fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Rocznica wyboru Jana Pawła II - najsmutniejsza z rocznic

Fotorzepa/ Michał Walczak
Obchodzona w tym tygodniu 40. rocznica wyboru kardynała Karola Wojtyły na papieża, którego dziś czcimy jako św. Jana Pawła II, była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Zaskoczyło mnie przede wszystkim to, jak była smutna.

Z jednej strony instytucje kościelne, a z drugiej państwowe przygotowały akademie ku czci, oficjalne msze święte, politycy zaś po raz kolejny postanowili się pogrzać w ciepełku, które rozpala się w sercu wielu naszych rodaków, gdy wspominają sobie wzruszające chwile z ostatnich pielgrzymek papieża Polaka. Oczywiście politycy z różnych stron przekonują, że to właśnie oni są jedynymi i wyłącznymi spadkobiercami jego nauczania. Ale problemem nie są tu politycy. Problem leży znacznie głębiej.

Przede wszystkim, już dzień po rocznicy z rocznicowej atmosfery nie zostało nic. Uroniliśmy łezkę, ale bardzo szybko wróciliśmy do codziennego rytmu życia prywatnego, społecznego i politycznego. Nie, nie oczekuję cudów, znaków na niebie, wielkich nawróceń. Ale w przypadku tak ważnej i okrągłej rocznicy – wszak minęło 40 lat od wydarzenia, które nie tylko miało wpływ na religię, na życie katolików, ale wprost zmieniło bieg historii świata, a na pewno już naszego regionu – uderzała zbytnia naskórkowość. Zupełnie jakbyśmy nie potrafili zejść ani odrobinę głębiej. Jakby wszystko zostało już sprowadzone do poziomu pyskówek na Twitterze czy zabawnych memów udostępnianych znajomym na Facebooku. Jakbyśmy byli już niezdolni do głębszej refleksji.

Nad czym? I to właśnie drugi powód mego rozczarowania – 40. rocznica wyboru Jana Pawła II powinna być dla nas świetną okazją do refleksji nad nami samymi. Czy wiemy, kim dziś jesteśmy? Czy zrozumieliśmy, jak zmienił się świat przez te 40 lat? Czy rozumiemy znaczenie wydarzeń, które doprowadziły do upadku Związku Radzieckiego, rozpadu bloku komunistycznego i odzyskania przez Polskę suwerenności? I jak tę naszą wolność i suwerenność rozumiemy? Jak rozumiemy naszą drogę na Zachód, w którą wyruszyliśmy w 1989 roku, po wstąpieniu do NATO, do Unii Europejskiej, jak sami staliśmy się Zachodem dla imigrantów ze Wschodu? Czy – prócz rechotu tych, którym już znudzili się brukselscy urzędnicy – rozumiemy, jakie mogą być konsekwencje kryzysu, w jakim znalazła się Unia Europejska, ale też kryzysu Zachodu, którego jesteśmy częścią?

Cały ten dzień, 16 października 2018 roku, zastanawiałem się, co powiedziałby dzisiaj Jan Paweł II, gdyby się między nami pojawił. Komu przyznałby rację? Jaką dałby nam radę? Na co zwróciłby uwagę? Co by uznał za najpoważniejszy problem? Czy powtórzyłby dziś słowa sprzed 30 lat, gdy odwiedzał Brukselę i mówił, że jego największym marzeniem jest zjednoczenie Europy? Jak dziś wyglądałoby jego przemówienie, gdyby odwiedził nasz parlament?

Dlaczego nie stawiamy sobie publicznie tych pytań? Gdy żył, czuliśmy się jego dziećmi pod jego troskliwą opieką, czuliśmy, że mamy potężnego sojusznika, arbitra, do którego można się odwołać w wewnętrznych sporach, zapytać o radę, o kierunek, w jakim trzeba iść. Ale gdy 2 kwietnia 2005 roku (przecież to raptem 13 lat temu, a wydaje się, że to była inna epoka!) umarł, żyliśmy w złudnym przekonaniu, że jakoś to będzie, że przecież będzie nas tam z nieba pilnował, nasz lukrowany święty staruszek od kremówek.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA