fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Muzealnicy z Hezbollahu

To nie jest prawdziwe pobojowisko, lecz instalacja artystyczna, do której stworzenia wykorzystano jednak prawdziwy izraelski sprzęt wojskowy
Hubert Kozieł
W libańskiej miejscowości Mleeta zbudowano imponujące muzeum upamiętniające zwycięstwa Hezbollahu nad Izraelem. Zwiedzając je, można odnieść wrażenie, że to izraelscy politycy i generałowie sami wskutek własnych błędów stworzyli sobie przebiegłego, a przede wszystkim zaciekłego wroga.

Hezbollah, czyli szyicka Partia Boga, ma opinię jednej z najpotężniejszych organizacji terrorystycznych na świecie. Tak przynajmniej klasyfikują ją rządy Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanady, Izraela oraz kilku innych państw. Sami członkowie Hezbollahu oczywiście nigdy nie określają się mianem terrorystów, ale od chwili powstania w 1982 r. organizacja ma na koncie wiele aktów terroru: wysadzenie koszar amerykańskich i francuskich sił pokojowych w Bejrucie, zamachy na ambasadę USA w libańskiej stolicy, porwania zakładników z krajów zachodnich i wiele innych. Co więcej, Izrael ponosił w konfliktach z nią kompromitujące porażki. Hezbollah mocno przyczynił się też do pokonania dżihadystycznych rebeliantów w Syrii. Obecnie dysponuje większą siłą bojową niż niejedna europejska armia. W Libanie wchodzi w skład rządu będącego szeroką koalicją wszystkich sił politycznych, które ostro walczyły ze sobą w ostatnich dekadach, i jednocześnie prowadzi na ogromną skalę pracę u podstaw wśród ludności szyickiej. Organizuje szpitale i szkoły oraz udziela pomocy społecznej.

Każdy z tych aspektów działalności Partii Boga był już na wszelkie sposoby analizowany przez ekspertów. Niewielu ludzi zdaje sobie jednak sprawę, że Hezbollah realizuje się również na polu muzealnictwa. Partia Boga prowadzi bowiem w miejscowości Mleeta w południowym Libanie wielkie i nowoczesne muzeum poświęcone swojej działalności bojowej. Otwarta w 2010 r. placówka jest reklamowana jako miejsce, w którym „ziemia przemawia do Nieba". Miałem okazję ją odwiedzić podczas swojej niedawnej wyprawy do Libanu.

Wojna domowa w Szwajcarii

Wynajęty przeze mnie kierowca zdawał się lekko zszokowany, słysząc, że chcę jechać do Mleety. Był chrześcijaninem, a zarazem weteranem wojny domowej z lat 1975–1990. Nie przepadał więc za Partią Boga, widząc w niej przede wszystkim syryjsko-irańską agenturę i jedną z przeszkód na drodze do stabilizacji w Libanie. – Czujesz ten smród? To oznaka, że jesteśmy już na terenach szyickich – rzucił, gdy wjechaliśmy na zamieszkane przez szyitów południowe przedmieścia Bejrutu, wyraźnie biedniejsze od dzielnic chrześcijańskich czy sunnickich.

Liban to kraj mały, ale niezwykle zróżnicowany kulturowo i religijnie. Zamieszkuje go obecnie około 6 mln osób, z czego aż 2 mln stanowią uchodźcy z Syrii. O sporej mniejszości Palestyńczyków mówi się, że „nikt nie wie, ilu ich naprawdę jest". W 2014 r. szacowano, że nieco ponad 40 proc. mieszkańców kraju stanowią chrześcijanie (z czego jedna piąta to maronici, czyli katolicy miejscowego obrządku), 27 proc. sunnici, 27 proc. szyici oraz 5 proc. stanowią druzowie (grupa etniczno-wyznaniowa, która w swej tradycji czerpie z islamu, chrześcijaństwa i gnostycyzmu). W 1943 r., czyli u zarania niepodległości Libanu, elity polityczne reprezentujące różne religie, wyznania i narodowości zawarły tzw. pakt narodowy. Przewidywał, że prezydent zawsze będzie maronitą, premier sunnitą, przewodniczący parlamentu szyitą, a szef sztabu generalnego druzem. Pakt przez pewien czas zapewniał równowagę pomiędzy różnymi grupami religijnymi, a Liban powoli zaczął stawać się oazą wolności gospodarczej, politycznej i kulturalnej w świecie arabskim. Do tego stopnia, że zyskał miano Szwajcarii Bliskiego Wschodu.

Do erozji tego dobrze funkcjonującego systemu przyczyniła się obecność w Libanie ogromnej rzeszy palestyńskich uchodźców. Palestyński przywódca Jasir Arafat nie ukrywał, że chce zbudować w Libanie własne państwo, swoją działalnością prowokował ataki Izraela. Sprzeciwiali mu się maronici, przeciwko którym z kolei stanęli druzowie i sunnici mający pretensje, że chrześcijanie odgrywają zbyt silną rolę w polityce i gospodarce. Swoje robiły też intrygi Syrii oraz innych zewnętrznych graczy. Te napięcia doprowadziły w 1975 roku do wojny domowej.

Izrael nie dał im rady

W konflikt wmieszał się Izrael i w 1978 r. zajął część południowego Libanu do rzeki Litani, spychając siły palestyńskie znad swojej północnej granicy. Sprzymierzyła się z nim miejscowa, wroga Palestyńczykom, milicja złożona z chrześcijan, sunnitów, a nawet i szyitów. Izrael ją dozbroił i zorganizował w Armię Południowego Libanu. W 1982 r. wojska izraelskie sprzymierzone z siłami maronickimi na pełną skalę dokonały inwazji na Liban. Zadały klęskę wojskom syryjskim i wypchnęły z kraju palestyńskich terrorystów. Po tym zwycięstwie nadeszła jednak strategiczna klęska. Baszir Dżemajel, maronicki prezydent Libanu, a przy tym chyba jedyna osoba będąca w stanie doprowadzić do pokoju, zginął we wrześniu 1982 r. w zamachu zorganizowanym najprawdopodobniej przez syryjskie tajne służby.

1982 rok to również data powstania Hezbollahu. Grupa ta rozpoczęła swą działalność od zajęcia koszar armii libańskiej w mieście Baalbek (słynącym z imponujących starożytnych ruin). Pierwsze działania były symboliczne – zerwano z masztu i spalono libańską flagę. Organizacja nie ukrywała wówczas swojej wrogości do niepodległego państwa libańskiego oraz chęci przeprowadzenia w kraju rewolucji islamskiej w stylu irańskim.

Tymczasem armia izraelska utknęła w skomplikowanym konflikcie. Radykalni szyici, druzowie i sunnici prowadzili przeciwko niej wojnę partyzancką. Rosnące straty i brak pomysłu na wyjście z twarzą z wojny skłoniły izraelskie siły zbrojne do stopniowego odwrotu na południe Libanu. W 1985 r. Izraelczycy wycofali się do tzw. strefy bezpieczeństwa, czyli do pasa terytorium liczącego 3–15 km, który miał osłaniać ich granicę. Przez następne 15 lat byli na tym terenie nieustannie atakowani przez Hezbollah. W 1996 r. przypuścili kontratak na dużą skalę, prowadząc mało przemyślane bombardowania Libanu. Hezbollahowi nie wyrządzili tym jednak większych szkód. W końcu wycofali się stamtąd w maju 2000 r. okryci niesławą. Hezbollah triumfował, spora część ludności szyickiej witała go entuzjastycznie. Nie zaprzestał też walki przeciwko Żydom. Izraelska armia stoczyła z nim jeszcze jedną większą wojnę, dla siebie nieudaną, w 2006 r.

Rewanż może nastąpić w każdej chwili, ale izraelskie władze na pewno są świadome, że nie poszłoby im łatwo z potworem, który wyrósł na północnej granicy wskutek ich wieloletnich błędów i zaniedbań.

Terrorystyczne „supergwiazdy"

W libańskiej polityce czuć wciąż wyraźnie feudalny posmak. Na przykład ród Dżunblattów przewodzi druzom już od XVII w. Najpewniejszą oznaką tego, że znaleźliśmy się na terenach druzyjskich, jest to, że widzimy portrety Kamala Dżunblatta, feudała-komunisty, który przewodził rodowi i druzyjskiej partii, do czasu aż w 1977 r. zabili go Syryjczycy. To, że jesteśmy na terenach sunnickich, możemy poznać po tym, że przy drodze wiszą billboardy z premierem Saadem Harririm, jego ojcem Rafikiem (zabitym w zamachu w 2004 r.) lub obydwoma. Oznaką wjazdu na tereny chrześcijańskie jest zaś zwykle to, że widzimy kapliczki z Matką Boską i wizerunki św. Charbela. Czasem można też zauważyć portrety prezydenta gen. Michela Aouna lub Samira Dżadży, przywódcy partii Siły Libańskie i jednocześnie znanego dowódcy z czasów wojny domowej. Na terenach szyickich od razu natomiast widać albo portrety sekretarza generalnego Hezbollahu Hassana Nasrallaha, albo przewodniczącego parlamentu Nabiha Berriego reprezentującego sojuszniczą partię Amal. Na wiejskich terenach południowego Libanu billboardy z Nasrallahem są wszechobecne. Co prawda przewodniczący Partii Boga od lat nie pokazuje się publicznie (ukrywa się gdzieś w bunkrze), ale cały czas uśmiecha się do nas z przydrożnych wizerunków. Czasem towarzyszą mu tam „męczennicy" – zabici dowódcy i działacze Hezbollahu.

– Czy ten mężczyzna w czapce to Imad Mugniyeh? – pytam się kierowcy, wskazując na jeden z billboardów.

– Ten gruby? Tak, to Mugniyeh. Tylko uważaj z robieniem zdjęć, bo ktoś może obserwować.

Mówimy o terrorystycznej „supergwieździe" z lat 80. i 90., sprawcy m.in. zamachu na koszary marines w Bejrucie w 1982 r., którego zabił izraelski wywiad w Damaszku w 2008 r.

Jedziemy przez szyickie wioski w górach. Droga jest kręta, ale stosunkowo nowa i w dobrym stanie. Muzeum w Mleecie znajduje się na szczycie góry. Z zewnątrz widać, że zajmuje ono duży teren i wciąż jest rozbudowywane. Nie za bardzo wiadomo, skąd Hezbollah bierze pieniądze na ten projekt, ale nie jest tajemnicą, że Partia Boga od lat dostaje fundusze z Iranu.

Mój kierowca zostaje na wielkim parkingu, bo nie ma ochoty bliżej zaznajamiać się z ludźmi Nasrallaha. Przy bramie stoją uzbrojeni strażnicy, ale oczywiście nie robią żadnych problemów. Za bramą zostaję powitany przez młodego wolontariusza, który wręcza mi ulotkę i udziela podstawowych informacji dotyczących tego miejsca. Pyta, skąd jestem. Pozytywnie reaguje na słowo „Polska", choć pewnie nie orientuje się w zawiłych relacjach naszej ojczyzny z Izraelem.

Dobrze zmontowana propaganda

Widzę przed sobą nowoczesny kompleks muzealny, który mógłbym porównać do Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie. Z tą różnicą, że stanowi kilka sporych budynków, w pobliżu których wygospodarowano miejsce na pomniki, instalacje artystyczne, wystawę sprzętu wojskowego i centralny placyk z fontanną. Zwiedzanie zaczyna się od obejrzenia filmu wprowadzającego. Propaganda, ale bardzo dobrze zrobiona. Archiwalne zdjęcia filmowe z wojen prowadzonych od 1948 roku są umiejętnie zmontowane i robią wrażenie. Film ma za zadanie pokazać, że Hezbollah to siła, która jako pierwsza zadała strategiczną klęskę Izraelowi, i że jest gotowa to zrobić po raz kolejny. Widzimy na ekranie przewodniczącego Nasrallaha grożącego, że „jeśli Izrael zbombarduje lotnisko imienia męczennika Rafika Harririego w Bejrucie, to my zbombardujemy lotnisko imienia Ben Guriona w Tel Awiwie". Interesujące jest to, że nazywa premiera Harririego „męczennikiem". Zwłaszcza że Hezbollah jest obwiniany o to, że na zlecenie syryjskich tajnych służb wysadził tego libańskiego polityka w powietrze wraz z całym jego konwojem i częścią ulicy, po której jechał.

Po obejrzeniu „edukacyjnego" filmu zwiedzających kieruje się do ekspozycji skoncentrowanej na izraelskich porażkach militarnych, oczywiście w walce z Hezbollahem. Można tam obejrzeć broń i sprzęt zdobyte na pechowych żołnierzach Izraela, przeczytać opisy zwycięskich potyczek i cytaty z izraelskich polityków oraz generałów, w których przyznają, że sromotnie przegrali, a ich libańska strategia była głupia. „Po raz pierwszy w naszej historii przygotowujemy się do wycofania izraelskiej armii w sposób, który wrogowie, jak i sojusznicy interpretują jako bezwarunkowy" – to cytat z gen. Ariela Szarona z 1985 r. „Było dla mnie jasne, że Hezbollah jest fenomenem, który nie może zostać wyeliminowany za pomocą operacji wojskowej. Było dla mnie również jasne, że nie ma rozstrzygającego militarnego rozwiązania dla problemu arsenału rakietowego Hezbollahu. Wspierałem więc działania polityczne, których skutkiem byłoby rozbrojenie Hezbollahu, a które byłoby produktem wewnątrzlibańskiego procesu politycznego" – mówił z kolei w 2006 r. gen. Mosze Ya'alon, były izraelski szef sztabu generalnego. Kiedy wczytuję się w te cytaty, słyszę, jak niedaleko mnie wolontariusz, który wcześniej witał mnie przy bramie, oprowadza parę zachodnich turystów po ekspozycji. – Wyobraźcie sobie na przykład, że Hitler podbija Francję i dokonuje rzezi Francuzów, a Francuzi, którzy ją przeżyli, uciekają na Bliski Wschód lub do Afryki i mordują tubylców, by zdobyć tam ziemię pod budowę Nowej Francji. Czy coś takiego byłoby właściwe? To właśnie zrobili Żydzi po Holokauście! – pełen pasji, stara się przekazać im swoją narrację, a oni mu potakują.

