fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Romaszewska-Guzy: Nie przepadam za słowem „feministka”

Reporter
Widzę po moich współpracownicach, że dziewczyny chcą pracować. Czasem muszą, bo bez ich pracy budżet domowy może się zawalić. Ale poza taką koniecznością po prostu chcą wychodzić do ludzi, chcą kimś być, coś osiągnąć, tworzyć – to są ich motywacje – mówi Zuzannie Dąbrowskiej dziennikarka, szefowa Biełsat TV Agnieszka Romaszewska-Guzy.

Plus Minus: Wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego i robione na ich podstawie statystyki wyborcze wskazują, że młodzi mężczyźni głosowali najchętniej na Konfederację, a młode kobiety wolały Wiosnę. Wydaje mi się, że w naszym pokoleniu nie było aż takich różnic zależnych od płci. Różniliśmy się po prostu poglądami politycznymi.

Jeśli chodzi o Konfederację, to jest to moim zdaniem bardzo męski typ widzenia świata. Trudno, by do niego pasowały dziewczyny. Musiałyby być bardzo szczególne. Ta formacja to kult krzepy, macho. Kobiety wolą łagodzenie sporu politycznego – to bardziej kobiecy sposób patrzenia na rzeczywistość. Co wcale nie oznacza, że nie biorą udziału w ostrych walkach, ale niechętnie wchodzą w retorykę ostrej konfrontacji.

Kiedyś, jeszcze 20 lat temu, mężczyźni w polityce mówili: weźmy na listy trochę kobiet, będzie łagodniej, utemperują nas – panie łagodzą obyczaje. Teraz, po latach dopominania się o udział kobiet w polityce, już się tak nie mówi. Czy to prawica, czy lewica, widać, że obecność kobiet jest po prostu wartością. Popatrzmy chociaż na liczbę parlamentarzystek i europosłanek PiS.

Trzeba wziąć pod uwagę to, że prezes tej partii ma taką „polityczną skłonność" do kobiet...

Nie tylko on. Politycy PiS-owscy się chyba nauczyli.

Może rzeczywiście się to zmieniło, wcześniej była kultura męskiej szatni.

A dlaczego się to zmieniło? Popatrzmy wstecz. Twoi rodzice byli zaangażowani politycznie od młodości. Oboje, a groziło za to zaangażowanie naprawdę sporo. Ale w całej opozycji kobiet było mniej. Małżeństwa zaangażowane były rzadkością.

Rzeczywiście było ich mniej. Nawet teraz więcej mężczyzn angażuje się politycznie. Zastanawialiśmy się w telewizji Biełsat, co zrobić, by zwrócić się do kobiet, by stały się naszymi widzami. Moim zdaniem mniejsze zaangażowanie to przejaw staroświeckiego spojrzenia na rolę kobiet. Sama nie wiem, skąd to się bierze. Ale utarło się, że to mężczyzna idzie na wojnę, naraża się. A kobieta musi zadbać o życie. Na Białorusi widać to doskonale, kobiet prawie nie ma w polityce. Są podporządkowane swojej tradycyjnej roli. W życiu codziennym to siłaczki, herod-baby, niosące na głowie obowiązki, cały dom.

Tak jak w PRL-u.

Trochę tak. Ale chyba w jeszcze większym stopniu. W Rosji zresztą też tak jest, a tam wszyscy piją, to dodatkowy element życia kobiet, które muszą sobie z tym radzić.

Czy demokracja zmieniła Polki?

Chyba tak. Młode dziewczyny mają poczucie większego uczestnictwa w rzeczywistości. Gdy wyrównuje się zaangażowanie w obowiązki rodzinne, to zwalnia się trochę czasu na aktywność. Doba ma przecież tylko 24 godziny. To też choroba współczesności, chcemy zrobić wszystko, a nie da się mieć wszystkiego na własnych barkach. Ale widzę po moich współpracownicach, że dziewczyny chcą pracować. To oczywiście zależy od grupy społecznej. Czasem muszą, bo bez ich pracy budżet domowy może się zawalić. Ale poza taką koniecznością po prostu chcą wychodzić do ludzi, chcą kimś być, coś osiągnąć, tworzyć – to są ich motywacje.

Z drugiej strony, jak wprowadzono 500+, to pojawiały się głosy ze strony polityków, np. Nowoczesnej: teraz kobiety nie będą pracować, bo nie będą musiały.

To kompletna nieprawda. 500+ nie jest dla kobiet, tylko dla rodziny. Wspomaga budżet domowy. Jak masz 500 zł czy 1000 zł, to jest to dla wielu rodzin bardzo istotny zastrzyk gotówki. Czy kobieta z tego powodu nie będzie pracować? Nie wierzę w to.

Może jak nie będzie musiała, to nie będzie pracowała?

Ale to nie jest tak! Pewnie niektóre tak mogą pomyśleć, ale to zrozumiałe. Jak się ma sześcioro dzieci, to ma się małe przedszkole w domu i pracę na trzy etaty. I nie trzeba szukać dodatkowych atrakcji. Jest jeszcze jedna rzecz: żyjemy teraz dłużej i jesteśmy w znacznie lepszej formie. Wystarczy pojechać za wschodnią granicę. Widzę, jak tam ludzie są zniszczeni. Jak życie ich niszczy. Zmęczenie, niski poziom życia – to odbija się na kondycji. A u nas jest już inaczej: kobiety odchowują dzieci i co mają robić potem? Mogą zabrać się za wychowanie wnuków, ale to przecież też nie następuje jedno po drugim: hodujesz dzieci, a później zaraz wnuki. Nie znam ani jednej kobiety, która przejawiałaby wyłącznie takie ambicje, nawet z wielką miłością do wnuków. Oczywiście łączy się to z kwestią finansów. Emerytury kobiet są niższe i nie mają one ochoty na nie przechodzić. Poza tym są wciąż sprawne. Koncepcja, że nie chcą uczestniczyć w rynku pracy, mnie nie przekonuje. Co mają robić, pranie?! Pralki już są, nawet obowiązki domowe nie wypełnią całego czasu wolnego. W ogromnej większości kobiety chcą mieć kawałek swojego życia. I starsze kobiety też się zmieniły. Moje rówieśniczki nie chcą być babciami na pełen etat. Chętnie pomogą, to polski rodzinny obyczaj. Ale żeby całkiem zrezygnować z życia, żeby usługiwać? Niechętnie.

To wszystko musi chyba zmieniać model rodziny. Widzę to przez pryzmat mojego lewicowego światopoglądu: to proces, który można nazwać postępem. Pamiętam swoje zaangażowanie na początku lat 90. Pierwsze pikiety, gdy kobiety domagały się czegoś przed Sejmem. Powstawały pierwsze organizacje kobiece czy feministyczne. To pozytywna tendencja, która w końcu przynosi owoce i zmiany. Ale gdy słucham dyskusji między prawicą a lewicą, czy między prawicą a liberałami, to mam wrażenie, że dla prawicy jawi się to jako nieszczęście. „To niedobrze, że kobiety się emancypują, chcą wychodzić z domu" – słyszę ze strony Kościoła czy polityków.

Zupełnie tak tego nie widzę, to bardzo skrajne patrzenie. Bo nasza rzeczywistość jest zdominowana przez skrajności. Widzi się tylko tych, którzy prezentują radykalne opinie: „To niedobrze, że kobieta wychodzi z domu, bo ma tylko hodować dzieci". Gdyby Pan Bóg miał taki pomysł, dałby kobietom mniej mózgu. Nie uważam, że prawica jako taka ma właśnie takie zdanie. A nawet jeśli jej część ma, to w praktyce wychodzi to inaczej, co widać po wspomnianej liczbie europosłanek. Bycie żoną i matką nie oznacza bycia służącą. To różne kategorie. Aktywnych kobiet jest sporo, na prawicy też. Ale jeśli chodzi o to, że kobieta ma być kobietą – z tym się zgadzam.

A co to znaczy?

Kobiety i mężczyźni się różnią. Mają inny rodzaj relacji ze światem, postrzegania, reagowania na pewne rzeczy. Nie wynika to wcale z wychowania, ale z natury.

A gdzie tutaj jest miejsce na słynny gender, płeć kulturową? Podam ci przykład. Na wsi na Mazurach zaprzyjaźniłam się z rodziną z czwórką dzieci. Są trzy dziewczynki i chłopczyk. Starsze dziewczynki to dziewczynki „do entej potęgi". Noszą różowe wstążeczki, spódniczki, tiule. A trzecia, pięcioletnia dziewczynka, na komunię siostry sama się ubrała w białą koszulę, czarne spodnie i marynarkę. Na urodziny zażyczyła sobie od wujka siekierę, a od babci dresy futbolowe. To właśnie kojarzy mi się z hasłem „gender", które w Polsce zostało zagmatwane, niezrozumiane i obarczone strachem przed innością. Jak ty rozumiesz gender?

Gender to płeć kulturowa. Pewne zachowania właściwe dla danej płci są zdeterminowane kulturowo. Dyskusja dotyczy tego, ile z tych zachowań jest zdeterminowanych kulturowo. Jestem przeciwniczką tezy, że większość, a tych cech przypisanych płci przez naturę, przez płeć biologiczną, jest niewiele. Wmawianie ludziom, że tak jest, robi z nimi dziwne rzeczy. Oczywiście musiałabym prymitywnie patrzeć na rzeczywistość, gdybym powiedziała, że nie przyswajamy wzorców społecznych. Ale jest masa zachowań, które po prostu przynależą do płci. Ludzie mogą mi wmawiać, że mogłam się bawić czymś innym w dzieciństwie, bo to było zdeterminowane kulturowo. Ale ja wiem, że chciałam takich, a nie innych zabawek, tak byłam skonstruowana.

A ja marzyłam o małej koparce. Mama mi jej odmawiała. Nie chciałaś nigdy koparki? Tylko lalki?

Nie chciałam. Mama nie chciała ci kupić koparki?

Pamiętam to dobrze. „No jak to dla chłopców? Przecież taka fajna" – mówiłam. Do dziś oglądam się za żółtymi, wielkimi maszynami drogowymi. Wydaje mi się, że kultura i obyczaj, normy społeczne czasem odbierają nam wolność wyboru.

Zawsze się różnimy w społeczeństwie. Ludzie nie są stuprocentowi pod żadnym względem. Moja teoria jest taka: mamy 10 procent czegoś tam albo 8, albo 15 – a resztę innych cech, dominujących. Ja akurat byłam 90-procentową dziewczynką, interesowali mnie ludzie, malowanie księżniczek itd.

A wierzyłaś w księcia, którego spotkasz i spędzisz z nim całe życie? W model miłości romantycznej i zakończenie bajki: „i potem żyli długo i szczęśliwie". Jakoś nikt nie opowiada, co było od tego momentu.

Naturalnie, wierzyłam. Podobało mi się to. Jedna z pierwszych rzeczy, jakie przeczytałam samodzielnie, to była historia zalotów Gilberta do Ani z Zielonego Wzgórza. Ale przecież mamy wolność bycia tym, kim się chce być. Miałam przyjaciółkę, która uwielbiała zwierzęta, kochała konie, jeździła na Służewcu. Sama nie wiem, czy to było kobiece, czy męskie, ale rodzice nie przeszkadzali jej w tej pasji. Zresztą została zootechnikiem. Miałyśmy zupełnie inne gusta. Moje dziewczyńskie zamiłowania na pewno nie były u niej tak silne. Zmierzam do tego, że w wachlarzu możliwości nie widzę nic złego. Ale również nie widzę nic złego w uznaniu różnic płci. Nie przepadam za pomysłem, że nauczy się chłopców mazać, płakać w każdym momencie słabości. I że nie muszą próbować być silni.

„Zachowuj się jak mężczyzna, podejmuj męskie decyzje?"

Właśnie. Ja nie widzę w tym nic złego. Być może jest to nie tyle męskie, co współczesne. Ja po prostu nie lubię facetów, którzy się mażą. Przy czym nie mówię, że moja recepta jest dobra dla wszystkich.

Ale sama wielokrotnie podejmowałaś męskie decyzje. Sprawujesz funkcję dyrektorską, byłaś zaangażowana w opozycję. To wymagało od ciebie całej masy męskich decyzji. Gdyby ktoś ci powiedział: zachowaj się jak kobieta! Podejmij kobiecą decyzję, to byłaby inna?

Moje decyzje były kobiece. Mój mąż twierdzi, że u mnie jest zarządzanie w stylu matriarchalnym. To oczywiście żart, ale ja niewątpliwie zarządzam inaczej niż facet. O wiele bardziej przejmuję się pojedynczymi ludźmi, ich stanami psychicznymi. Gdy ktoś jest w złej formie, to myślę: „Może trzeba się zastanowić, może trzeba mu dać szansę, bo ma trudny okres". Każdy się różni charakterem, ale znam moich pracowników. Jest duża liczba tych, którzy mogą przyjść do mnie, opowiedzieć o życiowych problemach. Ale w sensie samej decyzyjności – nie uważam, że to jest męskie. To jest cecha ludzka. Napisałam taki tekst na Facebooku, że nie cierpiałam Nel z „W pustyni i w puszczy". To był mój wróg. Uważałam, że Staś Tarkowski wziął sobie idiotkę na kark, która nic nie wie.

Ja też nie znosiłam Nel! Zawsze szukałam innych postaci, wzorców. Była kiedyś pani Cecylia Plater-Zyberkówna, związana z ruchem katolickim. Założyła bardzo znaną szkołę, która po 1989 r. została otwarta na nowo i działa do dziś. To szkoła tradycyjna, w której dziewczynki i chłopcy uczą się w oddzielnych klasach. Gdy zaczęłam czytać jej życiorys, dowiedziałam się, że mówiła tak: „Nie każda kobieta ma powołanie do życia rodzinnego". Mimo że nie dopuszczała łączenia macierzyństwa i pracy zawodowej, to miała przekonanie, że niektóre kobiety wolą się realizować w pracy i nazywała je „męskimi typami". Żyła samotnie. A przecież stereotyp byłby taki, że emancypantka założyłaby pensję dla panien i je emancypowała, a katoliczka robiłaby pensję, w której uczyłaby dziewczynki haftować i przygotowywać do życia żony i matki. Może do dziś żyjemy w takich stereotypach?

Uważam, że w Polsce i tak w małym stopniu żyjemy w tych stereotypach. Rola kobiety jest tu od dawna o wiele ważniejsza niż w krajach ościennych. To nie przypadkiem Polki miały prawa wyborcze w 1918 r., i to prawie nie było kontestowane. Być może to kwestia wojen i powstań, kiedy szalenie ważna była wzorcotwórcza rola kobiet. Tu jest zasadnicza różnica między nami a np. Rosją. Kobieta ustalała wzorce patriotyzmu, dzielności, umiała żyć bez facetów. Jest taki zapis o Henryce Pustowójtównie, ważnej uczestniczce powstania styczniowego. Sam jej wzrok powodował, że wszyscy w oddziale chcieli się wykazać, a nikt nie chciał być mniej dzielny niż ona. To wszystko jest niezależne od konserwatyzmu czy lewicowości.

Ale nie były to role mocno ograniczone? Do matki Polki? Albo dziewicy bohatera?

Niekoniecznie. Wystarczy spojrzeć na 1918 rok. Kobiet jest wiele w polskiej historii. We wspomnieniach bodajże siostry żony Tołstoja można przeczytać: „Nie możemy być takimi emancypantkami jak te Polki". Od mojej śp. matki chrzestnej dostałam książkę, wspomnienia jej praprababci, która wyjechała z mężem na Syberię. To była tak samodzielna kobieta, że się w głowie nie mieści! Stereotyp słabej kobiety przywołujemy współcześnie, ale jest on płytszy, niżby się wydawało, naskórkowy. Wcale nie jest wpisany głęboko kulturowo. Chociażby Urszula Ledóchowska, założycielka urszulanek szarych. To był kawał energicznej, stanowczej baby. Takiej, która wie, czego chce. Dlatego uważam, że ważne są studia kobiece. Ale nie jako odrębny rodzaj ideologicznych studiów, które będą mówiły o walce płci jak o walce klas. Wolałabym coś, co uzupełni wiedzę, jaką dysponujemy na temat mężczyzn, o te zapomniane kawałki o kobietach. Trzeba powiedzieć otwarcie: historia tak się ułożyła, że przez ileś wieków kobiety były na jej peryferiach. Mało się o nich pisało i mówiło.

A Solidarność? Przywołam słowa Barbary Labudy, które padły przy okazji premiery filmu „Solidarność według kobiet". Mówiła tak: „W Solidarności niemal połowę członków związku stanowiły kobiety, ale nie były wybierane do władz. W Prezydium KKP była jedna kobieta i 19 mężczyzn, w całej komisji krajowej na 82 członków była jedna kobieta. A na pierwszym zjeździe Solidarności kobiety stanowiły tylko 7 procent delegatów". To niesamowite liczby.

No tak, we władzach krajowych NZS-u były dwie kobiety: ja i Basia Kozłowska.

Ale wśród członków NZS procentowo było więcej dziewczyn?

Na pewno, przewaga mężczyzn nie była znacząca. Dlaczego tak było?

Dyskryminacja?

Nie, nie uważam, że kobiety były dyskryminowane i dlatego ich nie wybierano do władz. One nie chciały kandydować. Gdy mówiło się: „A może ty?", to można było najczęściej usłyszeć: „A nie, ja to nie, absolutnie. Tam mnie nie zgłaszajcie. Ja będę kanapki robić, herbatę, jak będzie trzeba, to wam pomogę, nie ma sprawy".

Prof. Henryk Domański kiedyś ładnie to nazwał. „Zadowolony niewolnik". Dla mnie jest to określenie, które oddaje tę postawę cofnięcia się o krok. Obawy o brak kompetencji, wiedzy. Czy wpoiły nam to dom czy szkoła?

Ale znowu mamy tu ten sam problem: to jest po prostu damska cecha, a nie wpojony strach. Kobiety są o wiele bardziej samokrytyczne w stosunku do własnych umiejętności niż faceci, czasem jest to realistyczne, a czasem dochodzi do przesady. Rzeczywiście znacznie mniej kobiet pójdzie na lep propozycji awansu. Jeśli będzie ona nieadekwatna do umiejętności, to uważam, że z dziesięciu facetów zgłosi się dziewięciu. W przypadku kobiet będzie na odwrót.

Czy należy to zmieniać? Czy tak już ma być?

Tak jest. Mnie się to nie podoba, ale stosunek kobiet do awansu zawodowego, który podałam, jest sensowny. Byłam w takiej sytuacji, miałam poważną propozycję wiele lat temu. Pamiętam, jak zadzwonił do mnie ważny pan prezes i powiedział: „A może będziesz kandydować, wystartujesz w konkursie?". A ja: „Ja się nie znam, niczym nie kierowałam" – powiedziałam. Wydaje mi się, że wtedy miałam rację, mówiłam prawdę. Dzisiaj bym startowała, bo myślę, że mam doświadczenie i dałabym radę.

Ale może to niedobrze? Wszystkie dane socjologiczne mówią, że kobiety są lepiej wyedukowane. Może należy robić warsztaty. Zarówno w kołach gospodyń wiejskich, jak i wśród studentek Uniwersytetu Warszawskiego.

Należy uczyć kobiety, że mogą uczestniczyć w życiu publicznym. Chociaż nie jestem zwolenniczką kwot ani tzw. pozytywnej dyskryminacji, to przyznaję, że mentalność należy zmienić. I zmienić podejście, że zawsze się trzeba wycofywać. Wzmocnić odwagę kobiet.

Ale wprowadzenie kwot w polityce działa! We Francji po wprowadzeniu podziału 50/50 na listach wyborczych w pierwszych wyborach wybrano mniej kobiet niż mężczyzn. Później się to zmieniło, wyrównało, problem pomału znika. Może przemyślany mechanizm tego rodzaju zadziała w końcu w Polsce?

Być może. Ja w dyskryminację pozytywną nie wierzę, przy takich rozwiązaniach zdarza się, że kobiety są brane na listę „na przyczepkę", żeby listę zapełnić. Nie są wtedy de facto samodzielnymi politykami. Mam taką obawę i moje obserwacje to potwierdzają. Ale być może to się wykształca i niektóre kobiety tej samodzielności politycznej nabiorą. Nie wiem, czy parytet pomaga. Bardziej wierzę w edukację w szkole, edukację publiczną, bo to nie jest kwestia życia prywatnego, tylko uczestnictwa w życiu społecznym, w polityce. Podam jeszcze inny przykład. Moi pradziadkowie założyli w Zakopanem pierwszą szkołę koedukacyjną. Ja w koedukację nie wierzę tak mocno jak oni. Rozwój w pewnym wieku przebiega inaczej. Ale jak dziewczynki są osobno, to mniej zwracają uwagę na chłopców, są społecznie bardziej rozwinięte, są bardziej kreatywne.

Mam odwrotnie wrażenie. Jak chłopcy są zakazani i się ich mija na ulicy, na klasowej wycieczce, to zajmują myśli...

Nie są zakazani. Moja mama chodziła do żeńskiej szkoły, miała żeńską drużynę harcerską. Uczennice były bardzo zaangażowane, dzielne, zainteresowane światem. A ja pamiętam, że panienki w wieku lat 15, 16 zajmowały się chłopcami w dużym stopniu.

Teraz już nawet w wieku 12–13. Przejdźmy do wsparcia społecznego. Z mojego doświadczenia wynika, że więzi z kobietami, dziewczynami, przyjaciółkami były ważne. Gdy szukam wsparcia, to szukam kobiet. Koleżanek, kogoś z rodziny. Jest to niezabarwione feminizmem, ideologią. To naturalny odruch. Czy ty szukasz wsparcia w kobietach czy w mężczyznach?

U jednych i drugich. Zmieniło się to z wiekiem. W dzieciństwie przyjaźniłam się z przyjaciółkami, jako nastolatka też. Później zwróciłam się w stronę chłopaków, bo moje zainteresowania były inne. Byłam zaciekawiona ich tematami, polityką, a nie dziećmi i przepisem na sernik. Nie to, że przepis na sernik mnie odrzuca, ale bardziej interesuje mnie tamten, męski świat. Miałam więc wielu znajomych wśród mężczyzn. Z wiekiem nauczyłam się jednak cenić kobiety. I bardzo cenię te w średnim wieku. One są najlepszymi pracownikami, jakich można mieć. Odchowały dzieci, mają już swój rozum, poczucie własnej wartości, doświadczenie.

A jak oceniasz mężczyzn w średnim wieku?

Zdecydowanie gorzej.

Dlaczego? Co ich gnębi?

Tłumaczę sobie, że to jest niebezpieczny wiek dla mężczyzny. Polega na tym, że on nagle sobie zdaje sprawę, że jego ambicje nie zostały zrealizowane. Zaczyna mu uderzać do głowy ambicja. Mam wrażenie, że kobiety, te z natury mniej ambitne, są dzięki temu mniej rozczarowane. Mężczyźni mają problem z tym, czy osiągnęli ostatecznie dużo.

Zaczynają się spieszyć?

I chwytać rzeczy, których nie powinni. Problem niezrealizowanych ambicji staje się bardzo istotny.

W badaniach dotyczących głosowania w wyborach było pytanie o to, czy respondent jest w związku. Singielek w wieku do 30 lat było 20 proc., a męskich singli 47 proc. Mówiłaś, że chłopiec powinien być wychowany w duchu „bądź mężczyzną". Czy mężczyźni zrobili się w Polsce bardziej plastikowi, nieporadni?

To jest problem światowy, obiektywny trend. Rola kobiety przez ostatnich 130–150 lat bardzo się zmieniła. Mężczyźni muszą się zredefiniować, jak mają w tym nowym świecie funkcjonować. To jest trudne. Bo nie wiadomo, jak mają to zrobić. Rozmawiałam z tysiącami różnych samodzielnych kobiet. Prawie każda z nich chciałaby silnego męskiego ramienia. A z drugiej strony – wcale by nie chciała. Więc on nie wie: dawać to silne ramię? Przecież ona wcale nie potrzebuje opieki? To, jak mężczyzna ma reagować, jeszcze się nie utarło jako wzorzec. Poza tym to kobiety są bardziej skłonne do związków, są związkotwórcze. To uważam za naturalną skłonność. Moje uogólnienia mogą być niesprawiedliwe, ale to kobietom zależy bardziej. Więcej widzą – w sensie ludzkim.

Na ile na relacje między kobietami a mężczyznami w Polsce wpływa kwestia aborcji? Powraca ona cyklicznie, to bardzo drastyczny problem społeczny, z opiniami nie do pogodzenia.

Ja uważam, że jest to kwestia filozoficzna i światopoglądowa. Nie uważam, że jest to kwestia emancypacji kobiet.

Ale jak była próba zaostrzenia przepisów i czarne protesty, to na ulicach można było policzyć mężczyzn na palcach jednej ręki.

Zgadza się, bo to kobiety zachodzą w ciążę, dotyczy to ich bezpośrednio. Ale nie uważam, że to jest symbol emancypacji. Nie uważam, że możliwość dokonania aborcji w dowolnym momencie jest jej wyznacznikiem.

A gdybyś miała wybrać słowo, które bardziej ci się podoba? Feministka, emancypantka, sufrażystka?

Nie przepadam za słowem „feministka" i nie przyznaję się do bycia nią. Feminizm jest dla mnie ideologią, która przeciwstawia kobietę mężczyźnie. A dla mnie ludzie są ludźmi. W związku z tym ustawienie wszystkiego pod kątem kobiet do mnie nie przemawia. Uważam, że skrajna postać feminizmu jest ideologią a la marksizm. Dola kobiet przedstawiona jest jak dola chłopa, klasy uciskanej przez klasę panującą.

A może w miękki sposób nie udałoby się wymusić zmian? Jak zmiany społeczne, np. wprowadzenie związków zawodowych i opieki socjalnej na Zachodzie, które nastąpiło ze strachu przed Związkiem Radzieckim? Może wojujący feminizm zapala czerwoną lampkę konserwatystom?

Zmiany społeczne są ważne, ale nie muszą się dla mnie wyrażać w ideologii. Ja się do niej nie przyznaję, wręcz czuję do niej niechęć. Człowiek jest przede wszystkim człowiekiem, później ma cechy kobiece i męskie oraz masę innych. To tak jak z homoseksualizmem. Dzielenie ludzi według tego, jaki seks uprawiają, jest kompletnie absurdalne. Owszem podział na płcie jest ważny, ale nie najważniejszy. O sobie mogę powiedzieć, że jestem kobietą, czuję się kobietą, nie czuję się przez to gorsza. Ale zostałam wychowana do równości i to jest bardzo ważne.

—rozmawiała Zuzanna Dąbrowska (współpraca: Marzena Tarkowska)

Agnieszka Romaszewska-Guzy, dziennikarka, dyrektorka Biełsat TV, internowana w stanie wojennym

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA