fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Liceum św. Stanisław Kostki. Tu uczą się Polacy z zagranicy

Zakończenie roku w Niepublicznym Kolegium Świętego Stanisława Kostki (liceum i podstawówce) odbywa się na korytarzu. Małe dzieci z zerówki swobodnie biegają pośród dryblasów
Fotorzepa, Robert Gardziński
Czasem słyszą na ulicy, żeby wracali do siebie. A przecież oni właśnie wrócili do siebie! Obiecywano – zwłaszcza prawica to robiła – sprowadzenie Polaków do ojczyzny. A w Warszawie szkoła dla ledwie 200 młodych ludzi ze Wschodu nie ma stałego kąta i dostaje zbyt małe wsparcie od władz publicznych.

Ostatni dzień roku szkolnego w Niepublicznym Kolegium Świętego Stanisława Kostki (liceum i podstawówce). Najpierw msza święta w kościele na Chełmskiej, na warszawskim Mokotowie. Niby jest tak samo jak na podobnych mszach „szkolnych". Ale ksiądz proboszcz poza życzeniami miłych wakacji i napomnieniami związanymi z odczytaną przed chwilą Ewangelią („nie bądźcie pobożni na pokaz") prosi, aby w krajach, do których teraz pojadą, zaświadczali o polskości. Przypomina te kraje: Ukraina, Białoruś, Kazachstan. Uczniowie podrzucają z ławek następne: Gruzja, Armenia, Uzbekistan, Rosja, Mołdawia...

Zamiast kościelnej muzyki śpiewa zespół muzyczny ze szkoły. Pięknie. Po polsku, ale „Święty, Święty Pan Bóg zastępów" w starocerkiewno-słowiańskim. Na koniec dyrektorka Ewa Petrykiewicz dziękuje proboszczowi za sympatię i troskę.

Kolegium Świętego Stanisława Kostki to szkoła, której z ulicy nie widać. Od roku 2013 zajmuje część pomieszczeń w kompleksie budynków na Bobrowieckiej, przecznicy Chełmskiej. Wszystko należy tu do Prywatnej Wyższej Szkoły Nauk Społecznych, Komputerowych i Medycznych – to własność Tadeusza Koźluka, który w roku 1995 kandydował na prezydenta. Poza salami uczelni swoje pomieszczenia mają tu m.in. Akademickie Centrum Medyczne, Okręgowa Rada Adwokacka, ale także przychodnia dla małych dzieci, zakład opieki dla starszych ludzi, inne prywatne liceum. Są nawet pokoje hotelowe na użytek organizatorów konferencji.

Zakończenie roku odbywa się na dole, w łączniku korytarza. Słuchamy długiej litanii absolwentów z biało-czerwonymi paskami. Padają kolejne nazwiska: Maks Matwiejenko, Żenia Łysakowski, Jana Barbicka, Tania Leoncart, Justyna Haraszczuk, Włodek Bezrukow, Nikita Gordiński... Wszyscy, choć brzmią czasem egzotycznie, uważają się za Polaków, ale ich powrót do polskości bywał niełatwy. – Ona to przed rokiem kompletnie nie mówiła po polsku – mówi o jednej z uczennic nauczycielka. Ten komentarz będzie się powtarzał raz za razem. I to komentarz pełen dumy.

Potem rozdzielane są wyróżnienia za różne formy działalności. Jest tu chór, zespół muzyczny, klub jeździecki. Niektórzy uczniowie są wolontariuszami, wspierają dom dziecka dla niewidomych, rozdają posiłki bezdomnym. Szkoła ma wszystkie szczeble nauczania, więc odbywa się pożegnanie równocześnie klas ósmych i ostatniego rocznika gimnazjalnego. Absolwenci dziękują dyrektorce i nauczycielom – melodyjną, kresową polszczyzną, jakby z „Pana Tadeusza".

Moje oko dawnego nauczyciela wypatruje wszystkie typy uczniów – od szkolnych luzaków, którzy nie założyli odświętnych strojów, po najbardziej wystraszonych (częściej dziewczęta), jakby wprost ich przeniesiono z ich dawnych miejsc zamieszkania w nowy świat. Atmosfera jest jednak więcej niż przyjazna. Małe dzieci z zerówki swobodnie biegają pośród dryblasów. Dyrektorka motywuje, chwali. Zna każdego.

Na koniec program artystyczny. Ci z zerówki męczą się z wierszykami. Ale sławne kiedyś, choć trochę zapomniane „Już za parę dni, za dni parę" wychodzi im całkiem składnie. Tyle że to kompletny old school. – Oni takie lubią – słyszę. Zespół z liceum śpiewa dwie piosenki Marka Grechuty, jedną z Kabaretu Starszych Panów. Akompaniuje pan od muzyki Karol Szwech. Niektórymi piosenkami dyryguje opiekunka chóru Tatiana Zasławska, sama z Ukrainy. Noel, szkolny solista z Armenii, śpiewa sugestywnie „Annę Marię" Czerwonych Gitar. Jakbyśmy się przenieśli w czasie. Sala reaguje żywiołowo.

Nie miał wątpliwości

Tego ostatniego dnia wielu spośród dwusetki uczniów już nie ma. Kilka tygodni wcześniej egzaminem maturalnym skończyły zajęcia trzecie klasy liceum. Ale to niejedyny powód. Niektórzy młodzi ludzie wyjeżdżają wcześniej – bo od rodzinnych domów dzielą ich setki, tysiące kilometrów.

Jednym z nieobecnych tego ostatniego dnia jest Stefan z Uzbekistanu, z którym rozmawiałem cztery dni przed końcem roku. On skończył drugą klasą liceum. Musiał wyjechać wcześniej. – Samolot do Taszkientu lata tylko raz w tygodniu – objaśnia śpiewnym akcentem. Potem dowiaduję się, że leci tam prawie dwa dni – ma dziesięciogodzinną przesiadkę.

Stefan pochodzi z mieszanej rodziny polsko-ukraińskiej. – Ale zawsze wiedziałem, że jestem Polakiem – podkreśla, choć jego pierwszym językiem był rosyjski. Polskiego zaczął się uczyć na kursach w Taszkiencie. Organizacja tamtejszej Polonii zaprasza na nie młodych ludzi o polskich korzeniach, a niektórych udaje się wysłać do Polski. – Miałem niewiele czasu, żeby podjąć taką decyzję. I nie miałem wątpliwości.

Historia rodziny Stefana? Prababcia straciła rodziców w następstwie represji wobec Polaków w latach 30. zarządzonych przez Stalina. Wspominała, jak jako zesłana dziewczynka siedziała na dworcu w Taszkiencie i płakała. Z kolei pradziadek potajemnie korespondował przed wojną z bratem ze Lwowa. Zamknięto go za to, ale wypuszczono po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w roku 1941. Podobno dlatego, że jako dawny poddany austro-węgierski znał niemiecki.

Po ich polskości pozostały strzępki, chaotyczne fakty, pojedyncze pamiątki, słowa po polsku. Czego szukają nad Wisłą? Na pewno lepszego życia, drogi do europejskiej cywilizacji – zauważa dyrektorka Ewa Petrykiewicz. Ale też spełnienia obietnic złożonych rodzinie, pójścia za tradycją, której kurczowo trzymali się ich przodkowie, nawet nie mówiąc już w rodzinnym języku, zawierając małżeństwa z ludźmi innych nacji, religii i kultur.

Dyrektorka opowiada, jak to jeżdżąc po krajach, z których pozyskuje uczniów, spotkała w Mohylewie na Białorusi staruszkę, która pokazała jej swoją największą świętość: podniszczony modlitewnik. I poprosiła o przeczytanie fragmentu. – Chcę słyszeć, jak to poprawnie brzmi – powiedziała.

Stefan też pamięta, jak babcia powtarzała zawsze, że jej wnuk będzie Polakiem. Chłopak nie jest typowym uczniem mokotowskiego Kolegium. Chodził do dobrej niemieckiej szkoły, mama pracuje w UNICEF. – Mogłem pojechać do Niemiec i tam się uczyć. Ale obiecałem mamie. To, widać, moje przeznaczenie. No i chcę być Polakiem, bo to europejski naród najbardziej przywiązany do swojej narodowej tożsamości – mówi zaskakująco dojrzale.

Zamierza studiować prawo. Na Uniwersytecie Jagiellońskim, bo imponuje mu tak stara uczelnia. Kocha historię, właśnie wygrał historyczny konkurs, zna więc dzieje polskich miast. A chce być prawnikiem wyspecjalizowanym w prawie międzynarodowym, konkretnie w prawach człowieka. – To coś, czego brakuje Uzbekistanowi, dawnej sowieckiej republice – znowu przemawia przez niego dojrzałość. Najchętniej działałby w strukturach UNICEF.

Z innymi uczniami bywa różnie. Jest sporo osób przyzwyczajonych do niedostatku, zdarzają się tacy, którzy w zimie nie mają ciepłej kurtki i chodzą w adidasach. Częściej wybierają kierunki ścisłe lub politechniczne. No i są strasznie samodzielni – 120 spośród 200 mieszka w internacie, a jeśli chcą zostać w Polsce, muszą sobie szybko radzić bez niczyjej pomocy. Czasem to rodzice przyjeżdżają tu za nimi. Ale częściej zostają „u siebie", kibicując dzieciom z daleka i dostając od nich finansową pomoc, kiedy tylko te dzieci jako tako staną na nogi.

– Dziś przyszła do nas absolwentka, dopiero co zdała maturę, a już pracuje. Tylko tak może studiować – opowiada Agnieszka Wieszczycka-Bromska, dyrektor administracyjno-prawna Fundacji dla Polonii, prowadzącej szkołę.

Szkoła ciągłej szamotaniny

Liceum, założone przy domu dziecka w warszawskich Pyrach w roku 1992, kontynuowało jako szkoła niepubliczna tradycję przedwojennego liceum i gimnazjum im. Świętego Stanisława Kostki. Prowadziło je Stowarzyszenie Katolickich Wychowawców, patronowali i wspierali starzy absolwenci sprzed wojny, często ze sfer arystokratycznych lub ziemiańskich, przekazali nawet dawny sztandar. Potem liceum przeniosło się do Wilanowa. Przestało budzić zainteresowanie zamożnej młodzieży. Ale wtedy, w roku 2003, zapadła decyzja, aby otworzyć się na uczniów z krajów na wschód od Polski. Wyszukiwano ich rozmaicie – poprzez katolickie parafie, organizacje Polaków, konsulaty. Dziś wytworzył się cały system naboru.

Lista dobroczyńców szkoły jest długa. Kiedy wniosek do urzędu miasta w sprawie wyposażenia internatu, wtedy jeszcze w Wilanowie, ugrzązł w biurokratycznych zatorach, interweniowała Maria Kaczyńska, wówczas żona prezydenta Warszawy. Zobaczyła ich przedstawienie teatralne, zachwyciła się „Ślubami panieńskimi" Fredry recytowanymi polszczyzną z „Pana Tadeusza". Pomogła w odblokowaniu decyzji. Ale obecna na tym przedstawieniu była także wiceprezes Prokomu, jednej z firm, które szkołę wspierały.

Pomagał też wilanowski proboszcz ks. Bogusław Bijak. Ze szkołą związany jest też inny ksiądz – jej kapelan Józef Roman Maj. W Senacie interweniował na jej rzecz znany promotor opieki nad wschodnią Polonią Maciej Płażyński. Finansowo wspiera ją też głośny niegdyś polityk opcji liberalnej, ale nie chce się ujawniać.

Chcieliby znaleźć się na własnym. Żeby mogły znaleźć miejsce i szkolne klasy, i – na dwóch piętrach – internat, muszą się dziś godzić na kompletne rozparcelowanie przestrzeni. Do stołówki przechodzą przez obcą przychodnię, z sali gimnastycznej trzeba przebiec podwórkiem, co w zimie przyjemne nie jest. Żeby się pomieścić w internacie, śpią w niewielkich pokoikach po cztery osoby, więc na piętrowych łóżkach. Mając większą przestrzeń, można by przyjmować więcej uczniów. Rzecz w tym, że starania o różne budynki nie znajdują odzewu w urzędzie miasta. A to niejedyny problem tej szkoły.

Pieniędzy nigdy im nie wystarczało. Klasycznego czesnego tu nie ma. Uczniowie dopłacają do internatu, tyle, ile mogą. Szkoła dostaje dotację z resortu edukacji na płace nauczycieli i czynsz, a na pomoce naukowe musi już zbierać. I otrzymuje wsparcie na przemian od Senatu i MSZ – na wyżywienie. Kiedy dostali się pod „opiekę" resortu spraw zagranicznych, pomoc z 600 tys. zł spadła nagle do 100 tys. (za czasów ministra Radosława Sikorskiego). W roku 2012 mieli szczególnie mocną zapaść finansową, myśleli, że nie wyjdą z długów. Przetrwali dzięki pomocy prywatnych osób i firm. Dziś dostają od Senatu więcej. W roku 2019 to 450 tys. zł. Ale to wciąż za mało. – Każda dodatkowa dotacja od różnych władz jest z reguły ścinana o połowę – zauważa smętnie dyrektor Petrykiewicz.

Trzeba przyznać, że pani dyrektor nigdy się nie poddała. Założyła Fundację dla Polonii, żeby sprawniej pozyskiwać środki – to ona jest w tej chwili organem prowadzącym szkołę, a Ewa Petrykiewicz jej prezesuje. Znalazła obecną siedzibę, wygodniejszą od poprzedniej. Od kilku lat poza klasami licealnymi (i do tego roku gimnazjalnymi) w szkole działa także podstawówka, dużo mniejsza, przyjmująca często młodsze rodzeństwo uczniów i dzieci pracowników pochodzących spoza Polski.

Kierowanie szkołą wymaga ekwilibrystyki finansowej i dobrego PR-u. I do pewnego stopnia się to udaje. Także ja znalazłem ich dzięki sprawnie robionej internetowej stronie, na której propaguje się tzw. mecenat, a więc wspieranie poszczególnych uczniów przez ludzi o wielkim sercu. Za swój szczególny sukces dyrektorka uważa urządzenie stałej kuchni, która zastąpiła zewnętrzny katering. Pracują w niej panie z Białorusi i Uzbekistanu. Wszystko jest tu czyste, porządne i dobrze zorganizowane pomimo ciasnoty.

Ale trzeba było wcześniej sprostać kolejnym kataklizmom. Tuż przed początkiem roku szkolnego 2017/2018 zostali zalani w następstwie awarii, nie z własnej winy. Długie miesiące przeżywali zajęcia w zastępczych pomieszczeniach, remont, zbiórkę pieniędzy na wszystko. W miejsce zalanych podręczników dostali nowe – od firmy Orange. Inna firma, Kantar Millward Brown, przekazała komputery, bo sala informatyczna została zniszczona.

Kawałek dawnej Polski

Mają dobre relacje z obecną władzą, to tu w roku szkolnym 2016/2017 prowadziła zajęcia z niemieckiego Agata Kornhauser-Duda. Odeszła, kiedy „Gazeta Wyborcza" zaczęła jej wypominać koszty ochrony. I ona, i jej mąż, prezydent, pojawiali się na szkolnych uroczystościach. Przełomu to finansom szkoły jednak nie przyniosło.

Przed rokiem napisałem, że zamiast kosztownych imprez najlepszą formą upamiętnienia 100-lecia Niepodległości byłoby zafundowanie Stanisławowi Kostce właśnie jakiegoś przełomu. Warto o to spytać prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, ale przede wszystkim polityków PiS. Huczne zapowiedzi sprowadzenia Polaków ze Wschodu zderzają się z szarą rzeczywistością.

Odwiedzenie tej szkoły to jak zawitanie do trochę innej Polski, której w wielu miejscach już nie ma. Każdego dnia apel zaczyna się modlitwą. I to nie jest tylko kwestia polityki dyrekcji. Kiedy jem z nimi w stołówce obiad, przy sąsiednim stoliku jakaś dziewczyna żegna się przed jedzeniem. Poza wszystkim ci młodzi ludzie są uprzejmi, dobrze ułożeni. Nieustanne: „dzień dobry", „smacznego" – w innych szkołach nauczyciele raczej tego nie zaznają.

Zwłaszcza w internacie panuje rygor. Żadnego alkoholu, ba, żadnych papierosów, nawet dla pełnoletnich. Wszyscy noszą mundurki – na co dzień są to T-shirty z emblematami szkoły. Od święta – marynarki, krawaty. To trochę szkoła z marzeń konserwatystów. Na stronie internetowej można znaleźć imprezy – religijne i patriotyczne. Na zdjęciu chłopcy grający „wyklętych" podczas jakiejś wieczornicy. Na innych dziewczęta i chłopcy występują w ludowych strojach.

Ale jest i druga strona tego wychowania. Mają 11 listopada Dzień Polski, kiedy opowiadają występami o polskości. Ale jest i Dzień Narodów, kiedy grupy z poszczególnych krajów demonstrują folklor, obyczaje, kulturę swojej drugiej (pierwszej?) ojczyzny. W korytarzu, gdzie odbywają się apele, wiszą flagi tych krajów.

Ta szkoła to jedna wielka lekcja tolerancji. Nie może być inaczej, skoro na początku nowi uczniowie rozmawiają ze sobą w niezwykłym języku, mieszaninie słów rosyjskich, ukraińskich i tylko czasem polskich. Tolerancja dotyczy także sfery religijnej. Poza katolikami są tu prawosławni, ba, zdarzają się protestanci. Do katolickich modlitw mają się odnosić z szacunkiem, ale nikt im niczego nie narzuca.

Podczas zwiedzania internatu panie dyrektor przedstawiają mi Krystiana z drugiej klasy liceum. W żyłach chłopaka z niezwykłą kolorową fryzurą płynie krew pięciu narodowości: polskiej, rosyjskiej, niemieckiej, uzbeckiej i kazachskiej. I dobrze się tu czuje. Chce być ratownikiem medycznym.

Trudno tu o polski nacjonalizm także i z powodu nie zawsze miłych doświadczeń ze światem zewnętrznym. Dyrektor administracyjna opowiada, jak kiedyś całą grupę młodzieży przywiozła policja. Nic nie robili, po prostu funkcjonariusze uznali grupę „wałęsających się" cudzoziemców ze Wschodu za zagrożenie. – Czasem słyszą na ulicy, żeby wracali do siebie. A przecież oni właśnie wrócili do siebie! – opowiada Agnieszka Wieszczyńska-Bromska.

Kto zdał egzamin

Dyrektorki sypią opowieściami o absolwentach. Choćby o pierwszej uczennicy z Kazachstanu. Była z mieszanej rodziny – synowie mieli stać się po ojcu Azerami, córki po matce Polkami. Najstarszy brat nie wierzył, że ktoś może zrobić coś tak bezinteresownego dla siostry. Aż przyjechał i zobaczył jej świadectwo. Dziś ta pani jest w Polsce bizneswoman, wyszła za Polaka, też z Kazachstanu, mają trójkę dzieci. A dwaj chłopcy z Ukrainy są już marynarzami. Chłopak z Gruzji został księdzem... Kolejne postaci, twarze, historie.

Uczniowie, którzy przychodzą do Kostki dzisiaj, są odrobinę lepiej sytuowani niż ich poprzednicy z pierwszych naborów, sprzed kilkunastu lat. Często mają bardzo dobre świadectwa ze swoich poprzednich szkół.

Ale i tak pokonują większe trudności niż ich rówieśnicy stąd. Gdy przez pierwsze miesiące muszą się jednocześnie uczyć przedmiotów i języka, w którym te przedmioty są wykładane, może lepiej rozumieją wagę tego, co osiągają. Stefan, którego trudno wygonić z biblioteki, po prostu czyta – nie posty na smartfonie, ale książki. Operuje swobodnie skojarzeniami literackimi, choć czasem robi jeszcze językowe błędy – jak cudzoziemiec. Chętnie używa słówka „okrutny". – W mojej rodzinie panowała kiedyś okrutna bieda, mama postanowiła nam to wynagrodzić – to jego słowa.

Stefan postanowił, że będzie Polakiem. Wie już, ile kosztuje wynajem pokoju w Krakowie, gdzie zamierza studiować. Na razie wiezie rodzinie klatkę dla rasowego psa, którego hodują jego bliscy. Klatka jest potrzebna na zawody. – W Uzbekistanie takich konkursów raczej nie ma, ale można go wystawiać za granicą – mówi z dumą. Świat staje się dla niego mniejszy, bardziej obłaskawiony.

Jakimi nagrodami warto obsypać tych, którzy pomagają Stefanowi, jego koleżankom i kolegom być Polakami? To przecież nie ma ceny. Ludzie zdali egzamin. Kiedy zda go polskie państwo?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA