Plus Minus

Szkorbut. Choroba żeglarzy powróciła do wielkich miast

Jedną z ofiar szkorbutu był holenderski podróżnik Wiellem Barents, który zmarł podczas powrotu z wyprawy w 1597 r. Wydarzenie to stało się kanwą obrazu Christiaana Portmana z 1836 r.
BE&W
Zdawałoby się, że są dolegliwości, które nigdy nie wrócą. Pokonaliśmy je raz na zawsze, poznając przyczyny ich występowania. Ale okazuje się, że świadomość to za mało. Trzeba jeszcze myśleć. A to nie zawsze gatunkowi ludzkiemu się udaje.

Starożytni żeglarze nie cierpieli na awitaminozy jakiegokolwiek typu. Nawigowali za dnia, nie licząc przypadków, gdy żywioły nie pozwalały im przybić do brzegu lub zakotwiczyć w bezpiecznej zatoce. Co kilka dni mieli okazję zaopatrywać się w świeże owoce i mięso.

Najstarszy znany opis szkorbutu zawiera egipski papirus Ebersa sprzed 3500 lat. Także grecki lekarz Hipokrates (460–370 r. p.n.e.), a po nim Pliniusz Starszy (23–79 n.e.) opisali objawy tej choroby, ale były to raczej popisy ich erudycji, odnosili się do choroby nieznanej, wyjątkowej, niespotykanej. W starożytności ze szkorbutem zetknął się tylko Pyteasz. W 310 r. p.n.e. wyruszył z Marsylii i skierował się na wody okalające Europę od północy. Wyprawa była długa, zobaczył zorzę polarną, napotkał plemiona celtyckie i germańskie, prawdopodobnie wpłynął na Bałtyk. Po dwóch latach żeglarze nie wyglądali już na zdrowych: pomarszczeni, większość bez zębów, ze spuchniętymi, gnijącymi dziąsłami.

Zanim podano kiszoną kapustę

Jednak ta plaga zaczęła nękać załogi żaglowców dopiero pod koniec XV wieku, stając się straszliwym skutkiem ubocznym wielkich odkryć geograficznych. Jak to wyglądało w praktyce, pokazuje relacja naocznego świadka Antonia Pigafetty opisującego wyprawę Magellana przez Pacyfik:

„Spędziliśmy następnie trzy miesiące i dwadzieścia dni nie zaopatrując się w żywność ani inne świeże produkty. Żywiliśmy się wyłącznie starymi sucharami, wyschniętymi już na proszek, pełnymi robaków i śmierdzącymi uryną żerujących na nich szczurów. Woda, która piliśmy, miała kolor żółty i obrzydliwie cuchnęła. Jedliśmy tez wołowe skóry, owinięte na głównym maszcie (...) te skóry były bardzo twarde od słońca, deszczów i wiatru. Moczyliśmy je więc przez cztery lub pięć dni w morzu, a później przez pewien czas piekliśmy w żarze. Jedliśmy także wióry z piłowanych desek oraz szczury. Za te ostatnie trzeba było płacić pół talara od sztuki, a i to nie wystarczało (...) Dlatego stało się mianowicie tak, że większości naszych ludzi popuchły górne i dolne dziąsła (...) rozrosły się tak bardzo, że ludzie wcale nie mogli jeść. Ja dzięki łaskawości bożej nie zachorowałem" – dziwił się kronikarz wyprawy. Zawdzięczał to temu, że jadł zabrane w rejs przetwory z pigwy, nie zdając sobie sprawy, że jest to silny środek przeciw awitaminozie.

Wcześniej od Magellana ze szkorbutem zetknął się Vasco da Gama podczas pionierskiego rejsu wokół Afryki do Indii (1497–1498). Relacjonował: „Ich dziąsła puchną, deformują się, ciało gnije, wydzielając przeraźliwy fetor, tak przykry i nieznośny, że powietrze wokół jest zepsute. Nie mamy wprawy chirurgicznej ani lekarskiej, ale bez dobrych praktycznych wskazówek trzeba mimo wszystko odkrawać i obcinać zgniłe ciało bez czego chory rychło umiera (w pierwszym roku wyprawy, 100 ze 160 ludzi załogi zapadło na szkorbut). Na początku 1498 roku wszyscy na statku stracili na wadze, są trupiobladzi, dziąsła im spuchły, są owrzodzone, czarne jak węgiel, zęby się chwieją. Na początku liczy się te, które wypadły, potem te, które pozostały".

Antoine de Bougainville, który rozpoczął rejs dookoła świata w 1766 roku, w dzienniku pokładowym zanotował lakonicznie: „Deszczom nie ma końca, tak jak szkorbutowi".

Vitus Bering, Duńczyk na służbie w marynarce rosyjskiej, był znakomitym kartografem, od jego nazwiska pochodzi nazwa cieśniny i morza. Podczas wyprawy w 1728 roku popłynął daleko na północ, udowodnił, że Amerykę od Azji oddziela woda. Podczas trzyletniej wyprawy jego załogę zdziesiątkował szkorbut. Ta sama choroba zabiła 1812 osób z liczącej początkowo 2 tys. marynarzy floty, którą w latach 1740–1744 dowodził angielski admirał George Anson.

Jean-François Galaup, książę de La Perouse, w 1782 roku podczas wyprawy do zatoki Hudson zdobył dwa forty angielskie, ale spośród jego 536 marynarzy na szkorbut zachorowało 400, zmarło zaś 70. W roku 1785 La Perouse wyruszył na słynną wyprawę naukową dookoła świata, zakończoną zresztą po trzech latach katastrofą morską. W ostatnim liście do żony pisał 7 lutego 1788 roku: „Gdy wrócę, weźmiesz mnie za stuletniego starca! Nie mam ani zębów, ani włosów".

Podobnych przypadków można przytaczać setki. Dlaczego żeglarze przez trzy stulecia nie zorientowali się, jak leczyć tę „zarazę"? Precedensy były. Gdy Kolumb zetknął się ze szkorbutową udręką, zostawił chorych na karaibskiej wyspie, tam wyzdrowieli dzięki cytrynom i pomarańczom. W 1593 roku Anglik sir Richard Hawkins także zaobserwował, że cytryny są skutecznym lekarstwem. W 1601 roku potwierdził to podczas transoceanicznego rejsu z Anglii do Indii, podobnie jak szwedzki admirał Henrik Claesson Fleming w roku 1628.

Oczywiście warunki życia na pokładzie sprzyjały chorobom: wilgoć, brud, ciasnota, robactwo, zmęczenie fizyczne i psychiczne, niedosypianie, alkohol, złe odżywianie. W takich warunkach choroby były nieuniknione, a jednak to nie rozmaite zapalenia, nieżyty czy obłęd masowo uśmiercały marynarzy, lecz szkorbut. Wprawdzie powodem tej choroby była żywność, ale nie to, co w niej było, lecz to, czego nie zawierała.

James Lind, szkocki lekarz i pionier higieny w marynarce brytyjskiej, w 1747 r. przeprowadził pierwsze naukowe testy dotyczące szkorbutu. Podzielił tuzin chorych marynarzy na sześć par. Każdej z nich aplikował coś innego: cydr, roztwór witriolu, ocet, napar z ziół, wodę morską, cytrusy. Wyzdrowiała tylko jedna para: cytrusowa. James Lind opublikował wyniki doświadczenia pięć lat później, ale marynarka brytyjska skorzystała z tej wiedzy dopiero w 1795 toku, zaopatrując każdy swój okręt w sok z cytryn.

Nieco wcześniej, bez oglądania się na admiralicję, z plagą poradził sobie jeden z największych żeglarzy w dziejach ludzkości, James Cook. W 1768 roku wypłynął z Anglii w rejs dookoła świata. Nie stracił ani jednego człowieka z powodu szkorbutu. To graniczyło z cudem. W jego czasach statki rozbijały się o skały, wchodziły na mielizny, wpływały na rafy, nie potrafiły przetrzymać sztormów, ponieważ chorzy marynarze nie mieli sił brasować, refować żagli, pompować wody wdzierającej się do kadłuba, stać przy sterze.

A skąd brać warzywa i owoce, gdy rejs trwa miesiącami, bez dobijania do lądu? Rewolucyjny pomysł Cooka przyniósł oszałamiające rezultaty: „Ludzie początkowo nie chcieli jeść kiszonej kapusty. Doprowadziłem do jej spożycia dzięki metodzie, która w odniesieniu do marynarzy była niezawodna. Polegała ona mianowicie na tym, iż codziennie dodawano kiszoną kapustę do posiłku oficerskiego, wszyscy oficerowie mogli ją jeść bez ograniczeń. Nie minął tydzień, kiedy już trzeba było każdemu na pokładzie dawać jego porcję" („The Journals of Captain James Cook on His Voyages of Discover").

Czekał, aż rany przestaną się goić

W okresie międzywojennym szkorbut był już uleczalny, ale wciąż pozostawał tajemniczy, nierozpoznany, terapia opierała się na tradycji, życiowej praktyce, a nie wiedzy naukowej. W 1939 roku młody amerykański lekarz John Crandon uczynił gigantyczny krok na drodze do poznania tej choroby, przeprowadził na sobie samym trudny dziś do wyobrażenia eksperyment. Porwał się na przedsięwzięcie – jak powiedzielibyśmy dziś – szalone, bezrozumne, zdecydował się na całkowite wyeliminowanie ze swojej diety świeżych warzyw i owoców przez pół roku. Chciał sprawdzać na bieżąco konsekwencje takiej diety.

Dziś żaden komitet etyczny, żaden szpital czy uniwersytet nie zezwoliłby na takie szaleństwo, z powodów etycznych oraz dlatego, że już wiadomo, czym to grozi, niedobór, a tym bardziej zupełny brak witaminy C: osłabia wszystkie rodzaje tkanek, prowadzi do wycieńczenia, krwotoków, infekcji. Ale 78 lat temu to ekstremalne doświadczenie przyniosło badaczowi publikacje w prestiżowych periodykach, a co za tym idzie, rozgłos w świecie nauki. Jego dwa artykuły zamieścił w 1940 roku słynny „New England Journal of Medicine".

– John Crandon należał do tych nieustraszonych lub nieświadomych badaczy, którzy czynili z samych siebie króliki doświadczalne, porywając się na diety trącące „abrakadabrą", wprawdzie w imię nauki, ale z narażeniem życia, czego naukowiec robić nie powinien – komentuje prof. Eric Fontaine, prezes Societe Francophone de Nutrition Clinique et Metabolique.

Niestety, tak właśnie było także w przypadku Williama Starka, londyńskiego lekarza. W czerwcu 1769 roku – miał wtedy 29 lat – z godnym podziwu, ale zarazem z pożałowania wartym zuchwalstwem rozpoczął mordercze doświadczenie: Przystąpił do klasyfikowania pożywienia według jego cech dobroczynnych dla organizmu lub szkodliwych dla zdrowia. Młody, dobrze zbudowany mężczyzna, zapisywał swoje obserwacje w kajecie.

Najpierw przez dziesięć tygodni żył tylko o chlebie i wodzie, niekiedy z małym dodatkiem cukru i oliwy. W drugiej fazie eksperymentu zadowalał się puddingiem na bazie mąki i oliwy, miodem, gotowaną wołowiną na zmianę z ragout lub pieczoną gęsią – aby sprawdzić, jakie pożywienie jest bardziej odżywcze, chude czy tłuste.

W miarę trwania doświadczenia, William Stark słabł, jego stan systematycznie się pogarszał. Ale w tym stadium ciągle jeszcze był do uratowania, gdyby do diety włączył nieco świeżych warzyw i owoców – jak udowodnił to 15 lat wcześniej w traktacie o szkorbucie lekarz okrętowy James Lind. Ale eksperymentator „żeglował pod wiatr", trwał przy swojej diecie i 23 lutego 1770 roku wyzionął ducha.

Czy w 1939 roku John Crandon wiedział o tragicznym końcu swojego poprzednika? Studiował chirurgię, słuchał wykładów z historii medycyny nie byle gdzie, bo w Boston University. Napisał: „Nie obawiam się o życie, ponieważ szkorbut jest już dobrze poznany, a chorujący zostali wyleczeni. Ale nie znajduję moralnego usprawiedliwienia, aby w ramach eksperymentu narazić kogoś na tę chorobę, zanim przeprowadzę go na sobie samym".

Od 16 czerwca 1939 roku przez dwa miesiące John Crandon połykał wyłącznie gotowane mięso, masło, ciastka i ryż. Następnie ograniczył się do innego, równie niezrównoważonego menu: sera, jaj, czekolady i krakersów popijanych kawą i piwem. Po kilku tygodniach poziom witaminy C, kontrolowany każdego ranka, spadł do zera, ale mimo to młody chirurg czuł się „raczej dobrze". Pod koniec trzeciego miesiąca kazał sobie zrobić ośmiocentymetrowe nacięcie na plecach, aby sprawdzić, jak goją się rany; ku jego „wielkiej rozpaczy", wciąż się goiły. Dlatego kontynuował monotonną dietę serowo-krakersową. Stopniowo znużenie organizmu dawało o sobie znać, tym bardziej że John Crandon regularnie oddawał krew, aby móc finansować swoją eksperymentalną dietę – stosowne produkty kupował w delikatesach w pobliżu szpitala, w którym pracował. Tracił na wadze, jego ciśnienie tętnicze obniżyło się, pojawiły się oznaki awitaminozy, między innymi na skórze wystąpiły krwawe rozstępy. Dokładnie po upływie sześciu miesięcy od rozpoczęcia eksperymentu, kazał zrobić sobie nowe głębokie nacięcie na plecach – tym razem rana nie goiła się. Mógł przerwać eksperyment. Terapia w postaci silnej dawki witaminy C postawiła młodego lekarza na nogi.

Szkorbut z mikrofalówki

Życie jest bardziej zaskakujące, niż mogą to sobie wyobrazić nawet futuryści. W lipcu 2016 roku upubliczniono przypadek walijskiego nastolatka, zmarł on w wyniku zatrzymania akcji serca, ponieważ cierpiał na anemię i awitaminozę. Jego zęby były bardzo luźno osadzone, rodzice przyznali, że w domu nie zwracano uwagi na posiłki.

Również w 2016 roku prof. Jenny Gunton ze szpitala uniwersyteckiego w Sydney zaalarmowała opinię publiczną, że zapomniana choroba powraca, a przypadek 13-latka z Walii wcale nie jest odosobniony. Szkorbut pojawił się w centrach wielkich, bogatych miast, w których całą dobę czynnych jest wiele sklepów z żywnością oferujących produkty, jakich dusza zapragnie: owoce mango, melony, brzoskwinie, cytrusy, winogrona, jabłka, gruszki, truskawki, cebulę, rzodkiewki, kalarepę, kapustę, paprykę, pomidory, pory – lista jest długa.

W specjalistycznym pismie naukowym „Diabetic Medicine" ukazał się artykuł prof. Jenny Gunton opisujący 11 przypadków szkorbutu u pacjentów – cukrzyków, których dieta była zbyt uboga w świeże warzywa i owoce.

Czy to możliwe, aby plaga dziesiątkująca niegdyś załogi żaglowców, jeszcze 200 lat temu śmiertelna w 50–80 proc. przypadków, mogła się ponownie pojawić we współczesnym cywilizowanym świecie? Rodzaj ludzki dzieli z kilkoma gatunkami ssaków, między innymi z wielkimi małpami człekokształtnymi, niedogodną cechę: niemożność wytwarzania w organizmie ani magazynowania w którejś z tkanek witaminy C, czyli kwasu askorbinowego. Ta cecha jest wynikiem mutacji genetycznej, jaka zaszła u naszych praprzodków 40 milionów lat temu, blokując przetwarzanie glukozy w ów kwas. Mankament ten równoważą czerwone krwinki, ponieważ bardzo liczne na ich powierzchni białka transportują w głąb organizmu witaminę C wchłonięta wraz z pożywieniem. Tak naprawdę, mechanizm ten wyjaśnili dopiero w 2008 roku naukowcy francuscy z CNRS (Centre National de la Recherche Scientifique), artykuł o tym zamieściło pismo „CELL" (witaminę C zawierają nadnercza niektórych ssaków morskich, dzięki temu, polując na nie, Eskimosi mogą cieszyć się dobrym zdrowiem, nie jadając warzyw i owoców).

Kwas askorbinowy ma zasadnicze znaczenie dla życia, pomaga włóknom kolagenowym wmontowywać się prawidłowo w spirale DNA. Jego brak powoduje anomalie w strukturze kolagenu, a to z kolei prowadzi do krwawienia, tworzenia się niegojących się ran. Witamina C uczestniczy również w funkcjonowaniu systemu odpornościowego, sprzyja wchłanianiu żelaza. Człowiek czerpie ją wyłącznie z pożywienia. Wprawdzie jest ona dodawana do rozmaitych produktów w przemyśle spożywczym, ale w ilościach niewystarczających, aby uniknąć szkorbutu (wyjątek stanowi mleko dla niemowląt).

– Osoby chwytające się rozmaitych diet odchudzających i innych, poprawiających urodę, sylwetkę, samopoczucie, nie biorą tego pod uwagę. Takich osób, zwłaszcza w bogatych, nowoczesnych miastach, jest coraz więcej. Właśnie dlatego instytuty żywienia pełne są ludzi zgłaszających się z problemami zdrowotnymi wynikającymi z monotonnej, jednostronnej diety. Wielu z nich znajduje się po prostu w początkowym stadium szkorbutu – wyjaśnia i ostrzega prof. Jenny Gunton.

Nie tylko ona. Brytyjscy lekarze alarmują, że powrót szkorbutu czy krzywicy wynika z tego, że rodzice nie dbają o właściwą dietę swoich dzieci i zamiast przygotowywać im posiłki ze świeżych produktów, polegają na żywności przetworzonej, którą wystarczy podgrzać w mikrofalówce, lub na daniach na wynos.

– Obecnie standardy żywieniowe w Wielkiej Brytanii są gorsze niż w czasach drugiej wojny światowej, kiedy żywność była racjonowana. Winny jest przede wszystkim przemysł spożywczy – ostrzega dr Mark Temple, prezes Brytyjskiego Stowarzyszenia Medycznego.

Sioned Quirke z British Dietetic Association, lekarka, wyjaśnia to jeszcze przystępniej: – W niektórych populacjach codzienna dieta jest równie kiepska jak 100 lat temu. Różnica jest taka, że teraz najczęściej jest to wynik naszych wyborów. Ludzie twierdzą, że nie stać ich na owoce i warzywa, co nie jest prawdą. Kiedy dziesięć lat temu byłam na studiach, uczono nas, że szkorbut i krzywica to choroby przeszłości, które już nie wrócą.

Wygląda na to, że była to wizja optymistyczna. Nikt bowiem nie potrafi tak skrzywdzić siebie samego tak jak człowiek.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL