fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Dwórki prezesa Glapińskiego, czyli kłopot dobrej zmiany

Prezes NBP Adam Glapiński
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Doniesienia o astronomicznych zarobkach współpracowniczki prezesa NBP stoją w sprzeczności z zapowiedzią pokory i umiaru, które miały nadejść za rządów PiS.

Kolejna publikacja na temat prezesa NBP Adama Glapińskiego jest dla PiS bardziej niż niewygodna. Według „Gazety Wyborczej" tzw. dwórki Glapińskiego, czyli jego bliskie współpracowniczki, z którymi pokazywał się w listopadzie w Rzeszowie na Kongresie 590 zarabiają niebotyczne pieniądze. Zdaniem „GW" jedna z nich, z wykształcenia filolog rosyjski, kierująca promocją w NBP ma zarabiać 65 tys. złotych miesięcznie. Dla porównania były prezes banku centralnego prof. Marek Belka zarabiał mniej niż 60 tys. miesięcznie.

Czytaj także: Metoda Glapińskiego

Takie informacje szybko trafią na poczytne miejsca w tabloidach, bo astronomiczne zarobki na „państwowym" robią wrażenie nie tylko na czytelnikach kolorowej prasy. A w ten sposób staną się poważnym problemem dla partii rządzącej, której prezes – w odpowiedzi na aferę z przyznawaniem ministrom nagród – stwierdził, że do pracy na rzecz instytucji państwa nie idzie się dla osobistego wzbogacenia. Efektem awantury o nagrody dla ministrów było populistyczne zagranie polegające na obniżeniu uposażeń posłów, senatorów i samorządowców.

Ale ten populizm dziś obraca się przeciwko PiS. Podobnie jak wcześniej po informacji, że dzięki rekomendacji NBP świetnie płatną pracę w międzynarodowych instytucjach finansowych dostał syn ministra koordynatora służb specjalnych.

Po wybuchu afery KNF Glapiński do samego końca bronił byłego szefa Komisji Marka Chrzanowskiego, który został aresztowany i postawiono mu zarzuty w związku z propozycją zatrudnienia znajomego w banku Leszka Czarneckiego podczas nagranej rozmowy z tym ostatnim. – Prezentuje najwyższe standardy: profesjonalne, merytoryczne, uczciwości, patriotyzmu – zapewniał Glapiński pytany o byłego szefa KNF.

Gdy zaczęły pojawiać się spekulacje dotyczące dymisji Glapińskiego, prawnicy NBP zasypali media żądaniami, które słusznie mogły być interpretowane jako próba tłumienia krytyki prasowej.

Wśród liderów „dobrej zmiany" działania Glapińskiego budziły konsternację. Próba zakneblowania ust mediom wiążącym nazwisko prezesa NBP z aferą KNF miała miejsce akurat wtedy, gdy premier Mateusz Morawiecki ogłaszał marsz PiS ku centrum.

Ale nawet gdyby PiS nie ogłaszał własnej wersji polityki ciepłej wody w kranie, kolejne rewelacje dotyczące NBP działają na szkodę wizerunku „dobrej zmiany".

– Pokora, praca, umiar, roztropność w działaniu i odpowiedzialność, a przede wszystkim – słuchanie obywateli. To są zasady, którymi będziemy się kierować – deklarowała trzy lata temu Beata Szydło, zostając premierem rządu Prawa i Sprawiedliwości.

– Jeśli to prawda z zarobkami tych pań, to jakiś skandal – oburza się nasz rozmówca z obozu rządzącego. – W Rzeszowie (na Kongresie 590 – red.) Glapiński szedł otoczony tak liczną świtą, że Morawiecki przy jego dworze wyglądał jak urzędnik niższego szczebla. To było żenujące – dodaje.

Prezes NBP broni jednak nie składa. W ostatnich wywiadach sugerował, że wybuch afery KNF był próbą zdestabilizowania polskiego systemu finansowego, a cała sprawa może być grą... Niemiec i Francji na osłabienie jego pozycji po to, by wprowadzić w Polsce euro.

– Boję się Boga, ale poza tym niczego – odparł pytany przez tygodnik „Sieci" o to, czy sprawa KNF miała doprowadzić do jego dymisji. Pytanie, czy to było przesłanie do przeciwników PiS, czy też do kierownictwa PiS, które z pewnością zauważa, że to Glapiński staje się dla dobrej zmiany obciążeniem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA