Policjanci w rękawiczkach, ze środkiem do dezynfekcji rąk, oraz alkomaty z jednorazowymi ustnikami – tak wygląda kontrola drogowa w czasie zarazy. Ma być bezpiecznie. I choć tuż po wprowadzeniu obostrzeń w poruszaniu się pojawiła się informacja, że policja odpuszcza np. kontrole trzeźwości, szybko okazało się, że to nieprawda. Wiedzą o tym najlepiej ci, którzy podczas ostatniej marcowej policyjnej akcji, pod hasłem: kaskadowy pomiar prędkości, stracili prawo jazdy lub zapłacili mandaty.
Co to za akcje? Kontrole odbywają się w tym samym czasie na kilku odcinkach drogi. Mogą w niej brać udział dwie, trzy lub więcej załóg policji. Często takie kontrole odbywają się na krótkim odcinku drogi. Po to, by wyłapać drogowych piratów.
Czytaj także: Można nie przyjąć mandatu i dochodzić praw w sądzie
– Nadzorem objęte są miejsca, gdzie najczęściej dochodzi do wypadków drogowych, których przyczyną jest nadmierna prędkość. To niezwykle skuteczne akcje – informuje policja.
Kierujący, którzy nie stosują się do ograniczeń prędkości, muszą się liczyć z konsekwencjami: mandatem, punktami karnymi i utratą prawa jazdy.
O tym, że jeździmy zbyt szybko, świadczyć mają liczby – w 2019 r. prawie 49 tys. osób zostało zatrzymanych do kontroli właśnie z tego powodu.
Wojciech Kotowski, ekspert do spraw bezpieczeństwa ruchu drogowego, nie jest zdziwiony rosnącą popularnością tego rodzaju kontroli.
– Ma ogromne działanie profilaktyczne. Kierowcy wyposażeni coraz częściej w specjalne aplikacje są w stanie uniknąć namierzenia przez stacjonarne urządzenia. Taki patrol składający się z kilku radiowozów może się szybko przemieszczać i stanowić niespodziankę dla tych, którzy zawsze się spieszą – ocenia dla „Rzeczpospolitej".