Na zewnątrz zwraca uwagę ogromna instalacja artystyczna, do stworzenia której wykorzystano zniszczony izraelski sprzęt wojskowy. Jest tam czołg z fantazyjnie zakręconą lufą oraz drugi – złapany w stalową pajęczynę. Są też wybebeszone transportery, przewrócone działa i szczątki śmigłowców. Być może w Europie ten pomnik zbierałby pozytywne recenzje krytyków sztuki, którzy uznaliby go za wielki symbol bezsensu wojny. Tutaj jest raczej wyrazem triumfu nad „znienawidzonymi syjonistami". Właśnie widzę, jak arabska rodzina usadowiła się na wystającej z betonu wieżyczce izraelskiego czołgu. – Mister! Mister! – radośnie zapraszają mnie do wspólnego zdjęcia.

Nie tylko wojną żyje człowiek

Po obejrzeniu tego pomnika można przespacerować się „ścieżką historyczną" przez lasek na zboczu góry. Co jakiś czas między drzewami pojawiają się zrekonstruowane elementy wojskowych fortyfikacji: transzeje, bunkry, stanowiska rakietowe. Odtworzono również wnętrze wielkiego bunkra z lat 80. Z punktu obserwacyjnego doskonale widać tereny południowego Libanu, a w oddali można zobaczyć Morze Śródziemne. Zastanawiam się, czy widać stąd izraelską Galileę. Miejsce, gdzie się znalazłem, to strategiczna lokalizacja, która w trakcie wojny z Izraelem stanowiła kluczowy punkt oporu Hezbollahu. Izraelczykom nie udało się zdobyć tej góry. Kiedy przewodniczący Nasrallah wspinał się po szczeblach kariery w organizacji, to często odwiedzał tutaj „męczenników" i udzielał im „wsparcia duchowego".

Wracając do głównego kompleksu muzealnego, mijamy wystawę broni. Są tam sowieckie wyrzutnie rakietowe Grad („wnuki" katiusz), są nowsze irańskie rakiety, ale można też zobaczyć całkiem współczesne drony. To niewątpliwie gratka dla każdego miłośnika militariów. Fotografując to wszystko, czuję się trochę jak szpieg, ale przecież nie ma tutaj nic tajnego. Ten sprzęt został wystawiony po to, by wszyscy go widzieli i mieli świadomość siły Hezbollahu. Kawałek dalej na schodach prowadzących do Pomnika Męczenników, zbiorową fotografię robi sobie wycieczka libańskich bikerów. Grupa motocyklistów jest ubrana w kurtki z emblematami w stylu „Sons of Anarchy". Są razem ze swoimi dziewczynami, bynajmniej nienoszącymi hidżabów. Muzeum zdaje się być dla nich podobną atrakcją militarno-turystyczną co dla mnie. A może jednak w jakimś stopniu czują oni dumę z tego, że Hezbollah pokonał w tej okolicy Izrael? Narracja w tym muzeum jest bowiem skonstruowana tak umiejętnie, że po wizycie w nim każdy może nieco zmienić postrzeganie Partii Boga. Niekoniecznie zacznie ją lubić, ale przynajmniej będzie czuł przed nią respekt.

Gdy później rozmawiam z brytyjską archeolog o sytuacji w Libanie, ta wspomina: – Dziesięć lat temu, gdy jeździło się do Baalbek, czuć było tam bardzo bojową atmosferę. Słyszało się okrzyki: „Śmierć Izraelowi! Śmierć Ameryce!". Teraz słyszy się tam zazwyczaj: „Zapraszam na herbatę do mojego sklepu!".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA