Plus Minus

Xięgarnia, buch|bund, Librairie Polonaise, czyli książki na emigracji

Nina Mueller jest Niemką, Marcin Piekoszewski Polakiem. Najmniej kłopotu mieli z nazwą swej berlińskiej księgarni: buch|bund, w wolnym tłumaczeniu – związek książek
Magdalena Rohrmann
Jeszcze Polska nie zginęła, póki my czytamy. Zwłaszcza na obczyźnie, gdzie polskie księgarnie istnieją od lat lub powstają od nowa.

Księgarnia leży na przedmieściach Rzymu przy dworcu Tiburtina, wciśnięta między tory kolejowe i autostradę. Przed laty miała być leczniczą grotą solną – nic z tego nie wyszło, ale pozostała ściana wyłożona kryształami, solne lampy i stalaktyty wiszące z sufitu. Solne elementy przyciągają uwagę przechodniów, a wszystko jest na sprzedaż. – Kryształy soli zapewniają zdrowie, oczyszczają powietrze, zwłaszcza postawione przy łóżku ułatwiają oddychanie w nocy – zachwala miejsce Katarzyna Kulina, właścicielka Libreria Polacca.

Rzymskie wakacje

Pochodzi z Kraśnika. Do Rzymu przyjechała w 1994 r. na własny ślub, po którym z mężem Andrzejem mieli wracać do Polski. Kłopoty ze zdrowiem sprawiły, że zostali na dłużej. Katarzyna znalazła pracę w polskim sklepie spożywczym, którego właściciel prowadził również księgarnię, ale po ośmiu latach zamknął interes. Księgarnia-kawiarnia miała swoją historię, klientów i oczywiście „wieliczkowy" wystrój. Katarzyna Kulina zobaczyła w tym biznes, choć znajomi uznali ten interes za straceńczą misję. Co to w ogóle za pomysł, żeby dostarczać Polakom we Włoszech lektury?

Po kilkunastu latach na cudzym Kulina poszła na swoje: – Wielu Polaków, którzy opuścili kraj w młodym wieku, w krótkim czasie stało się dojrzałymi i pewnymi siebie ludźmi, mają odważne serca – mówi. Sama ma nastoletnią córkę i męża, który pomagał w przedsięwzięciu. Musiała w przyspieszonym tempie nauczyć się obsługi komputera. Wspomina też, że otwarcie działalności gospodarczej w teorii nie jest skomplikowane, pomaga w tym ragioniere – włoski odpowiednik księgowego, ale w praktyce urzędnicy mogą ten proces wydłużyć. U niej trwał sześć miesięcy. Do kosztów administracyjnych doszła jeszcze inwestycja w lokal, towar i oczywiście czynsz. Dlatego księgarnia otwarta jest tylko w niedzielę.

W witrynie oprócz bryłek soli stoi Jan Paweł II i polska flaga – od razu wiadomo, gdzie jesteśmy. W środku papieskie kalendarze, kartki świąteczne i wigilijne opłatki. Sporo kryształowych kieliszków i wazonów; koszulki z orłem i trochę cepelii, nawet skórzane kierpce, bo zimą włoskie domy są słabo ogrzewane. Są też preparaty ziołowe i kosmetyki. Oferta też obejmuje pomoc w przewozie paczek z Polski i pośrednictwo w wyjazdach turystycznych. – Wszystko dla każdego. Jeśli miałabym sprzedawać tylko książki, musiałabym zamknąć księgarnię. Jak widać, prosperujemy do dziś, ale nie jest łatwo – mówi Polka. I dodaje, że dobrze sprzedają się czasopisma. Panowie chętnie prenumerują prasę polityczną, zaglądają też amatorzy wędkarstwa, budownictwa i sportu, którzy biorą pisma branżowe. U pań powodzeniem cieszą się „Twój Styl", „Gala" i inne czasopisma dla kobiet, bo po pracy trzeba się odprężyć. Młodzi pytali o „Bravo", więc też zaczęła je sprowadzać. Solo con calma, tylko spokojnie – książki też są!

Co z literatury wybierają Polacy? – Panowie sięgają po publikacje historyczne, często o II wojnie światowej. Panie wolą kryminały i coś o życiu kobiet, historie wzięte z życia. Książki kupują nie tylko Polacy z Rzymu, ale też z wielu innych miast, bo przy zamówieniu mogą wybrać dostawę do domu – mówi pani Katarzyna. Zauważyła, że Polacy czytają chętniej niż Włosi, dlatego wierzy, że jej księgarnia jest potrzebna. Wie jednak, że Polaków we Włoszech ubywa, w związku z tym oferta skierowana jest również do miejscowych – są albumy o Polsce, słowniki i podręczniki do nauki języka, książki kulinarne, coś z literatury, choć niewiele. No i kryształy, pamiątki.

Księgarnia informuje o koncertach muzyki Chopina, czytaniu dzieł Sienkiewicza i Mickiewicza. Współpracują też z ambasadą polską: pośredniczą w zamawianiu pomocy dydaktycznych, a niedawno też strojów krakowskich dla dzieci. Utrzymują kontakt z placówkami polonijnymi w różnych regionach Włoch, dla których zamawiane są książki i podręczniki. Właściciele angażują się – także finansowo – w imprezy organizowane przez Polonię, takie jak zjazdy Polonii europejskiej i zbiórki charytatywne dla polskich dzieci.

– Stawiamy na edukację języka i przybliżenie kultury polskiej w całym kraju. Pokazujemy nasze tradycje, rękodzieło i folklor. Wspieramy w szczególności edukację dzieci w związkach polsko-włoskich. Chodzi głównie o czytanie polskich bajek, legend i wierszy – mówi Kulina. Włochom opowiada zaś o święceniu koszyczka z pokarmami, palmach wielkanocnych i dzieleniu się opłatkiem.

Na paryskim bruku

To jeden z najbardziej znanych polskich symboli w stolicy Francji, żywy pomnik historii i literatury. Nad wejściem widnieje szyld „Księgarnia Polska", a niżej „Librairie Polonaise". Księgarnia ma wyśmienitą lokalizację przy bulwarze Saint-Germain w reprezentacyjnej VI dzielnicy, obok są sklepy z modą męską i butami. Z okazji „urodzin", zwyczajowo obchodzonych we wrześniu, księgarnię odwiedził polski ambasador. Był tłum gości, a mer dzielnicy Jean-Pierre Lecoq mówił o pępku świata księgarskiego i wydawniczego.

Księgarnia znajduje się przy bulwarze od niemal stu lat, wcześniej kilka razy zmieniała lokum. Powstała w 1833 r. przy Quai Voltaire – to również świetny adres nad Sekwaną. Założył ją pisarz i wydawca Eustachy Januszkiewicz dla Wielkiej Emigracji, która po powstaniu listopadowym szturmowała Paryż. Księgarnia i drukarnia stały się miejscem wymiany intelektualnej, kulturalnej i politycznej; Mickiewicz, Słowacki i Norwid właśnie tutaj oferowali swoje prace.

Ciekawe, że podczas zimnej wojny George Minden, rumuński imigrant w USA i szef International Literary Centre, przekonał CIA do swojego planu, aby przemycać zakazaną literaturę zza żelaznej kurtyny. Do PRL trafiły tysiące egzemplarzy dzieł Miłosza czy Sołżenicyna. Działało to w dwie strony. Pierwsze paczki słano balonami, potem rozdawano za darmo w wybranych punktach w Europie Zachodniej, m.in. właśnie przy bulwarze Saint-Germain.

Jan Michalski wyjechał z Polski na studia w Kolegium Europejskim w Brugii oraz na Uniwersyteckim Instytucie Wyższych Studiów Międzynarodowych w Genewie. Tam poznał Szwajcarkę Verę Hoffmann, z którą w 1983 r. wziął ślub. Trzy lata później założyli wydawnictwo Noir sur Blanc – jedyne w Europie Zachodniej popularyzujące literaturę z Europy Wschodniej, szczególnie z Polski. W 1991 r. Michalscy kupili księgarnię polską w Paryżu, zostali właścicielami Oficyny Literackiej i Wydawnictwa Literackiego. Po śmierci Michalskiego powstała La Fondation Jan Michalski pour l'Ecriture et la Littérature, która wspiera młodych twórców. Panią domu przy Saint-Germain jest Vera Michalski, prezes grupy wydawniczej Libella SA, która podczas urodzin witała gości.

Księgarnia oferuje literaturę po polsku i francusku, słowniki, polską prasę, muzykę i filmy. Zaprasza m.in. po zbiór Wisławy Szymborskiej „O śmierci bez przesady" (wiersze z lat 1957–2009 w tłumaczeniu Piotra Kamińskiego), sekretny dziennik Witolda Gombrowicza „Kronos", „Krivoklat" Jacka Dehnela po francusku; powieść „Bieguni" Olgi Tokarczuk, nagrodzoną nagrodą Bookera, oraz „Farmę lalek" Wojciecha Chmielarza w dwóch wersjach językowych.

Przy Saint-Germain odbywają się też spotkania autorskie – niedawno dyskutowano wokół biografii Zbigniewa Herberta napisanej przez Brigitte Gautier. Tak to się robi w Paryżu!

Ale nie wszystkim wychodzi. W 1994 r. Andrzej Dobosz, pisarz i publicysta, znany także z epizodycznej roli w filmowym „Rejsie", umościł się przy Rue de la Bucherie – w dzielnicy łacińskiej niedaleko katedry Notre-Dame – ze swoją Librairie Dobosz. Pomógł przypadek, bo znajomy księgarz z Wyspy Świętego Ludwika wyprzedawał swe zbiory. Dobosz brał je partiami, aż zebrał wszystkie i otworzył księgarnię. Zgromadził tam asortyment według autorskiego klucza: Herling-Grudziński, Herbert, Miłosz; prace krytyków, encyklopedie i słowniki; trochę literatury francuskiej w polskich przekładach, a w centralnym miejscu kilka numerów „Kultury" (tam pisał) i „Tygodników Powszechnych".

Zdarzały się Doboszowi sukcesy np. spotkanie w 2006 r. z Jerzym Giedroyciem, gdy ukazała się jego autobiografia. W jeden wieczór sprzedano 120 egzemplarzy książki, a kolejka po autograf Księcia z Maisons-Laffitte ciągnęła się wzdłuż sąsiedniej ulicy. Ale oprócz książek Dobosz musiał też sprowadzać do księgarni kryształy i kolorowe ołówki. Liczni turyści z Polski zaglądali tylko po to, by zobaczyć i sfotografować słynnego gospodarza. „Uwielbiali wpaść na rozmowę, ale kupowali książek mniej niż w poprzednim tysiącleciu" – cytowała Dobosza depesza PAP z 31 lipca 2008 r., która informowała, że właścicielka kamienicy dwukrotnie podniosła czynsz i księgarnia przestaje istnieć. – Będę miał więcej czasu na pisanie książek, rozmowy i spacerowanie po Paryżu – komentował właściciel, który znalazł się na paryskim bruku.

Niebo nad Berlinem

Marcin Piekoszewski to absolwent anglistyki w Opolu, który studiował także w Krakowie literaturę amerykańską. Dorabiał tam w księgarni, gdzie poznał Ninę Mueller, studentkę politologii i historii z Monachium. On nie znał niemieckiego, a ona polskiego – wtedy rozmawiali po angielsku, dziś oboje znają język współmałżonka. Romantyczny pomysł otwarcia niemieckiej księgarni w Krakowie zmarł śmiercią naturalną, bo w 2004 r. trafili do Berlina, gdzie Nina kontynuowała studia, a Marcin pracował jako pisarz i tłumacz. Dlaczego Berlin? Ważną rolę odegrała m.in. geograficzna bliskość Polski, skąd nieustannie zamawiali książki na własne potrzeby przez przyjaciół. I nagle pojawiła się myśl: a może stworzyć księgarnię? Dla siebie i innych.

Teren był dziewiczy, nie było takich miejsc w Berlinie, jedynie w latach 80. istniał punkt z polskimi książkami z drugiego obiegu. Odpowiedniego lokum szukali przez rok, znaleźli je w Neukölln, gdzie czynsze są znośne, a poza tym mieszka tam spora część polskiej mniejszości szacowana nawet na 200 tys. ludzi. W Neukölln mieszka wielu muzułmanów. Obok przy Sanderstrasse rezyduje tureckie stowarzyszenie kulturalne, są tanie sklepy z tekstyliami i narodowe restauracje. Po drugiej stronie ulicy stoi galeria transwestyty Julity, malarki i showmanki.

Najmniej kłopotów mieli z nazwą: buch|bund, w wolnym tłumaczeniu – związek książek. Oni również zamawiają, co uznają za stosowne. Sami są rodzicami, więc w ofercie znalazła się literatura dziecięca (wiersze Tuwima i Brzechwy). Sprowadzili zabawki i organizują zajęcia z języka polskiego dla rodzin. Głównym założeniem było zachęcenie ludzi nie tylko asortymentem i wystawą, lecz także atmosferą miejsca. Nina chciała przyciągnąć ludzi rozmowami przy kawie, lemoniadzie i winie. Fotele i kanapy zapraszają do lektury, a pośrodku stoi drewniany stół.

Na regałach widać dzieła polskich autorów klasycznych i współczesnych. W oryginale i w niemieckim przekładzie, bo od początku było jasne, że księgarnia powinna być dla Polaków i Niemców. Tym bardziej że po latach mają wrażenie, iż więcej polskiej literatury jest tłumaczonej na język niemiecki niż na odwrót, bo Niemcy czytają więcej i są zainteresowani innymi kulturami. Po polsku czytani są autorzy współcześni, m.in. Andrzej Stasiuk, Joanna Bator i Olga Tokarczuk oraz klasyka XX wieku: Witold Gombrowicz i Bruno Schulz. – Chcieliśmy pokazać, że polski Berlin to nie tylko sprzątaczki i hydraulicy. Niemcy powinni widzieć, że polski rynek książki jest również bardzo zróżnicowany – mówią Nina i Marcin. Ale sklep online jest tylko w wersji niemieckiej. Sam zamawia książki od wydawców do Szczecina, gdzie jeździ co dwa lub trzy tygodnie i odbiera towar, co pozwala utrzymywać ceny na niskim poziomie.

Dla Marcina i Niny ważna jest współpraca z Instytutem Polskim, instytucjami niemieckimi, niemiecko-polskimi oraz organizacjami pozarządowymi. Podkreślają, że Berlińczycy wykazują zainteresowanie polską kulturą, historią i polityką. Ktoś po wizycie nad Wisłą dopytywał o powstanie warszawskie i chciał coś o nim przeczytać. Ludzie chcą też rozmawiać, dlatego księgarnia awansowała do rangi salonu i stworzyła dyskusyjny klub książkowy do spraw tematów trudnych o nazwie „O!buch". Mowa jest tam nie tylko o literaturze, lecz także o wielu sprawach, np. polsko-niemiecko-żydowskich. Regularnie odbywają się spotkania z autorami. Byli tam np. Leszek Szaruga, Dorota Masłowska, Michał Witkowski, Jacek Hugo-Bader, Anda Rottenberg, Tadeusz Rolke. Czasem za spotkania trzeba zapłacić: za wejście na wieczór z cyklu „Reportaże bez granic" z Justyną Kopińską trzeba było wydać 4 euro, podobnie jak za spotkanie autorskie z Janem Tomaszem Grossem.

O księgarni „Berliner Zeitung" pisał, że jest to „wzbogaceniu berlińskiego życia kulturalnego". A „Tageszeitung" wspomniał o „miejscu spotkań intelektualnych dla polskiego Berlina". W rozmowie z drugą gazetą księgarze opowiadali, że skupiają lewicową opozycję Polaków w Berlinie.

Marcin: – Młodzi ludzie, którzy przyjechali do Berlina, są aktywni. Chcą zrobić coś, czego nie mogą zrobić w Polsce. To nie przypadek, że tutaj powstał berliński oddział Partii Razem.

Nina: – Większość Polaków, którzy przybyli w ostatnich miesiącach, nie jest zwolennikami PiS.

Marcin: – Wielu wstydzi się tego, co dzieje się w Polsce. Inni demonstracyjnie angażują się w działalność na rzecz uchodźców.

Nina: – Polacy, którzy chodzą do kościoła w niedzielę do Südstern, nie kupują od nas książek.

Wiedeński walc

Zofia Reinbacher, przewodnicząca Stowarzyszenia Polonia, pomagającego rodakom w Austrii, przedstawia się krótko: „Lubię książki, spacery i czerwone wino". Jako studentka translatoryki przyjechała do Wiednia w latach 70. na trzymiesięczne stypendium. Na początku wraz z przyjaciółką zorganizowała półkę z polskimi książkami w księgarni Heinza Kolischa i stolik przy polskim kościele. Jej mentorzy – profesor Andrzej Zięba, matematyk i astrofizyk z UJ oraz Jan Chodakowski, wydawca z Londynu („Polonia" i „Puls") – namawiali ją na założenie księgarni stacjonarnej. W końcu profesor kupił lokal po sklepie z farbami w otoczeniu eleganckich kamienic przy Burggasse i Zofia Reinbacher nie miała wyjścia.

Napis „Farben Lake" przykrył czerwony szyld: „Bücher Książki". Ojciec przyjaciółki pożyczył jej pieniądze, podobnie jak Polska Fundacja Kultury. Inwestycję żyrowały organizacje polonijne, a londyńskie i paryskie wydawnictwa emigracyjne wyposażyły ją w „wyprawkę", czyli pierwsze książki do sprzedaży. Na dodatek liczni wiedeńscy znajomi (nieznajomi też) przynosili wszystko, co mogło się przydać. Na ściany trafiły obrazy wiedeńskiego artysty, na środek – stół do pracy. Otwarcie wyznaczono na 3 maja 1984 r. Profesor Zięba przyniósł samodzielnie zrobiony talizman (świnka z koniczynką) i limeryk: „Pewien podlotek z Warszawy/ życia nadmiernie ciekawy/ otworzył w Wiedniu księgarnię/ i któż go teraz przygarnie/ bez pieniędzy i bez sławy?".

Reinbacher była znana już wcześniej w środowiskach emigracyjnych z przemycania nielegalnych wydawnictw do Polski, rozprowadzała książki i czasopisma wydawców emigracyjnych, kolportowała na rzecz Instytutu Literackiego w Paryżu i dla „Kultury". Rozprowadzała prohibita wśród przybyszy z kraju.

Wiedeńska Xięgarnia specjalizuje się w poezji oraz beletrystyce autorów polskich i obcych; w literaturoznawstwie i historii literatury. Są też pozycje językoznawcze, słowniki, podręczniki, książki o historii Polski, wspomnienia, biografie; przekłady książek polskich autorów na niemiecki, a nawet książki o dawno już wyczerpanych nakładach! „Na życzenie postaramy się sprowadzić każdą książkę wydaną po polsku, oraz każdą wydaną przez oficyny niemieckie, austriackie i szwajcarskie" – kusi reklama. Pani Zofia zaopatrzy każdego klienta, dostarcza książki do Wiedeńskiej Biblioteki Miejskiej.

Profesor Zięba zmarł dwa lata po otwarciu w 1986 r., jego fotografia wisi na ścianie. W środku wciąż czuć ten sam klimat: książki od podłogi po sufit, rosnące stosy i stosiki. – Fakt, że księgarnia przetrwała 30 lat, można nazwać szczęściem, cudem, jak kto chce. Ludzie, mimo panującej na emigracji nieufności, zawierzyli Xięgarni. Od początku doświadczyłam ogromnej życzliwości – wspominała w wywiadzie Zofia Reinbacher.

Obok znajduje się sklep z baletowymi strojami i starociami, bo Burggasse to specyficzna ulica z różnymi sklepikami, barami dla studentów i artystów. Ktoś pozdrawia z ulicy, przez lata nawiązały się przyjaźnie i znajomości. – Chciałabym pracować jak najdłużej, póki będzie mi to sprawiało przyjemność. Jak moja mama, która zachowała pół etatu do 87. roku życia, bo uwielbiała swoją pracę! – mówi Zofia Reinbacher.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL