Urządzenie wyświetlało fotografie, nadając im efekt trójwymiarowości. Zobaczyć można tam było obrazki z egzotycznych krain – odległych Ameryk, Afryki czy Dalekiego Wschodu. Przy fotoplastykonowej soczewce skupiali się mieszkańcy miasta spragnieni barwnych scen – zdjęć wytuatuowanych Maorysów, Indian dumnie noszących skalpy u pasa, Eskimosów polujących na foki itd. Obrazów, które przenosiły ludzi z przełomu XIX i XX w. do innego świata. Pierwszy publiczny fotoplastykon w Warszawie został otwarty ok. 1899 roku i stał się jedną z ulubionych rozrywek warszawiaków.
Dlaczego wspominam o fotoplastykonie, skoro Wacław Holewiński skupia się na zupełnie innych rzeczach? W pierwszej książce pisał przecież o warszawskich burdelach, przez które w 1905 r. przetoczył się tzw. pogrom alfonsów. W drugiej – równie udanej – skupia się na rewolucjonistach rzucających bomby pod nogi rosyjskich oficjeli zarządzających w imieniu cara Krajem Nadwiślańskim. Otóż ten ceniony i nagradzany powieściopisarz, a w czasach PRL również „rewolucjonista" – solidarnościowy – wybrał sposób opowiadania, który przypomina ni mniej ni więcej tylko właśnie fotoplastykon.
Wszystko za sprawą narracji, która jest rozproszona na kilkanaście postaci. Śledzimy losy m.in. dziennikarza Olkuskiego, młodego chłopaka z dołów społecznych – Marcjusza Kudelki, ginekologa i specjalisty od chorób wenerycznych Jakóba Goldenberga, rosyjskiego generała Margrafskija, socjalisty, bojownika o wolność Józefa Mireckiego (ps. Montwiłł) i jego towarzyszki Wandy Krahelskiej (ps. Alina), szefa tajnej policji, słynnego króla warszawskich szpicli – Wiktora Grüna, generała-gubernatora Gieorgija Skałona, żydowskiego bojownika Barucha Szulmana, byłej prostytutki Yvette i jeszcze paru innych postaci. Wymieniam ich wszystkich, by uświadomić narracyjny wielogłos, który proponuje czytelnikom Holewiński. Każdy rozdział jest krótki, zaledwie cztery, pięć stron. Opowieść nie zazębia się idealnie, przypomina raczej kalejdoskop czy fotoplastykon właśnie. Albo jeszcze nowsze urządzenie – „Jak w kinematografie, jeden obraz przeleciał i zaraz był kolejny" – wzdycha w pewnym momencie rosyjski generał podczas podróży koleją.
Tak też i czyta się tę przemyślaną konstrukcyjnie i świetnie zdokumentowaną powieść, w której akcja rozgrywa się epizodami. W pierwszych rozdziałach wydaje się to pomysł dla czytelnika niewygodny, ale gdy się już przyzwyczaimy, czyta się to znakomicie.
Podobnie jak w pierwszej części z akcją w 1905 roku, tak i w kolejnej, rok późniejszej, dostajemy wielobarwną panoramę Warszawy z przełomu stuleci. Jedną nogą wciąż zanurzoną w XIX wieku – zniewoloną i zazdrośnie spoglądającą na rozwijające się miasta zachodniej Europy, ale drugą nogą już szykującą się do skoku w wiek XX, jeden z najlepszych dla siebie okresów, do czasu aż Niemcy ją zburzą w 1944 r.
To Warszawa strzelanin i wybuchów, w której żaden rosyjski tajniak, żołnierz czy urzędnik – a w powieści widać, że było ich wówczas mnóstwo – nie może czuć się bezpiecznie. I chociaż nad metropolią od mniej więcej 1900 r. górował już cień wznoszonego na Placu Saskim przez zaborcę Soboru św. Aleksandra Newskiego (na zdjęciu), to trudno stwierdzić, kto tu jest zaszczutą zwierzyną – polscy bojownicy o wolność, czy rzuceni na wschodnią flankę imperium Rosjanie.
To również miasto z epoki, którą rzadko mamy okazję spotkać w dziełach kultury. Jednym z nielicznych portretów tego czasu była fenomenalna „Gorączka" Agnieszki Holland nakręcona na podstawie powieści Andrzeja Struga „Dzieje jednego pocisku". Ale przecież to film już sprzed 40 lat, a książka ma ponad 100. Dlatego tym cenniejszy zdaje się być cykl Wacława Holewińskiego.
Wacław Holewiński „Pogrom 1906", Państwowy Instytut Wydawniczy
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95