fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Robert Mazurek: Politycy sprywatyzowali politykę

Fotorzepa
Tam była oranżada i gumy do żucia. W podstawówce uciekaliśmy na przerwach do Dzedzeja. To był pierwszy znany mi prywaciarz. Tu wtręt dla wszystkich, którzy nie pamiętają, cóż to za dziwo: otóż kiedyś była gospodarka uspołeczniona, czytaj sklepy państwowe, i tylko drobne warzywniaki gdzieś tam egzystowały jako niedobitki po Hilarym Mincu. W każdym razie prywaciarz nie wstydził się tego, że zależy mu na zysku. Ba, on po to sklep prowadził, by zarobić. Robił to jawnie, z otwartą przyłbicą, nikt się temu nie dziwił, co samo w sobie było wyzwaniem rzuconym fundamentom realnego socjalizmu.

Czterdzieści lat później sklepu z oranżadą już nie ma, w tym samym miejscu jest szalet publiczny, a i same oranżady też na wymarciu, na listę zagrożonych gatunków je wciągnąć właściwie należy. Ale prywaciarstwo jako postawa przetrwało, ba, nasiliło się nieprawdopodobnie, przeżywa renesans z erupcją w postaci wyborów samorządowych. Już tłumaczę. Otóż po raz pierwszy – a teraz już porzuciłem krotochwilny ton i piszę śmiertelnie poważnie – ludzie, którzy weszli do polityki, nie ukrywają w swej masie, że owszem, chcą z tego coś mieć, robią to dla korzyści. Wymiernych i wyliczalnych korzyści. Oni sprywatyzowali politykę, są w niej dla zysku i się tego nie wypierają.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie twierdzę, że dotychczas do sejmików kandydowali ludzie bezinteresowni, obsadzanie marszałka Struzika w roli idealisty nawet mnie by do głowy nie przyszło. Nie, tak nie było, młody poseł AWS opowiadał, że jego kolega z ław sejmowych, niejaki Ma...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA