fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Domalewski, Matuszyński, Czekaj, Maślona: Nowe pokolenie w polskim kinie

Piotr Domalewski z główną nagrodą tegorocznego festiwalu w Gdyni
PAP
Na ekrany wchodzi „Cicha noc" Piotra Domalewskiego, nagrodzona Złotymi Lwami na festiwalu w Gdyni. Drugi rok z rzędu najważniejszą konfrontację rodzimego kina wygrywa debiutant. Do głosu doszło pokolenie 30-latków. Zdolne i bez kompleksów.

Jeszcze trzy lata temu grono debiutantów nie było tak liczne. Przebili się Jan Komasa, autor niepokojącej „Sali samobójców" i filmu o powstaniu warszawskim „Miasto 44", a także Tomasz Wasilewski, który zrealizował offowy debiut „W sypialni", a potem pokazał intrygującą opowieść o uczuciach – „Płynące wieżowce". Rok temu zaś przywiózł z Berlina Srebrnego Niedźwiedzia za scenariusz „Zjednoczonych stanów miłości".

Dzisiaj przygotowują kolejne realizacje i w wieku 36–37 lat wydają się niemal weteranami. A konsekwentne promowanie debiutów przez Polski Instytut Sztuki Filmowej, działalność Studia im. Andrzeja Munka, programy „30 minut" oraz „Pierwszy dokument", rozwój szkół filmowych, wreszcie atmosfera wolności – pomogły kolejnym młodym artystom rozwinąć skrzydła.

W ostatnich dwóch latach w fabule zadebiutowali m.in. Jan P. Matuszyński („Ostatnia rodzina"), Bartosz Kowalski („Plac zabaw"), Grzegorz Zariczny („Fale"), Kuba Czekaj („Baby Bump", „Królewicz Olch"), Jagoda Szelc („Wieża. Jasny dzień"), Paweł Maślona (Atak paniki"), Piotr Domalewski („Cicha noc"), Jakub Pączek („Reakcja łańcuchowa"). Wszyscy są z roczników 1983–1984.

Należą do pierwszego pokolenia, które nie musiało mierzyć się z kolejnymi zakrętami polskiej historii. Do szkoły zaczęli chodzić już po transformacji. Mieli wypożyczalnie wideo, paszporty w domu i nie musieli od podstawówki obowiązkowo uczyć się rosyjskiego, wybierali angielski, niemiecki, francuski. Obiecywano im spokojne życie w jednoczącej się Europie. Bo kto jeszcze dwie dekady temu przewidywałby kryzysy ekonomiczne, terroryzm, falę nacjonalizmów? Ale dziś i oni borykają się z zagrożeniami.

Nie tworzą jednolitej grupy. Nie ogłaszają wspólnych manifestów, nie trzymają się razem, jak kiedyś twórcy kina moralnego niepokoju. Ale nie ma wśród nich niechęci czy zawiści. – Może sobie nie pomagamy, ale też nie szkodzimy – uważa Grzegorz Zariczny. – Zawsze się cieszę, gdy ktoś odniósł sukces, gdy jego film dostał dobre recenzje albo nagrodę.

Doświadczenia przeniesione na ekran

Wyrastali w odmiennych środowiskach i mieli inny start w dorosłe życie. Jan Matuszyński urodził się w Katowicach. Matka – specjalistka od public relations, wykładowczyni na Uniwersytecie Ekonomicznym, ojciec dziennikarz telewizyjny. Wczesna młodość Janka to liceum z wykładowym francuskim, wyjazdy z matką do Cambridge, wycieczki z ojcem po tatrzańskich szlakach, obcowanie na co dzień ze sztuką, teatrem, literaturą. Podobne zaplecze ma Bartek Kowalski. Po 1989 roku ojciec założył firmę projektującą statki śródlądowe, głównie na rynek holenderski. Kilkuletni syn zapamiętał jego wyjazdy do zagranicznych kontrahentów. A jeszcze bardziej powroty: jako pięciolatek dostał pierwszy playmobil.

Ojciec Pawła Maślony, zresztą kuzyna Bartka, też po transformacji założył firmę, zaczął handlować chemikaliami i stał się dobrze prosperującym biznesmenem. Choć Paweł szybko zrozumiał, że on w rodzinnym Kędzierzynie swoich marzeń nie spełni.

Pochodzący z Wrocławia Kuba Czekaj mówi, że miał dzieciństwo bardzo zwyczajne. Matka i babka prowadziły zakład krawiecki, ojciec pracował w Zarządzie Dróg i Komunikacji: – Klasykę filmową zacząłem poznawać dopiero na studiach. Jako chłopak co najwyżej na wideo oglądałem z sąsiadem horrory, w których wampiry wyżerały ludziom mózgi.

Piotr Domalewski i Grzegorz Zariczny wczesne lata spędzili na wsi. Domalewski w Kramkowie, tam mieszka jego dziadek. Później rodzice, nauczyciele, przenieśli się do Łomży, ale Piotr i piątka jego rodzeństwa wracali do Kramkowa na wakacje, święta, wolne dni. Zariczny wychował się w Kokotowie, niedaleko Krakowa. Z tamtego czasu wyniósł poczucie braku ojca, który „za robotą" wyjeżdżał na Węgry. Matka sprzątała na Politechnice Krakowskiej. Wstawała o piątej rano, jechała do miasta na kilka godzin, potem wracała na wieś.

Te doświadczenia w nich zostały, bo artyści, zwłaszcza w pierwszych filmach, przenoszą na ekran świat sobie najbliższy. Nie jest rzeczą przypadku, że Matuszyński, szukając tematu na debiut, pomyślał o Beksińskim, z rodzicami był w jego muzeum w Sanoku jako dziesięciolatek. Bartek Kowalski, którego matka jest psychologiem szkolnym, zwrócił uwagę na informację o agresji wśród dzieci. Piotr Domalewski zrobił film o wielopokoleniowej wiejskiej rodzinie. A Grzegorz Zariczny? Myślę, że ma szansę stać się polskim Kenem Loachem, wyczulonym na ludzką krzywdę.

– Jestem zwyczajnym chłopakiem ze zwyczajnej rodziny – mówi. – Nauka w liceum w Nowej Hucie była dla mnie gigantycznym skokiem. Długo miałem wrażenie, że jestem gorszy od kolegów wychowanych w mieście. Chcę robić filmy o tych, którym świat nie sprzyja. O ludziach wyrzuconych na margines, mozolnie walczących o odrobinę szczęścia, z niemałym trudem usiłujących uporządkować własne życie.

Więc są różni, ale należą do generacji myślącej obrazami, dla której sztuki wizualne zawsze były ważniejsze niż słowo pisane. Matuszyński miał cztery lata, gdy zobaczył „Krótkie spięcie 2". Mówi, że od tamtej pory nic innego się dla niego nie liczyło: – Brat, koledzy, długo szukali swojej drogi. Ja wiedziałem, co chcę robić.

Bartek Kowalski w 1995 roku, po premierze „Dnia Niepodległości" wysadzał petardą kartonowy budynek i nagrywał to kamerą VHS. Paweł Maślona zapełniał zeszyty recenzjami i zdjęciami z filmów i w siódmej klasie w wypracowaniu na temat wymarzonego zawodu napisał, że chce być reżyserem.

– W domu mieliśmy cotygodniowy budżet na wypożyczenie dwóch kaset VHS – wspomina z kolei Domalewski. – Braliśmy je z bratem w piątek, a zwracając w poniedziałek, od razu rezerwowaliśmy filmy na następny tydzień. Bywało, że przychodziłem do wypożyczalni codziennie, żeby przeglądać nowości.

Wcale nie wychowywali się na Antonionim czy Kurosawie. – Wypożyczałem „Podwójne uderzenie" Jeana-Claude'a van Damme'a, filmy Chucka Norrisa, Bruce'a Lee – przyznaje Matuszyński. – Z niecierpliwością czekałem, aż pojawi się na kasetach „Terminator".

Kłopoty z łódzką szkołą

Bartek Kowalski studiował we Francji. Pomógł mu znajomy ojca, biznesmen z Holandii, który fundował stypendia dla młodych. W École Internationale de Création Audiovisuelle et de Réalisation promotorem jego dyplomu został Stephen Katz, autor zdjęć do „Blues Brothers". Inni uczyli się w Polsce. I znowu, znamię czasu: z wyjątkiem Jagody Szelc wcale nie w łódzkiej Filmówce, bo się tam nie dostali. – Od razu mnie pogonili – śmieje się Domalewski. Tylko Kuba Czekaj doszedł do ostatniego etapu, ale usłyszał, żeby „przestał się onanizować własną twórczością".

W efekcie wszyscy trafili na Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Spotkali się tam z Pawłem Maśloną, który wcześniej skończył politologię na Jagiellonce. Przez naukę przechodzili różnie, wcale nie tak gładko, jednak zrealizowali kilka interesujących krótkich filmów. Postrachem był dla nich Leszek Wosiewicz, ale dobrze wspominają kontakty z Filipem Bajonem, Michałem Rosą, Maciejem Pieprzycą, dokumentalistą Andrzejem Fidykiem. Chwalą sobie fakt, że uczyli ich praktycy o dużym dorobku. Matuszyński, Czekaj i Zariczny trafili potem do Szkoły Wajdy. I twierdzą, że dopiero tam zrozumieli, czym jest robienie kina.

– Gdyby nie było tej szkoły, nie byłoby mnie. Nie odnalazłbym się – przyznaje Grzegorz Zariczny. – Tam zobaczyłem inny świat. Rozmawiali ze mną Marcel Łoziński, Jacek Bławut, znakomita montażystka Kasia Kowalczyk. Życzliwi, szczerzy ludzie. To oni mnie otworzyli. Powiedzieli, czego szukać: „Ty jesteś chłopak spod Wieliczki, zrób film o swoim świecie".

Prawie wszyscy przeszli przez dokument. Matuszyński zrealizował dla HBO „Deep Love" o Januszu Solarzu, prawniku, który miał wielką pasję, nurkowanie. I sparaliżowany po wylewie marzył, by kiedyś jeszcze zanurkować na głębokość 100 metrów, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie mu za to zapłacić. – Rozumiałem jego determinację. Sam nie mógłbym żyć bez kina – mówi reżyser.

Kowalski dla HBO nakręcił „Moją Wolę" o dwóch chłopakach próbujących wyrwać się z dysfunkcyjnego środowiska wielkomiejskiej biedy. Grzegorz Zariczny w „Marysinej polanie" podglądał juhasów przez kilka miesięcy wypasających owce w górach. Potem był „Gwizdek" – dokument o chłopaku, który przez sędziowanie meczów chce się wyrwać ze wsi, ale szybko zdaje sobie sprawę, że ceną za sukces jest kompromis moralny. Zdobył za ten film główną nagrodę na jednym z najbardziej prestiżowych festiwali świata – Sundance. A uczennicę fryzjerstwa, bohaterkę swoich „Fal" poznał na warsztatach filmowych, na których wykładał. Pomyślał, że należy do ludzi, o których nikt jeszcze nie opowiedział. Zanim trafiła do jego fabuły, nakręcił o niej dokument „Love, love".

Dzisiaj wszyscy trzej mówią, że doświadczenia w dokumencie są dla nich ważne. Dzięki nim nauczyli się uważnie patrzeć na świat. I nie odżegnują się od tego gatunku w przyszłości.

Rodzinne tajemnice

Do fabularnego debiutu dochodzili różnymi drogami. Film Jagody Szelc powstał w łódzkim Indeksie, obrazy Zaricznego i Domalewskiego w Studiu Munka. Prywatny producent Leszek Bodzak na festiwalu krakowskim zwrócił z kolei uwagę na „Deep Love" i wyprodukował Matuszyńskiemu „Ostatnią rodzinę". Paweł Maślona trafił do Akson studio Michała Kwiecińskiego.

Wszyscy mają dobry warsztat, świadomość formy i świeżość. Nie boją się kina gatunkowego, chętnie mieszają thriller z komedią i obyczajówką czy wprowadzają w realistyczne opowiadanie elementy metafizyki. I potrafią obserwować niełatwą rzeczywistość, świat pełen chaosu, rodziny kryjące mroczne tajemnice, kulejącą współczesną moralność.

Mówią o tym, co dla nich bliskie. Niedawny debiutant Michał Marczak w niemal paradokumentalnym filmie „Wszystkie nieprzespane noce" sportretował wielkomiejskich hipsterów zagubionych w nadmiarze wrażeń i możliwości. Korzystających z życia, inteligentnych, otwartych, a jednocześnie niepotrafiących zbudować niczego trwałego, Co ich łączy z bohaterkami „Fal" Zaricznego, uczennicami fryzjerstwa, usiłującymi wyrwać się ze świata pełnego stagnacji? Poczucie samotności, nieumiejętność nawiązywania kontaktu. I tęsknota za bliskością.

Często opowiadają o kryzysie rodziny, która przestała zapewniać bezpieczeństwo. Bohaterka „Fal" została porzucona przez matkę, pamięta ciosy, które wymierzał jej pijany ojciec. Teraz mężczyzna się stara, ale niełatwo pokonać barierę braku zaufania. W „Wieży. Jasnym dniu" Jagody Szelc młoda kobieta przyjeżdża do rodzinnego domu po sześciu latach nieobecności. Wśród przygotowań do komunii siostrzenicy i rozmów o niczym, toczy się wielki dramat. Gospodyni – dotąd władcza i zorganizowana – zaczyna tracić kontrolę nad życiem swoim i najbliższych. Zawodzi poczucie rodzinnej solidarności, zawodzi religia.

– Chciałam zrozumieć, co by się stało, gdybyśmy się wszyscy obudzili pewnego dnia z przeświadczeniem, że nie możemy być właścicielami świata – mówi Szelc. – Czy spowodowałoby to panikę czy może poczucie kompletnej wolności?

Bohater „Ostatniej rodziny" Zdzisław Beksiński mówi do żony: „Nikt nie gwarantował ci, że życie rodzinne jest samą atrakcją. Nigdzie bezpośrednio nie wynika, że rodzina to jest coś innego niż grono ludzi, którzy tak jak się lubią, tak się też nie znoszą". Ale Matuszyński pokazuje też również ciągły lęk o bliską osobę. Miłość.

Jeszcze inaczej o presji rodziny i próbie bycia sobą opowiedział Kuba Czekaj. W oryginalnym, półkomiksowym „Baby Bump" pokazał dojrzewanie seksualne dziecka, w „Królewiczu Olch" – dojrzewanie emocjonalne młodego człowieka, który próbuje wyrwać się spod opieki matki. Bardzo realistycznie wielopokoleniową, wiejską rodzinę portretuje Piotr Domalewski w „Cichej nocy". Przyjazd syna, który chce sprzedać dom odziedziczony po dziadkach i rozkręcić biznes na Zachodzie, wywołuje trzęsienie ziemi. Bo choć matka nakrywa stół do wigilii, dom kryje wielkie dramaty: rozwiane nadzieje na lepsze życie, niszczący codzienność alkoholizm, przemoc, zdradę, chciwość. To jest dom naznaczony przez trudną polską historię, przez miejsce, w którym po transformacji zapełniły się półki w sklepie, ale nie otworzyły drogi awansu, a los nie dla wszystkich okazał się łaskawy.

Młodzi borykają się z problemem emigracji. Opowiadało już o niej pokolenie obecnych czterdziestolatków. W składankowej „Odzie do radości" Anna Kazejak, Jan Komasa i Maciej Migas pokazali ludzi, którzy nie mogli znaleźć dla siebie miejsca w kraju i spotkali się w autokarze jadącym do Londynu. W „Cichej nocy" mamy emigranta, który nigdzie nie jest u siebie. – Emigracja jest traumą Polaków od pokoleń. Zmieniają się tylko kierunki, środki lokomocji, bo to już nie jest autobus, tylko samolot Ryanair. I na ogół nie USA, a Europa – mówi reżyser. Rozczarowanie, niestety, pozostaje takie samo.

Oni, którzy chcieli zapomnieć na co dzień o polityce, żyją wśród coraz większego lęku i chaosu. „Plac zabaw" Bartosza Kowalskiego to opowieść o morderstwie dokonanym przez dzieci. Bez motywów. Ten film jest mocną diagnozą społeczną, tu nie chodzi o frustrację wywołaną grą komputerową, horrorem obejrzanym w telewizji czy rozwodem rodziców. Agresja wisi dzisiaj w powietrzu. Podziały, język nienawiści, niechęć do uchodźców, biednych, bogatych, osób innego wyznania, do sąsiada, który ma ładniejszą żonę. Do tego dochodzi rozchwianie polityczne, przedstawiciele władzy niepotrafiący ze sobą rozmawiać, strach przed terroryzmem, codzienne kłamstwa w życiu publicznym. Facebook i Twitter zastąpiły bliskość, pogrzebały prawdziwe autorytety i wyniosły pod niebiosa celebrytów w markowych strojach. Tego nie ma w „Placu zabaw", ale my to wiemy. Dlatego ten film jest wielkim krzykiem.

– Mamy poczucie zbliżającej się katastrofy. Nie czułem takiego lęku po 11 września – mówi Paweł Maślona. – Ani w trakcie kryzysu gospodarczego 2008 roku, kiedy przecież wielu ludziom walił się latami wypracowywany świat. A ostatnio stale rośnie we mnie napięcie. I nie tylko we mnie. To samo dostrzegam w młodej literaturze, w filmach moich kolegów. Jakbyśmy czekali na coś, co ma nadejść. Nie wiem, co to jest. Masłowska napisała, że Polska jest teraz jak poczwarka. Coś się z niej wykluje, tylko nie wiadomo co.

Jego znakomity film, który wejdzie na ekrany w styczniu, nosi tytuł „Atak paniki". To fascynująca opowieść o ludziach, którzy nie wytrzymują ciśnienia rzeczywistości. Losy kilkunastu bohaterów mniej lub bardziej zazębiają się, choć niektórzy nie znają się nawzajem, ale wszystkich dopada przerażenie. W wielowątkowej opowieści reżyser kondensuje dramaty dzisiejszego czasu. To mocny obraz, o którym nie da się zapomnieć.

Obywatele Europy

Ich filmy wychodzą w świat, są zapraszane na zagraniczne festiwale. „Plac zabaw" znalazł się w głównym konkursie w San Sebastian, „Fale" trafiły do Karlowych Warów, „Baby Bump" – do Wenecji, „Ostatnia rodzina" – do Locarno.

30-latkowie nie mają kompleksów. Już w okolicach matury stali się obywatelami Unii Europejskiej. – Kino nie zna granic – powtarzał Tomasz Wasilewski, który przy „Zjednoczonych stanach miłości" pracował z rumuńskim operatorem Olegiem Mutu. Dziś robią razem następny film.

Muzykę do „Mojej Woli" Bartosza Kowalskiego napisał Angelo Badalamenti, do „Placu zabaw" – Kristian Eidnes Andersen.

– Wysłałem e-maila do agentki Badalamentiego, następnego dnia on sam odpisał, żebym przysłał zmontowany film: jeśli mu się spodoba, pomoże. I tyle – w telegraficznym skrócie, bo emocji było przy tym bardzo dużo. Z Kristianem Eidnesem Andersenem podobnie, ma roboty po uszy, ale jest niesamowity. Chciałbym z nim zrobić następny film.

U Maślony zagrał znany duński aktor Nicolas Bro. – Wysłaliśmy list do jego agencji bez większej wiary, że się zgodzi – opowiada reżyser. – Nagle przyszła odpowiedź, że przeczytał scenariusz i chce wystąpić.

Kuba Czekaj swój pierwszy film zrealizował we włoskim Biennale College. – Pomyślałem: spróbuję – wspomina. – Z koleżankami ze szkoły, producentkami Magdą Kamińską i Agatą Szymańską, przygotowaliśmy projekt.

Do finału zostało dopuszczonych dziesięć filmów, wsparcie dostały trzy. Premiera „Baby Bump" odbyła się festiwalu w Wenecji.

Młodzi reżyserzy marzą, by kiedyś pracować na Zachodzie, zderzyć się z odmienną kulturą, skosztować innych warunków produkcyjnych. Ale jednocześnie wszyscy mówią, że ich miejscem jest Polska. – Nie jestem nacjonalistą zamkniętym na świat, wręcz przeciwnie. Ale w Polsce wiem, że jestem u siebie. To mój grajdoł, mój TVN 24. To wszystko jest moje – powiedział mi Bartek Kowalski.

Gdy pytam Piotra Domalewskiego, czy kiedykolwiek myślał o wyjeździe z kraju, odpowiada: – Może i tak, ale dokąd miałbym jechać i po co? Tyle lat mi zajęło, żeby zrozumieć to, co się dzieje tutaj. A ludzie wszędzie są podobni. Czasem tylko, gdy żyją w ciepłym klimacie, stają się weselsi. Ale ja lubię deszcz i chłód, więc wyjazd na stałe nie miałby sensu. Poza tym w dniu wejścia Polski do Unii Europejskiej uwierzyłem, że to świat przyszedł do mnie.

Są zdeterminowani i ambitni. Większość z nich nie wybiera łatwej drogi. – Życie ułożyło mi się na tyle szczęśliwie, że nigdy nie musiałem chałturzyć. Nie chcę się zajmować pierdołami. Zawsze tak czułem, ale po „Ostatniej rodzinie" mogę o tym mówić głośniej – twierdzi Matuszyński, który ostatnio z Kasią Adamik zrealizował serial „Wataha" i przygotowuje się do filmu o Grzegorzu Przemyku, na podstawie książki Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów".

Kuba Czekaj, tylko raz, gdy finansowo było bardzo trudno, omal nie zgodził się na reżyserowanie czegoś, do czego nie miał przekonania: – Pomyślałem potem: „Prawie powiedziałeś: tak, bo chciałeś, żeby ci było ciepło w pupę". A przecież fajnie, jak jest ciepło, ale dzięki temu, że robi się coś istotnego. Nie chcę mieć poczucia, że pracuję wyłącznie dla pieniędzy. Film zostaje na zawsze. Jest zapisem naszego widzenia kina i świata. Może wyjść różnie, może być pełen błędów, grafomanii, ale nie chcę się go wstydzić.

Gdy Paweł Maślona przygotowywał się do „Ataku paniki", zrobił kilka odcinków serialu „Mąż czy nie mąż". Producent chciał go wypróbować, a on miał głód roboty, bo po szkole nie stanął za kamerą przez trzy lata. – Zawsze kusi spotkanie z aktorami, z ekipą, z atmosferą planu zdjęciowego. I cieszę się, że miałem takie doświadczenie – mówi dziś. – Jednak niekoniecznie muszę je powtarzać. Autorski, solidnie napisany serial na wzór tego, co robią Amerykanie, może być fantastyczny. Ale nie obyczajówka typu on ją trochę kocha, a trochę nie.

Wszyscy nadspodziewanie poważnie myślą o życiu i pracy. Niektórzy, jak Jan Matuszyński czy Grzegorz Zariczny, założyli rodziny, mają dzieci, a one – jak mówią – nadały sens ich życiu. Z Pawłem Maśloną pracuje żona jako kierowniczka produkcji. Zariczny razem z żoną założył firmę i produkują filmy. Poza nim wszyscy przeprowadzili się do Warszawy, to miasto pozwala poczuć się w centrum filmowego przemysłu, ale i zmusza do wysiłku.

Ciężko pracują, są w wiecznym pędzie. Kiedyś Jan Komasa powiedział mi: – Muszę biec. Boję się stanąć, zamrzeć w bezruchu. Jestem jak rekin, który żyje tylko wtedy, gdy płynie.

To samo usłyszałam od Kuby Czekaja: – Chciałbym wciąż dalej, skuteczniej, ciekawiej. Jest we mnie kocioł emocji. I głód. Żeby zaraz robić następny film.

Piotr Domalewski, który nie tylko kręci filmy, ale pisze sztuki teatralne, występuje jako aktor i gra w kapeli, mówi, że nie jeździ na wakacje, bo potem musiałby nadrabiać zaległości. Pracować dwa razy więcej, dwa razy dłużej. Przyznaje, że śpi najwyżej sześć godzin na dobę. – Pewnie nadaję się na terapię – śmieje się. – Nie umiem odpoczywać, może to jakaś skaza.

Nie zawsze mają czas na życie prywatne. – Na razie myślę, że trzeba wybierać: albo żyjesz, albo pracujesz – mówi Czekaj. – Nikt za ciebie filmu nie zrobi, a piwko i kolejne kawki w tym nie pomagają. Ale życie jest cholernie ważne. Jeśli człowiek się od niego odcina, przestaje mieć skąd czerpać.

Bartek Kowalski w czasie pracy nad „Placem zabaw" stracił czucie w rękach, trafił do szpitala, lekarze podejrzewali stwardnienie rozsiane. Okazało się, że to „tylko" nerwica. – Kończyłem film. Ukrywałem stres, ale organizm nie dał się oszukać – przyznaje. I zaraz dodaje: – Traumatyczne wspomnienia tamtych dni pomagają mi dzisiaj nie być smutnym, wkurzonym facetem. Bo uświadamiam sobie, że film, odrzucony scenariusz, brak nagrody na festiwalu to nie są problemy. Kiedy zajrzysz na oddział onkologii i zobaczysz tam młodych ludzi, kiedy sam stajesz w obliczu śmierci albo ciężkiego kalectwa, wszystko staje się nieważne. Może był mi potrzebny taki zimny prysznic, który zmienia perspektywę patrzenia na wszystko.

Dziś jednak na co dzień towarzyszy im lęk. – Obecny czas jest na maksa trudny – przyznaje Maślona, który pisze na Facebooku posty z komentarzami bieżących wydarzeń. – Widzę, z jaką dezynwolturą władza łamie prawo. Jak łatwo sięga się po język nienawiści – po tych „komunistów i złodziei", „zdrajców", „resortowe dzieci".

Jedni spotykają się więc na manifestacjach, inni ich unikają, ale wszyscy martwią się, co dalej. W życie kolejnego pokolenia Polaków wdarła się polityka. W życie filmowych artystów też. Przygotowują kolejne projekty. Oni i następni 30-latkowie, którzy już szykują się do długometrażowego debiutu. Absolwenci szkół w: Łodzi, Warszawie, Gdyni, Katowicach. Otwarta na świat, wrażliwa i twórcza generacja. Miejmy nadzieję, że ich lotu ku kolejnym sukcesom nic nie przerwie. ©?

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA