rynku – mówi Siwek.

Pomogliby pracownicy ze Wschodu, ale firmy nie mogą zatrudnić ich na stałe, bo Ukraińcy po sześciu miesiącach muszą wracać do domu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA