fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Partyzanci, terroryści i politolog

materiały prasowe
Historia Irlandzkiej Armii Republikańskiej może zafascynować każdego romantycznego czytelnika. Szczególnie w Polsce, gdzie dyskusja nad tym, co uznać jeszcze za walkę narodowowyzwoleńczą, a co już za terroryzm, skończyła się, zanim się jeszcze na dobre zaczęła. Powraca jednak przy różnych okazjach: lewicowego zachwytu nad bojowcami rzucającymi bomby na policmajstrów czy nabożnego podziwu skrajnej prawicy dla żołnierzy jakże często słusznie wyklętych.

Profesor politologii Wawrzyniec Konarski już na wstępie tego swoistego podręcznika narodowych wątpliwości podkreśla, że „pisanie o motywowanej politycznie przemocy wymaga taktu i dystansu, które mają być wędzidłem dla emocji badacza". Szczególnie jeśli w dużej mierze ta przemoc prowadzi do osiągnięcia celów ruchu może nie w 100, ale na pewno w 80 proc. – czyli do wyrwania własnej ojczyzny spod władzy okupującego ją imperium.



Wielka Brytania i jej polityka nie budzą w Konarskim sympatii. A powody podjęcia walki przez Irlandczyków wyłożone są w sposób nieodparty. „Wzajemna bliskość obu wysp (...) na ponad 750 lat zmusiła jej mieszkańców do prowadzenia – metodami politycznymi i zbrojnymi – walki o wolność i pełną niepodległość rozciągającą się na całą wyspę. Ten drugi cel wciąż nie jest zrealizowany" – pisze politolog. To zdanie przypomniało mi moją rozmowę z pewną irlandzką zakonnicą, która odwiedziła Warszawę w sprawach swego zakonu. Pogratulowałam jej po...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA