fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Droga do walki z Kościołem

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Tabloidy ogłosiły kilka dni temu, że dość znany polityk przyznał się do romansu i posiadania nieślubnego dziecka. Historia, jakich w życiu wiele. I nie, nie chodzi o to, by tego polityka teraz szczególnie piętnować, choć chwalić go też nie ma za co. To przecież osoba publiczna. Choć jej życie prywatne – dla dobra członków rodziny – powinno być chronione, sytuacja zmienia się, gdy „bohater", spodziewając się, że sprawa może wypłynąć, sam zaczyna opowiadać o swoim życiu.

O tym, że rozwodzi się z żoną, która nie potrafiła zaakceptować faktu, że przez długi czas ją oszukiwał, nie wyjawiając, że przed laty romansował z koleżanką z pracy i ma z nią dziecko.

Ta historia nie byłaby jednak tak frapująca, gdyby nie fakt, że polityk ów przyznaje, że był kiedyś bardzo wierzący. W ostatnich latach dał się jednak poznać opinii publicznej z konfrontacyjnej polityki wobec Kościoła. Sprzeciwiał się powstawaniu religijnego pomnika w swoim mieście, spierał się z lokalną kurią o kościelne nieruchomości, czym wzbudził zachwyt antyklerykalnie nastawionych wyborców i komentatorów spod znaku liberalnej lewicy.

Jak możliwa była ta przemiana? Czy istnieje związek między tak radykalną zmianą podejścia do Kościoła a życiem prywatnym? Nie znam tego konkretnego polityka na tyle dobrze, by odpowiedzieć na to pytanie. Dlatego nawet nie podaję jego nazwiska, bo to nie on jest tu najważniejszy. Ważny jest mechanizm, którego działanie możemy obserwować u wielu osób. Polega na tym, że gdy w ich życiu pojawiają się kłopoty z moralnością, następuje reakcja łańcuchowa, która zmienia tę osobę, jej system wartości i światopogląd.

Jasne jest, że jeśli czyjeś postępowanie rażąco odbiega od wyznawanych przez tę osobę zasad moralnych, pojawia się poczucie winy. Jednak wyrzuty sumienia nie są niczym przyjemnym, dlatego bardzo często, zamiast uznać własną słabość i niedoskonałość, lepiej... zmienić moralność. Najlepiej to zjawisko opisał kiedyś Fryderyk Nietzsche, nazywając je resentymentem. Lis widzi ptaszki zajadające się winogronami, sam ma na nie wielką ochotę, ale okazuje się, że jest zbyt niskiego wzrostu, by do nich sięgnąć. Zamiast przyznać się do porażki, wmawia sobie, że... winogrona są kwaśne.

I tak pod naporem zwykłej ludzkiej słabości, zdrady i podwójnego życia wielu ludzi wmawia sobie, że to, co złe, wcale takie nie jest. Zaczyna odwracać moralność do góry nogami. I tu pojawia się relacja z Kościołem, który głosi niezmienne zasady etyczne. Staje się on wyrzutem sumienia. By sobie z nim poradzić, dokonuje się kolejnego przewartościowania. I oto niegdysiejszy żarliwy chrześcijanin zaczyna sobie wmawiać, że Kościół jest zły, a jego misją jest walka z nim. Im większe poczucie życia na bakier z dawniej wyznawanymi wartościami, tym gorliwsza chęć walki z Kościołem.

Ludzie, którzy nie poradzili sobie z bylejakością własnego życia, z własną słabością, nagle tę słabość nazywają siłą i ogłaszają się wojownikami o wolność, równość i świeckie państwo. Mechanizm ten w równym stopniu dotyczy osób prywatnych, co polityków. W tym ostatnim przypadku jest jednak znacznie bardziej niebezpieczny, bo urazy wyniesione z życia prywatnego stają się podstawą programu politycznego, zaczynają wpływać na decyzje, które podejmuje państwo, na debatę publiczną i na argumenty, które w niej padają. A osobista próba przewartościowania swego życia zmienia się w publiczne zgorszenie.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA