fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Mentalność odrzucenia krzyża

AFP
Obserwując dyskusję, wpisy w mediach społecznościowych, ale także teksty przeciwników orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego (także tych z prawej strony), nie sposób nie zauważyć, jak głęboka zmiana kulturowa zaszła w ostatnich latach w Polsce i w świecie zachodnim. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu słowa św. Jana Pawła II, że „każdy ma swoje Westerplatte", były oczywistym wezwaniem do uświadomienia sobie, że każdy z nas staje niekiedy wobec koniecznych heroicznych wyborów; były nie tylko powszechnie zrozumiałe, ale i akceptowalne, nawet jeśli nie każdemu wystarczało sił do ich realizacji. Teraz jest inaczej. Politycy i publicyści, filozofowie i komentatorzy – z różnych stron – na wyrywki powtarzają, że od nikogo nie wolno wymagać heroizmu, że cierpienie jest tak wielkim złem, że nie wolno na nie skazywać, i wreszcie że jego unikanie może i powinno być priorytetem. Ta zmiana jest fundamentalna, bo w istocie oznacza odrzucenie fundamentów naszej cywilizacji, a także zmiany paradygmatu człowieczeństwa.

Jak dotąd nie istniała bowiem cywilizacja, która za swój cel postawiłaby sobie odrzucenie cierpienia, uznanie go za niepotrzebny ciężar, coś, co jedynie niszczy. Każda religia, każda filozofia, kultura próbowała zrozumieć, nadać sens cierpieniu albo przezwyciężyć je poprzez wiarę, nadzieję, ćwiczenia duchowe. Nie było dotąd takiej, która chciałaby je odrzucić poprzez wyeliminowanie cierpiących za pomocą aborcji, eutanazji, odseparowania w specjalnych ośrodkach, gdzie inni, niedotknięci nim w takim stopniu, nie mają z nimi styczności i nie muszą się nimi przejmować. To zapomnienie, eliminacja, choćby zamaskowane przez najszlachetniejsze słowa, oznaczają jednak eliminację z naszego życia nie tylko odpowiedzialności, ale i miłości, w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Miłość bowiem zawiera w sobie cierpienie, jest ono od niej nieodłączne, a wiedzą to nie tylko zawiedzeni kochankowie, nie tylko zdradzeni, ale nadal kochający małżonkowie, lecz także rodzice, którzy muszą się zmierzyć z bólem, chorobą, odejściem dzieci. Tam, gdzie nie ma cierpienia, nie ma także człowieczeństwa w formie, jaką znamy. A wspaniale pokazywał to w swoich książkach Michel Houellebecq, ukazując ludzi, którzy nie będąc w stanie cierpieć, nie są też w stanie odczuwać szczęścia. Straszny to obraz.




Dokąd może nas zaprowadzić takie myślenie, widać już teraz. W części krajów zachodnich eutanazja (rozumiana właśnie jako lekarstwo na cierpienie) została uznana za wartość tak fundamentalną, że będącą towarem pierwszej potrzeby. W Wielkiej Brytanii, choć weszła ona obecnie w okres tzw. twardego lockdownu, a opuszczanie jej granic jest niemożliwe, uczyniono jeden wyjątek. Jest nim wizyta w szwajcarskiej klinice Dignitas, gdzie dokonuje się wspomaganych samobójstw. O takiej klauzuli umożliwiającej opuszczenie Wysp poinformował brytyjski minister zdrowia Matt Hancock. – Nowe przepisy dotyczące koronawirusa nakładają ograniczenia na wychodzenie z domu bez rozsądnego wyjaśnienia. Wyjazd za granicę, aby dokonać „wspomaganej śmierci", jest takim rozsądnym usprawiedliwieniem, więc każdy, kto to zrobi, nie złamie prawa – oznajmił minister.

Tego rodzaju opinie mogą nas gorszyć – a może już wcale nie gorszą? – ale czas się do nich przyzwyczaić. Zachód Europy odrzucił klasyczny paradygmat moralności i zastąpił go moralnością utylitarną, w której ani Krzyż, ani cierpienie, ani ofiara nie mają już ani sensu, ani znaczenia. Świat bez tych wartości, bez tych przeżyć nie będzie wcale lepszy, a powstaje obawa, że może być o wiele gorszy. Bez heroizmu, bez cierpienia nie ma człowieczeństwa.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA