fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Recenzja książki "Mundur" Marka Ławrynowicza

Marek Ławrynowicz, „Mundur”, Zysk i S-ka 2016
Rzeczpospolita
Pawełek Zabłocki zostaje szwejem.

To pojęcie dla osób urodzonych po 1989 r. jest nie do rozwikłania, podobnie jak inne pochodzące ze słownika żołnierzy ludowego Wojska Polskiego: „profos", „zomzik", „fala", „kotozol", „orbita" i wiele innych. Krótko wyjaśnijmy: szwej to żołnierz LWP – największa ofiara w kompanii. Na szwejów zwalano mycie kibli czy dźwiganie skrzynek z amunicją za maszerującym plutonem. A ponieważ o polskiej armii w ostatnich miesiącach mówi się bardzo dużo, warto o szwejach przypomnieć, do czego okazją jest najnowsza książka Marka Ławrynowicza „Mundur".

Czyta się ją świetnie, udowadnia też, w jak bardzo innych czasach jednak żyjemy. Akcja powieści toczy się bowiem za Gierka, w której to przaśnej epoce Zabłocki, student polonistyki, czuje dziwną awersję do noszenia munduru, a jednak musi to robić: raz w studium wojskowym, a potem w jednostce w Opolu, do której dostaje przydział, mimo że wcześniej świrował w szpitalu psychiatrycznym.

Klimat prozy Ławrynowicza odbiega od świetnych opowiadań Piotra Kokocińskiego. Ten pisarz swego czasu bezlitośnie piętnował i obnażał wynaturzenia, do których dochodziło za przyzwoleniem władzy w koszarach w całej Polsce, i nigdy mu tego nie zapomnimy. Od tamtych doświadczeń minęło jednak wiele lat, a Ławrynowicz celowo posłużył się gawędą pozwalającą na niespieszną opowieść, w której wojskowe absurdy splatają się z opisami rozkwitającej miłości, ale też charakterystyką co bardziej żałosnych trepów czy podwójnym życiem szeregowych w jednostce, robiących interesy na lewo.

W jednostce w Opolu działa na przykład niejaki Karolek, starszy szeregowy zaledwie, który po „oswojeniu trepa", czyli swego zwierzchnika (dialog o tym złożonym procesie należy do najbardziej błyskotliwych w książce), rozdaje karty w jednostce. Słuchają się go wierni magazynierzy, słuchają też oficerowie, bo są po prostu ludźmi umysłowo ograniczonymi lub zajmują się wyłącznie piciem wódki. Karolek to polski Yossarian, bohater „Paragrafu 22" Hellera, postać, której Ławrynowicz dopisuje jednak daleki od jednoznacznych ocen epilog.

Na razie jednak na poligonie w Trzemesznie Karolek handluje demobilem i granatami potrzebnymi okolicznym chłopom do łowienia ryb w PGR-owskich stawach. Pawełek Zabłocki kocha się z dziewczyną w położonej przy poligonie chacie starej Żółwikowej. Eksploduje sowiecka rakieta, zalewając miłosne łoże niesamowitym światłem. Żółwikowa jednak sen ma głęboki. Szybko dziejących się wydarzeń jest więcej. Ławrynowicz, były artysta kabaretowy, opisuje też występ kabaretu poborowych przed trepami; główne role to Napoleon i jego dobosz, a „Unknown Soldier" The Doors wybrzmiewa na zakończenie. Co potem? Dwa tygodnie ścisłego aresztu.

Chciałoby się więcej i jest więcej. Autor wykracza bowiem poza pogodny ton całości i zadaje pytania: co to jest mundur? Czy to tylko narzucony nam uniform? A może to także nasze wychowanie, religia, obyczaje? Refleksja pisarza idzie jeszcze dalej. Czy mundurem nie jest też czasem nasze ciało, wciąż zmieniające się, obumierające, z którego nijak nie możemy się wyzwolić? Te pytania są wciąż aktualne.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA