fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Piotr Zaremba: Co łączy Antoniego Macierewicza z Adamem Michnikiem

Reporter, Andrzej Iwańczuk
Autorzy książki „Macierewicz. Biografia nieautoryzowana" obiecują znalezienie klucza do tego polityka. Mamy w niej ciąg sensacyjnych intryg, ale niewiele prób zrozumienia racji.

Książki Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice" nastawionej na zniszczenie znienawidzonego polityka nie wzięli chyba serio nawet niektórzy z jego potencjalnych sojuszników. Metoda demaskowania postaci poprzez odtwarzanie skomplikowanych powiązań po to, aby wyciągnąć z nich najdalej idący, często fantastyczny wniosek, typowa jest dla spiskowej wizji świata, z którą egzaltowany Piątek w teorii walczy. Jego sugestie, że Macierewicz to być może człowiek rosyjskich i sowieckich uwikłań, jawią się jako fantazje, obsesje.

„Macierewicz. Biografia nieautoryzowana" Anny Gielewskiej i Marcina Dzierżanowskiego, książka wydana przez Znak, pochodzi z innej półki. To nie pamflet, a żywo napisana dziennikarska opowieść. Uzupełnia trochę luk, zwraca uwagę na ciekawe sytuacje i konteksty. Nawet wokół rodzinnego pochodzenia Macierewicza narosło wiele plotek. Prawda okazuje się banalna: zwykła, prawdopodobnie szlachecka, przedzierzgnięta potem w inteligencką jak tyle innych, rodzina. Ciekawe są opowieści o najbliższych bohatera książki, o jego dzieciństwie czy szkole. Piszę to bez prób weryfikowania biograficznych szczegółów. Zapowiedział to już bliski Macierewiczowi prof. Sławomir Cenckiewicz.

Autorzy zaczynają od relacji, jak to Macierewicz wiele razy odmawiał im rozmowy. Przy dzisiejszym politycznym podziale w Polsce miał prawo spodziewać się książki z tezą, nawet bez szaleństw Piątka. Sam od lat bardzo dba, aby jak najmniej konfrontować się z innymi wersjami niż własna. Ale dziś mało kto rozmawia z biografami nieautoryzowanymi.

Ta atmosfera skazuje ich śledztwo biograficzne na pewną ułomność – pomimo odcienia osobistej fascynacji tu czy tam. Przeważają rozmówcy, którzy mają dziś do Macierewicza stosunek negatywny. Nawet jeśli opowiadają o czasach, kiedy było inaczej, trudno im się uwolnić od późniejszych obciążeń.

Autorzy zaczynają od udziału swojego bohatera w studenckich protestach Marca '68. I od razu charakterystyczny przykład. Mówi Krzysztof Łoziński, dzisiejszy lider Komitetu Obrony Demokracji. „Być może wtedy, prosząc go o podpis pod listem do Sejmu, natchnąłem go do wejścia w świat polityki? Jeśli tak było, niniejszym wszystkich Polaków serdecznie przepraszam". Czy po takiej deklaracji nie łatwiej podważyć jego opowieść, jak to ówczesny Macierewicz kochał Che Guevarę i Fidela Castro, czego się teraz wypiera?

Oczywiście, ta fascynacja to fakt poświadczony przez wiele osób. Tak się jednak składa, że o młodości Macierewicza mówią przede wszystkim tacy ludzie, jak polityk Andrzej Celiński i reżyser Janusz Kijowski (naprawdę dawni koledzy). Tylko z rzadka pojawiają się świadkowie przynajmniej neutralni. Osób sympatyzujących z bohaterem książki jest jak na lekarstwo. Generalnie jego wersja rzadko ma okazję zaistnieć. Są wyjątki: Ludwik Dorn stał za nim murem w latach 70. i 80. w sporach wewnątrz Komitetu Obrony Robotników (KOR). On też przeszedł na drugą stronę, ale na szczęście oddziela teraźniejszość od dawnych racji.

O to akurat nie mam nawet pretensji. W roku 2010 podpisałem umowę z wydawnictwem Czerwone i Czarne na napisanie biografii Adama Michnika. Szybko zorientowałem się, że jako osoba o poglądach konserwatywnych, wpisana przez tegoż Michnika na „listę hańby", mam małe szanse na szczerą rozmowę z ludźmi z najszerzej rozumianego jego środowiska. Od tamtego czasu jest tylko gorzej.

Oczywiście, czasem dla poświadczenia wad i słabostek Macierewicza nie potrzeba świadków. To w zapiskach Służby Bezpieczeństwa możemy przeczytać, że aresztowany w 1977 r. podczas udziału w czarnym proteście po śmierci Stanisława Pyjasa przedstawiał się jako „przewodniczący KOR" (nie było nikogo takiego). Wiele opowieści o „Antonim" przedstawiają jednak koledzy, dziś przeciwnicy. Wierzę, że na ogół prawdziwe. Czy jednak nie podkoloryzowane? I czy istotnie niezwykłe na tle historii, która cała jawi się jako niezwykła? Ci opozycjoniści z natury rzeczy bywali narwańcami, czasem oryginałami, bo tylko tacy miewali wystarczającą odwagę.

Mówi o nim nawet w łóżku

Są i dylematy poważniejsze. Rozdział o Marcu '68 kończy się opowieścią o zeznaniach aresztowanego Macierewicza, którymi miał pogrążyć kilku kolegów, w tej liczbie bliskiego sobie Wojciecha Onyszkiewicza. Temu epizodowi media nadały rozgłos – inkwizytor nawet z drobną skazą to gratka.

Ciężko jednak się zorientować, co było wtedy regułą. Prof. Andrzej Friszke, autor monografii na ten temat, przyznaje, że wobec braku doświadczenia i wspólnych norm w tym względzie większość tych młodych ludzi „mówiła za dużo" . A zarazem próbuje zrobić z Macierewicza oddzielny przypadek: osoby, która ujawniała rzeczy nieznane bezpiece. Na czym więc polegało owo „za dużo" u innych? Prof. Friszke, któremu nie przypisuję złej intencji, to dziś także przeciwnik polityczny Macierewicza.

Z tej samej opowieści wynika, że lawinę uruchomiło powiedzenie „paru słów za dużo" przez Onyszkiewicza (ostatecznie zrezygnowano z jego sądzenia). Na pewno jeśli te zeznania Macierewicza wyglądały tak, jak się je tu opisuje, powinien być potem oględniejszy w ocenach innych ludzi. Często działa to jednak na odwrót. Odrzucam natomiast analogie między takim epizodem a przypadkami donoszenia za pieniądze (Lech Wałęsa), a próbują je snuć wrodzy Macierewiczowi komentatorzy.

Jego aktywność w KOR jest przedmiotem ciekawej, krwistej narracji. Pokazującej, że przy wszystkich wadach był naprawdę jedną z istotnych postaci polskiej opozycji u progu jej powstawania. Aczkolwiek mam tu poczucie niedosytu.

Można powtarzać, że Macierewicz nie tylko zaprzecza swej wczesnej fascynacji latynoamerykańską rewolucyjną lewicą, ale swoje ideowe zaangażowania z końca lat 70. przedstawiał na wyrost jako świadome wybory ukształtowanego narodowego katolika. To aspirujący wówczas do grupy „Głosu" Jarosław Kaczyński żartował po latach, że jego dawny kolega gotów jest twierdzić, iż już wtedy nie wychodził z kościelnych katakumb, a to nieprawda. A jednak spory Macierewicza z Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem o stosunek do ruchu komunistycznego w ogóle, jak i do peerelowskich władz, nie były kamuflażem dla personalnych rywalizacji. Nieprzypadkowo uważa się je za prefigurację wojny między solidarnościową „lewicą" i „prawicą" trwającą przez następne dziesięciolecia.

Trafnie wychwytują Dzierżanowski z Gielewską wielkie emocje między Macierewiczem i Michnikiem. Ba, wrogość tego ostatniego do kogoś, kto nie chce mu się podporządkować. Oto Michnik w knajpie odgraża się, że urządzi Macierewicza tak jak urządził Ziembińskiego i Moczulskiego (co skądinąd warte byłoby przybliżenia). Wedle mojej wiedzy te emocje były jeszcze bardziej niszczące. Opozycjoniści opowiadali sobie ze śmiechem, jak to pewna pani skarży się, że nawet w łóżku Michnik mówi tylko o Macierewiczu – co jest skądinąd dowodem, że obsesja nie ma jednej politycznej barwy.

W tym układzie Michnik ze swymi przełożeniami na Zachód i z pewnością siebie człowieka wywodzącego się z komunistycznej elity był silniejszy. I wyrządził swoimi drwinami („Makabresku") egzaltowanemu koledze niejedną krzywdę. A zarazem coś ich jednak łączyło. To z opozycyjnej polityki opartej na niejawnych powiązaniach i osobistych charyzmach obaj wynieśli głębokie przekonanie, że wszystko im wolno.

Z Macierewiczem można dziś dyskutować tylko na jego warunkach? Z Michnikiem, a w przeszłości także z łagodniejszym Kuroniem, zupełnie tak samo. Jeśli Piątek, a do pewnego stopnia i Dzierżanowski z Gielewską szukają genezy dziwnych powiązań Macierewicza, powinni zacząć od tego. Ich bohater to fundamentalny antykomunista, który jako minister spraw wewnętrznych pozostawi przy sobie w 1991 r. przeszukującego kiedyś jego mieszkanie esbeka Andrzeja Anklewicza. I to radykalny wróg Rosji, któremu nie będzie przeszkadzać jako partner nie tylko filorosyjski amerykański kongresmen Dana Rohrabacher, ale i dziwne środowiska flirtujące z Rosją w Polsce. To polityk, który, będąc szczerym propagatorem lustracji, zachowa niejasne powiązania z dawnym kolegą, agentem, Robertem Luśnią.

Michnik jest taki sam – przyznaje sobie prawo zbawiania i potępiania według własnych, całkiem arbitralnych logik. Tyle że jako silniejszy mógł się otoczyć kokonem w miarę spójnej politycznej poprawności. Macierewicz jako przedstawiciel opcji przez lata słabszej, był zmuszony do kluczenia. On z kolei chroni się przed rozliczaniem przez swoich rosnącym werbalnym radykalizmem.

Kto był lepszym człowiekiem?

Dla lustratorów samego Macierewicza gratką jest inicjatywa „Głosu" z 1983 r. po przetoczeniu się walca stanu wojennego. Maleńkie środowisko proponuje wtedy porozumienie między Solidarnością, Kościołem i wojskiem. To oferta złożona ekipie Jaruzelskiego. Biografowie Macierewicza kojarzą to z rezygnacją SB z represjonowania jego samego, tworząc wokół tego aurę sensacji, choć w finale rozbrajając własne pytania. I trochę zapominając, że wtedy to prawicowe grupki występowały częściej z czymś, co Ludwik Dorn, autor owego tekstu w „Głosie", nazywa próbą politycznego myślenia w powodzi solidarnościowej moralistyki. Tamta władza czasem rewanżowała się swoistą tolerancją.

Przypomina się od razu radykalizm Macierewicza i jego grupy w roku 1989 wobec Okrągłego Stołu, który odrzucali. Można by argumentować, że Okrągły Stół w roku 1983 byłby sukcesem. W roku 1989 miał być według bohatera książki niepotrzebny, skoro komunizm i tak się walił.

I można kontrargumentować: w 1983 r. porozumienie musiało być dokonane całkowicie na warunkach uzbrojonej po zęby władzy, dwuznacznych moralnie (wypchnięcie części więzionych działaczy z polityki) i sprowadzających stronę społeczną do roli paprotki. Autorzy skoncentrowani na śledzeniu personaliów oszczędzają nam w ogóle takiej dyskusji. Kontentując się cyniczną uwagą Dorna: w 1989 r. krytykowaliśmy, bo nas do stołu nie dopuszczono.

Sam Macierewicz pytany przeze mnie o to w roku 2009 w wywiadzie dla „Dziennika" uznał manifest „Głosu" za błąd, ale nie chciał mówić szerzej. Za to komentując to, co wyszło z okrągłego stołu, podnosił nie tylko kwestię niewłaściwego momentu. Dowodził z właściwą sobie swadą, że solidarnościowa lewica nie miała dobrych intencji, na co dowodem ma być szybka zamiana lewicowego samorządowego programu na ekonomiczny liberalizm. „My byliśmy lepszymi ludźmi" nie padło, ale było w tle.

On jednak miewał rację

Najwięcej wątpliwości budzi w książce opowieść o latach III RP. Opis ministrowania Macierewicza koncentruje się na didaskaliach przywołanych przez jego wrogów, kładących nacisk na jego obsesję agenturalności i jego dar dwójmyślenia. I trudno polemizować z poszczególnymi anegdotami. Czy pośpieszna akcja lustracyjna z 4 czerwca 1992 r. nie była próbą ratowania i tak skazanego na klęskę rządu Jana Olszewskiego? Dlaczego Macierewicz kręcił pytany, czym jest lista, którą ujawnił? Zasobem archiwalnym czy wykazem agentów? Czy nie zachował się dwuznacznie wobec marszałka Sejmu Wiesława Chrzanowskiego, który go wciągnął do Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego?

Ale intrygi to zaledwie cząstka dramatycznego epizodu. Tamten rząd chciał przeprowadzić lustrację nie tylko dla gry. A po jego upadku do MSW wrócił Andrzej Milczanowski zarządzający teczkami w imieniu Lecha Wałęsy. Milczanowski opowiadał, że ma zwyczaj schodzenia do spiżarki, aby oglądać swoje zapasy. Tymi zapasami były papiery dawnej SB. Przeprowadzona z błędami przez polityka o przerośniętym ego lustracja była jednak próbą rozbicia tego teatru marionetek. Prof. Antoni Dudek twierdzi w książce, że Macierewicz „zabetonował lustrację". W istocie było na odwrót. W Sejmie zaczęły się prace nad ustawą, a w dwa lata później nawet nowy SLD-owski parlament musiał coś z tym problemem zrobić.

Tę podwójność widać i później. Trudno zaprzeczyć, że zdymisjonowany szef MSW stał się klasycznym prawicowym zagończykiem, specem od kanapowych rozłamów. Gorszące były jego bratobójcze wojny z Janem Olszewskim zakończone rozbiciem w 1997 r. ich wspólnej formacji, Ruchu dla Rzeczpospolitej. Nie utemperowała go też obecność w poważnej początkowo formacji antyeuropejskiej, Lidze Polskich Rodzin. I z nią się rozstał. Towarzyszyła temu coraz hałaśliwsza retoryka pełna przesadnych odwołań do katolicyzmu i hurrapatriotyzmu.

Ale to ja w roku 2008 napisałem w „Dzienniku" artykuł „Macierewicz miał rację". Chodziło o ustalenie, że Ireneusz Sekuła, ważny polityk SLD, był powiązany z mafią i zabity przez gangsterów. To potwierdzało społeczne diagnozy Macierewicza. To zresztą on jako pierwszy oznajmił już na początku lat 90., że mamy w Polsce mafię. Wyśmiewał go wtedy Milczanowski i liberalne gazety. Tyle że w roku 2005 Donald Tusk oznajmił w wywiadzie dla „Przekroju", że racje Macierewicza są bezsporne, choć on sam pogrążał je nadmiarem politycznego hałasu. Szkoda, że nie ma w tej biografii próby zmierzenia się z realiami, z jakimi przyszło się tej postaci zmierzyć. Nie wszystko było tu obsesją.

Także aktywność Macierewicza w sejmowej komisji badającej sprawę Orlenu nie powinna być sprowadzana do siurpryz robionych Gromosławowi Czempińskiemu podczas przesłuchań. Nie pada zresztą nawet objaśnienie, kim był wieloletni funkcjonariusz peerelowskich służb Czempiński. Skąd to napięcie.

To dotyczy i kolejnego wielkiego tematu: wojny likwidatora Macierewicza z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Bezsporne są wady nigdy nieujawnionego raportu z ich likwidacji, choć niektórych jego entuzjastów nie przekonuje nawet pełna sceptycyzmu postawa prezydenta Lecha Kaczyńskiego uważającego pewne jego fragmenty za publicystykę. Dyskusyjna jest metoda budowania nowych służb kadrami rekrutowanymi w harcerstwie, choć ujawnia ona dramatyczne skutki braku opcji zerowej w służbach u początków III RP. Ale na miejscu autorów zadałbym przynajmniej pytania o naturę WSI, o ich rolę w systemie III RP. Zamiast tego wolą oni kreować na arbitra Radosława Sikorskiego, który jako szef MON wykazywał niepokojącą pobłażliwość kadrom wywodzącym się właśnie z tych służb.

I to dotyczy nawet ostatniego okresu, kiedy Macierewicz pnie się w górę – jako ważny polityk PiS, potem smoleński śledczy, wreszcie minister obrony. Nie kwestionuję jego wad ujawnianych przy okazji złożonego wyłącznie z hipotez smoleńskiego dochodzenia. Pytanie o jego wpływ na Jarosława Kaczyńskiego, jaki uzyskał dopiero od roku 2010 po Smoleńsku, jest uzasadnione.

Nie będę też podważał krytyki jego modelu administrowania wojskiem. Z jednej strony inspirował ataki „Gazety Polskiej" na pałac prezydencki Andrzeja Dudy jako zdominowany przez stary wojskowy układ, z drugiej sam wywyższał kształconych w Moskwie generałów, gdy mu to było wygodne. A zarazem okazał się sprawcą wielkiego bałaganu, sprzecznych i niedotrzymywanych zapowiedzi kupowania sprzętu, wreszcie i tak groteskowych faktów jak fałszywe oskarżenie Francji, że sprzedaje Rosji mistrale. Źródłem okazał się dla ministra przemawiającego z sejmowej trybuny... portal internetowy.

To wszystko prawda. Ale czy zarazem przeczytamy, jakie były korekty polityki obronnej w stosunku do tego, co działo się za PO? Od zwiększenia nakładów po przesunięcie linii obronności z zachodu na wschód. Czy dowiemy się, że ten minister był w pisowskiej ekipie jednym z niewielu orędowników przyjaźni z Ukrainą? Przedstawiany jako endek, w tej sprawie był po piłsudczykowsku antyrosyjski i prometejski. W książce po tych dwóch latach w MON zostają głównie skecze: wywoływane awantury, budząca zgorszenie słabość do młodego Bartłomieja Misiewicza, żelazna kondycja każąca skakać nocami z trampoliny do basenu.

Polska jak z Sienkiewicza

Na koniec Dzierżanowski i Gielewska częstują nas przestrogą: wiele razy pisano polityczny nekrolog Macierewiczowi, a on się odradzał. Nie będę kruszył kopii o to, czy nie znajdzie się znowu na czołówkach gazet, a może wejdzie do rządu. Konstrukcja prawicy, także psychiczna, jest dziś taka, że na przykład kolejne wygrane wybory mogą ją pchać do takich manifestacji „tożsamości". Choć dziś nie chce go ani prezydent Duda, ani premier Morawiecki, a i Kaczyński chyba trochę się z niego wyleczył – patrz „pogrzeb Antoniego" podczas ostatniej miesięcznicy smoleńskiej. To charakterystyczne, ale najbardziej drażniące atrybuty polityki Macierewicza usunięto dosłownie z dnia na dzień wraz z jego ludźmi.

Niektóre psuły krew naprawdę. Podczas uroczystości z okazji rocznicy akcji pod Arsenałem, nie „Zośkę" i „Rudego" czczono, a 96 ofiar katastrofy – odczytywanym na rozkaz Macierewicza smoleńskim apelem. Ale to przecież zniknęło jak za dotknięciem różdżki.

Kiedyś to Macierewicz okazał się bardziej człowiekiem przyszłości niż Kaczyński. Na początku lat 90. prezes Porozumienia Centrum chciał mieć „cywilizowaną centroprawicę", proeuropejską, wolnorynkową i demokratyczną. Macierewicz, choć sam traktowany nieufnie przez ZChN-owski endecki beton, miał mu tłumaczyć – ten cytat jest w książce – że Polska jest jak z Sienkiewicza, że komunizm ją zamroził i że na nowoczesną prawicę czas przyjdzie w przyszłości. To wystarczy, aby autorzy uznali go za cynika, choć kilka stron dalej pytają o jego zdrowie psychiczne. Zapominając, że nawet jeśli przekonanie polityka jest maską, zwykle przyrasta do twarzy.

Początkowo i Macierewicz, i Kaczyński lądowali na marginesie polityki. Ale ostatecznie model polityki rozstrzyganej w tabloidach i w internecie przyznał więcej racji temu pierwszemu. Bezpieczniej było budować prawice populistyczną, socjalną, sceptyczną wobec Europy i nie bojącą się prawicowego ludu. Pamiętam, jak w roku 1993 obserwowałem Kaczyńskiego i Macierewicza podczas osobnych spotkań z wyborcami podnieconymi jeszcze wojną o lustrację. Zagadnięty o złowrogą rolę Żydów Kaczyński spierał się z czarnosecinną publiką. Macierewicz uśmiechał się tylko zagadkowo. I wprawdzie to Kaczyński zbudował szeroką, „ludową" partię, ale musiał się liczyć z ludźmi wychowanymi przez Macierewicza. To są tacy, którzy spytani o wpadkę swego idola w sprawie mistrali zamiast zmagać się z faktami, nazwą pytających zdrajcami Polski.

Dziś całe życie polityczne staje się coraz bardziej oparte na takiej wojnie topornych tożsamości. Należy „mówić wyraziście", a najlepiej krzyczeć. A jednak choć 70-letni Macierewicz może się widzieć w roli następcy 69-letniego Kaczyńskiego, nie sądzę, aby miał szanse.

Zgoda, rację mają ci, którzy opowiadają o jego charyzmie. Dziś jednak coraz częściej sprowadza się ona do umiejętności prawienia ludziom strasznych rzeczy ze słodkim uśmiechem. Polityk nie ma daru kooperacji, stosunkowo liczne głosy oddane przeciw niemu na posiedzeniu Rady Politycznej PiS, kiedy Kaczyński czynił go swoim zastępcą, to wymowny symbol.

Ponadto, prawda, świat internetu jest światem, w którym wszystko można powiedzieć. Ale niekiedy fakty okazują się mocniejsze od potęgi memu. Wtedy trzeba się cofnąć. Macierewicz tego nie potrafi. Dziś nawet mniej niż 20 lat temu, pomimo zdobytych doświadczeń. A jego hałaśliwy narodowy katolicyzm staje się coraz bardziej muzealny. Przy realnym przesunięciu się Polski w prawo i pewnym rozchwianiu Europy, on idzie o krok za daleko.

Albo scena polityczna znów się rozsypie – choćby w następstwie wojny o sukcesję po Kaczyńskim. Wtedy znów będzie kandydatem na jednego z rozlicznych książątek, fundatorów politycznych kanap. Albo pozostanie dodatkiem do czegoś większego, gorzkniejącym, czasem stawiającym warunki i nie zawsze liczącym na spełnienie. Chyba że dojdzie do jakiejś rewolucji, do której instynktownie zawsze go ciągnęło.

Uważam, że polskiej prawicy potrzebne jest raczej mniej niż więcej Macierewicza, zwłaszcza tego współczesnego, „po przejściach". A zarazem, że zasługuje on na sprawiedliwy, wielobarwny osąd. Trudno się go doczekać w książce z tezą, gdzie na dokładkę konfekcja, greps, efektowny zwrot akcji przykrywa refleksję nad historią. Choć warto do tej książki zajrzeć.

Marcin Dzierżanowski, Anna Gielewska, „Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana", Znak Horyzonty 2018

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA