fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bogusław Chrabota: Opole czyli PiS disco show

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
O Opole żarto się zawsze. Ale też było o co.

PRL wykreował je na najjaśniejsze święto polskiej muzyki. W siermiężnej rzeczywistości Polski Ludowej Opole było jak akademia pierwszomajowa z elementami okna wystawowego Pewexu. Zaczynali w nim kariery najwybitniejsi twórcy i zdobywały status rezydenta najprzedniejsze pieszczochy władzy.

Publiczność mająca do dyspozycji jeden, góra dwa kanały telewizyjne czekała na swoje Opole przez cały rok. W tym samym czasie sojusznicze radio podgrzewało nastroje i lansowało artystów. Ale ich nie pokazywało. Żeby ich zobaczyć, trzeba było Opola. A kiedy już nadciągnęło, naród zasiadał w modlitewnym skupieniu przed telewizorem. Na scenę wychodzili Kydryński i Loska i zaczynała się noc cudów. Nie przesadzam. Magia tego widowiska sięgała szczytów. Można jej zresztą doświadczyć i dziś, oglądając stare nagrania. Mimo tandetnej scenografii, słabego oświetlenia, lichej akustyki przez scenę przewijali się najwięksi i dawali niezapomniane koncerty. Demarczyk, Niemen, Woźniak, Grechuta, Nalepa, Czerwone Gitary. Niemal wszyscy, którzy liczyli się w kraju.

Było Opole do tego doskonale oportunistyczne. Doskonale, czyli nie prymitywnie zależne od woli władzy (temu służyły Zielona Góra i Kołobrzeg), ale raczej fenomenalnie wczuwające się w ducha czasu. Kiedy trzeba było, było jak trzeba. Kiedy zaś było można, w opolskim amfiteatrze zaczynały się dziać wydarzenia wiekopomne. Wystarczy wspomnieć XVIII festiwal z roku 80, by zobaczyć na scenie Wodeckiego z „Pszczółką Mają", „Bananowy song" grupy Vox, ale i po raz pierwszy szaloną Korę Jackowską z Maanamu i jej „Boskie Buenos". To była rewolucja! Wydawało się, że do Opola wkroczył punk rock. Inną rewolucją była obecność Jacka Kaczmarskiego z wyraźnie antysystemową „Obławą", choć jej w telewizji obejrzeć akurat się nie dało. Cudownie zadziałało ostrze cenzury, czyli legendarny oportunizm.

Oddał zresztą Polsce przysługę rok później, kiedy na scenie z władzy kpili Smoleń i Laskowik, o to „Żeby Polska była Polską" namiętnie modlił się Jan Pietrzak, a Kaczmarski dostał w rekompensacie za ingerencję cenzora rok wcześniej nagrodę dziennikarzy za „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego". Ważnych ingerencji cenzury w transmisję telewizyjną już nie odnotowano. Najtrudniejszym testem dla Opola okazał się stan wojenny. Rzeczywiście Polska jaruzelska w 1982 roku nie dała festiwalowi szansy, ale już rok później w stolicy Śląska Opolskiego wydarzył się kolejny cud. Artyści w większości przerwali bojkot, a największym szokiem był koncert rockowy. Z siłą wiosennej burzy przetoczyły się wtedy nad opolską sceną przeboje Republiki, Lombardu i Perfectu. Doskonały koncert dał Ryszard Riedel z Dżemu. Miałem wtedy 19 lat i przecierałem oczy ze zdumienia. Moja zbuntowana muzyka w Opolu? Tuż po stanie wojennym? Czyżby możliwe były w Polsce wyspy normalności? Już dzień później wkoło znów skrzeczała szarówka.

W latach 90. Opole wróciło na swój piedestał, przyciągając w wolnej już Polsce prawdziwą artystyczną śmietankę. Ale to był już inny kraj, inne działały mechanizmy. Pamiętam wtedy z perspektywy raczkującej telewizji komercyjnej pytanie: jak podgryźć Opole? Jak stworzyć równie mocny okręt flagowy? Czy to w ogóle możliwe? Wybieraliśmy więc muzyczną alternatywę, taką, co to w Opolu w ogóle się nie pojawiała. Odnieśliśmy swój sukces, ale Opole trwało i rosło. Wielki lotniskowiec, z którego pokładu startowały kolejne pokolenia gwiazd.

O tym, jak ciężko było się dostać do Opola, słyszałem legendy. Chętnych były tysiące, miejsc na scenie niewiele. A siła opolskiego brandu tak wielka, że w środowisku muzycznym uznawano Opole za przepustkę do kariery. Do dziś przyjaciele z branży muzycznej powtarzają: zagrasz w Opolu, masz rozpisane koncerty na kilka lat. Żarto się więc o repertuar, artyści używali wszelkich metod, by wejść na opolską scenę. Zawsze były z tego afery, zawsze pozostawał po nich niesmak. Jednak Opole na tym niewiele traciło, tak silną było marką. Tegoroczna awantura nie jest więc niczym nowym. Nie obarczam Jacka Kurskiego za nią szczególną winą. Mam pretensję o co innego. O to, że nie umiał się dogadać. Nie znalazł pomysłu na kompromis. Dotąd zawsze się przecież udawało. Trzeba w sztuce destrukcji naprawdę wiele talentu, by rozbić tę luksusową limuzynę. Ze szkodą dla wszystkich: telewizji, Opola, ogólnopolskiej widowni. Rozumiem determinację prezesa, ale w ciągu kilku tygodni Opola w Kielcach zrobić się nie uda. Nie ma szans, by markę, legendę, tradycję stworzyć w kilka dni. Miast festiwalu powstanie marny „Pis dance show". Cieszyć się będą tylko konkurenci.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA