Plus Minus

Rodney Stark. Nie mów fałszywego świadectwa. Odkłamywanie wieków antykatolickiej narracji

Palenie niewygodnych książek na stosie, co widać na obrazie Alonso Berruguete (1486–1561), także nie było tak powszechne, jak zwykliśmy sobie wyobrażać.
EAST NEWS
Wbrew czarnej legendzie inkwizycja rzadko korzystała ze stosu, rzadko kogokolwiek torturowała i utrzymywała niezwykle przyzwoite więzienia. Hiszpańska inkwizycja praktycznie nie posyłała czarownic na stos, a jeśli do tego dochodziło, dotyczyło to osób skazanych po raz trzeci czy czwarty.

Określenie „hiszpańska inkwizycja" przywodzi na myśl jeden z najbardziej przerażających i krwawych rozdziałów w historii Zachodu. Stworzona w roku 1478 przez hiszpańskich władców, Ferdynanda i Izabelę, inkwizycja miała oczyścić Hiszpanię z heretyków, zwłaszcza Żydów i muzułmanów, którzy udawali chrześcijan. Wzięła też jednak na celownik wszystkich protestantów, czarownice, homoseksualistów i tych, którzy naruszali normy moralne i doktrynalne.

W początkowych latach inkwizycja odznaczała się raczej biernością, ale po roku 1483, gdy na jej czele jako wielki inkwizytor stanął Tomás de Torquemada, ta odrażająca instytucja katolicka poddała torturom i wymordowała ogromną liczbę niewinnych ludzi. Co sobotę w każdym większym mieście hiszpańskim odbywało się autodafe, w powietrzu zaś unosiły się kłęby popiołu, kiedy krzyczące ofiary palono na stosie, zazwyczaj po bezlitosnych torturach. Przy okazji rzucano tego dnia do ognia mnóstwo nieprawomyślnych książek, zwłaszcza traktatów naukowych.

Inkwizycja nie starała się nawet zachowywać jakichkolwiek pozorów nakazanej przez prawo procedury, aresztując ludzi z lewa i prawa na podstawie najbardziej nawet wątpliwych oskarżeń, gdyż inkwizytorzy bogacili się dzięki konfiskacie majątków, które należały do oskarżonych. Pisząc w roku 1554, angielski protestant John Foxe donosił o „skrajnych niegodziwościach i okrutnej chciwości tych katolickich inkwizytorów hiszpańskich, którzy pod płaszczem religijności nie robią nic, a jedynie pragną osobistego zysku i dóbr innych ludzi". Trzynaście lat później ukazało się prawdziwie druzgocące świadectwo, napisane po łacinie przez Reginaldusa Montanusa, „Odkrycie i jasne ukazanie praktyk Świętej Inkwizycji Hiszpańskiej". Przetłumaczone na angielski, francuski, duński i niemiecki, było szeroko rozpowszechniane. Relacja Montanusa „podkreślała przebiegłość i podstępność technik przesłuchiwania, wszelkiego rodzaju okropności w salach tortur i przerażające postępki siepaczy inkwizycji – strażników więziennych i oprawców". Główna część książki poświęcona jest wędrówce niewinnej ofiary przez owo piekło aż na stos, na końcu zaś zamieszczono dwanaście opowieści o luteranach, którzy ponieśli męczeńską śmierć za swoją wiarę.

Dzieło Montanusa stało się wzorcowym świadectwem. Według „Columbia Encyclopedia" „torturowanie oskarżonych [...] przemieniło się niebawem w coś zwyczajowego i notorycznego, [...] większość procesów kończyła się wyrokami skazującymi". Na tej podstawie bardzo popularny historyk Will Durant (1885–1981) przekazał kilku pokoleniom czytelników, że „musimy zaliczyć inkwizycję [...] do najczarniejszych plam w dziejach ludzkości, ujawniając okrucieństwo nieznane jakiemukolwiek zwierzęciu".

Nie tylko historycy, lecz także powieściopisarze, malarze i scenarzyści uparcie odtwarzali sceny brutalnego inkwizytorskiego sadyzmu – klasycznym dziełem pod tym względem jest „Studnia i wahadło" Edgara Allana Poe (1842). Innym przykładem może być fragment „Braci Karamazow" Dostojewskiego (1880), w którym Wielki Inkwizytor spotyka Chrystusa, gdy ten wskrzesza dziecko z martwych, i oświadcza mu: „jutro cię potępię i spalę na stosie jako najgorszego z heretyków".

Ile ofiar pochłonęła inkwizycja? „Encarta" Microsoftu podaje, że Torquemada „dokonał egzekucji tysięcy ludzi". „Encyclopedia of Religious Freedom" podaje łączną liczbę dziesięciu tysięcy, podobnie jak Edmond Paris, który twierdził, że kolejne sto dwadzieścia pięć tysięcy zmarło w wyniku tortur i warunków panujących w więzieniach inkwizycji. Niektórzy historycy oceniają, że w czasie funkcjonowania tej instytucji spalono na stosie ponad trzydzieści jeden tysięcy ludzi, ale Simon Whitechapel twierdzi, że w trakcie samego tylko urzędowania Torquemady jako zwierzchnika inkwizycji zmarło sto tysięcy. Inny historyk wysunął hipotezę, że inkwizycja spaliła „blisko dwieście tysięcy [...] w ciągu trzydziestu sześciu lat". Jednak Dave Hunt uważa, że inkwizycja skazała łącznie ponad trzy miliony ludzi, a „trzysta tysięcy zostało spalonych na stosie".

Pomimo znacznych rozbieżności w ocenie liczby ofiar wszyscy zgadzają się co do tego, że inkwizycja była jednoznaczna z rozlewem krwi. I być może nic nie zatruło tak bardzo postaw wobec Kościoła katolickiego. Nie dalej jak w roku 2003 Simon Whitechapel zaczął swoją książkę o „okrucieństwach" inkwizycji od słów: „powinienem jasno coś powiedzieć na samym początku: pogardzam Kościołem katolickim".

Dosyć!

Klasyczny obraz inkwizycji to w większości stek kłamstw wymyślonych i rozsiewanych przez angielskich i holenderskich propagandystów w szesnastym wieku podczas wojen toczonych z Hiszpanią i powtarzanych potem przez złośliwych albo wprowadzonych w błąd historyków pragnących podtrzymać „wizerunek Hiszpanii jako narodu fanatycznych bigotów". Weźcie pod uwagę, że imię Montanus było pseudonimem hiszpańskiego mnicha renegata, który został luteraninem i uciekł do Holandii, gdzie napisał swoją książkę. Jak zauważa znakomity historyk Edward Peters, „skuteczność oddziaływania Montanusa polega w części na tym, że wychodząc od zgodnych z rzeczywistością przesłanek, stworzył wyjątkowo fałszywy obraz inkwizycji na użytek publiczności gotowej uwierzyć we wszystko, co najgorsze. [...] Montanus przedstawia każdą ofiarę inkwizycji jako niewinną, a każdego przedstawiciela owej instytucji jako skorumpowanego i kłamliwego, każdy etap procedury osądzania jako naruszenie prawa naturalnego i stanowionego".

To, że podobne kłamstwa kwitły podczas europejskiej epoki wojen religijnych, nie jest zaskakujące. Nie ma jednak wytłumaczenia w wypadku nieodpowiedzialnych współczesnych „uczonych", którzy podtrzymują podobne tezy, ignorując jednocześnie poważne i znaczące badania na temat inkwizycji, przeprowadzone przez historyków minionego pokolenia. Choć może to zdumiewać, nowi historycy, którzy zajmują się kwestią inkwizycji, ujawnili, że w porównaniu z większością świeckich sądów w całej Europie hiszpańska inkwizycja może kojarzyć się ze sprawiedliwością, umiarem, uczciwym procesem i światłym umysłem.

Historycy, którzy na nowo zajęli się inkwizycją, oparli swoje odmienne tezy na pełnym dostępie do archiwów trybunałów w Aragonii i Kastylii, tworzących razem hiszpańską inkwizycję. W konsekwencji zapoznali się z dokładną dokumentacją każdej z 44 674 spraw rozpatrywanych przez sądy tych dwóch inkwizycji między rokiem 1540 a 1700. W czasie tworzenia tej dokumentacji stanowiła ona tajemnicę, nie było więc powodu, by urzędnicy odpowiedzialni za jej sporządzanie przeinaczali przebieg postępowań. Stanowią one istną kopalnię historycznych szczegółów, pozwalającą historykom stworzyć bazę danych i opracować analizę statystyczną. Przeprowadzono ogromne, dogłębne, klasyczne badania, przeglądając pamiętniki, listy, dekrety i inne stare dokumenty. Tych badań nie da się zakwestionować. Dalsza część tego rozdziału jest streszczeniem ważniejszych ustaleń.

Zgony

Określenie autodafe (auto da fé) w swoim wyjściowym znaczeniu nie oznacza egzekucji, nie mówiąc już o spaleniu na stosie; najtrafniejszym tłumaczeniem jest tu „akt wiary". Inkwizytorzy przykładali o wiele większą wagę do pokuty niż do kary, autodafe zatem polegało na publicznym napiętnowaniu osób skazanych za różne grzechy, te zaś wyznawały swą winę i tym samym powracały na łono Kościoła. Tylko w nielicznych przypadkach autodafe kończyło się przekazaniem winnego władzom świeckim w celu wykonania egzekucji (inkwizycja ich nie przeprowadzała). Autodafe w znaczeniu egzekucji należały do rzadkości. W Toledo, między rokiem 1575 a 1610, wykonano ich jedynie dwanaście – na 386 winnych. Jak z tego niezbicie wynika, opowieści o cotygodniowych masowych spaleniach w całej Hiszpanii są złośliwymi wymysłami. Ilu zatem ludzi naprawdę straciło życie?

Pierwsze pięćdziesiąt lat funkcjonowania inkwizycji jest słabo udokumentowane, ale historycy zgadzają się obecnie, że były to jej najkrwawsze dni i że być może dokonano wtedy egzekucji tysiąca pięciuset ludzi (trzydzieściorga rocznie). We w pełni udokumentowanym okresie, dotyczącym 44 674 spraw, dokonano egzekucji jedynie 862 ludzi, co stanowi 1,8 procent oskarżonych, którzy stanęli przed sądem. Przez cały zatem okres – od roku 1480 do 1700 – inkwizycja wymierzała rocznie karę śmierci średnio dziesięć razy, co jest zaledwie drobnym ułamkiem, jeśli porównać to z tysiącami luteranów, lollardów i katolików (nie mówiąc już o dwóch żonach króla), których na rozkaz Henryka VIII ugotowano, spalono, ścięto albo powieszono. Potem w ciągu następnych stu lat (od 1530 do 1630) w Anglii wieszano rocznie 750 ludzi, wielu za drobne kradzieże. Natomiast nieliczni skazani na śmierć przez inkwizycję byli wielokrotnymi przestępcami, którzy nie wykazali skruchy.

Tortury

W kulturze popularnej określenie „inkwizycja" jest niemal synonimem tortur. Jak wyjaśniał John Dowling (1808–1878), „ze wszystkich rzymskokatolickich wynalazków święta inkwizycja jest arcydziełem. [...] Sam szatan nie stworzyłby bardziej przerażającego narzędzia tortur i krwi". Jak odnotowano już powyżej, uznano za pewnik, że w więzieniach i salach tortur inkwizycji zmarło więcej nieszczęśników, niż przetrwało ich na tyle długo, by trafić w końcu na stos.

Być może to jest największe ze wszystkich kłamstw!

Wszystkie sądy europejskie stosowały tortury, ale inkwizycja znacznie rzadziej. Przede wszystkim Kościół ograniczył tortury do jednej sesji trwającej nie dłużej niż piętnaście minut, nie było też mowy o zagrożeniu życia czy uszkodzeniu kończyn. Nie wolno też było przelewać krwi! Istnieje oczywiście wiele technik tortur, jakie można mimo to stosować, stosując się do powyższych zasad. Do tortur uciekano się jednak rzadko, może dlatego, że „sami inkwizytorzy byli sceptyczni co do ich skuteczności i zasadności jako metody pozwalającej uzyskać wyrok skazujący". Jeśli stosowano tortury, ich przebieg był starannie zapisywany przez urzędnika, a dokumentację włączano do akt sprawy. W oparciu o te dane Thomas Madden obliczył, że inkwizytorzy nakazywali tortury tylko w dwóch procentach wszystkich spraw, jakie do nich trafiały. Co więcej, panuje ogólna zgoda co do tego, że więzienia znajdujące się pod nadzorem inkwizycji należały do najwygodniejszych i najbardziej humanitarnych w Europie – zdarzało się nawet, że „przestępcy w Hiszpanii celowo bluźnili, żeby przeniesiono ich do więzień inkwizycji".

Wbrew czarnej legendzie zatem inkwizycja rzadko korzystała ze stosu, rzadko kogokolwiek torturowała i utrzymywała niezwykle przyzwoite więzienia. Ale co ze stosowanymi przez nią procedurami? Dalsza część tego rozdziału analizuje mechanizmy działania inkwizycji, odnosząc się do stawianych jej zarzutów.

Czarownice

Być może żadne z historycznych statystyk nie zostały tak nieprawdopodobnie rozdmuchane jak te dotyczące rzekomej mnogości czarownic zgładzonych w okresie szaleństwa, które panowało w Europie między rokiem 1450 a 1700. Wielu pisarzy ocenia liczbę ofiar na dziewięć milionów, odwołując się do porównań z Holokaustem. I choć dowiedziono, że protestanci też spalili wiele czarownic, historycy podkreślali tu przede wszystkim główną rolę inkwizycji. Kilku dopatrywało się źródła całej sprawy w skutkach celibatu, który nakłaniał księży do „wściekłej kampanii zemsty i unicestwienia" wymierzonej w kobiety. Twierdzi się też powszechnie, że polowania na czarownice skończyły się dopiero wtedy, gdy tak zwane wieki ciemne religijnego ekstremizmu zostały wyparte przez oświecenie.

Kłamliwe brednie, nic więcej.

Warto zauważyć, że polowania na czarownice osiągnęły swe apogeum podczas tak zwanego oświecenia! Przykładem może być Thomas Hobbes (1588–1679), słynny filozof angielski i piewca oświecenia, który w swoim głośnym „Lewiatanie" napisał, że „co się tyczy czarownic, [...] są one słusznie karane". Francuski prawnik i teoretyk państwa Jean Bodin (ok. 1530–1596), sprawował funkcję sędziego w kilku procesach o czary i zalecał palenie czarownic na możliwie powolnym ogniu. W gruncie rzeczy wielu spośród wybitnych uczonych siedemnastego wieku, nie wyłączając Roberta Boyle'a, zachęcało do polowań na czarownice.

Jeśli chodzi o ogólną liczbę ofiar, kompetentni badacze w ostatnich latach gromadzili materiały w każdym kraju i stwierdzili, że powszechnie akceptowane wyliczenia to czysty wymysł. Na przykład długo zakładano, że w Anglii od 1600 do 1680 „spalono około czterdziestu dwóch tysięcy czarownic", a tymczasem najbardziej wiarygodne szacunki mówią o niespełna tysiącu w ciągu trzech wieków. Podobnie ostateczna liczba ofiar to nie dziewięć milionów, lecz około sześćdziesięciu tysięcy! Choć to i tak tragiczny wynik, należy przypomnieć, że tylko garstka tych ofiar została skazana na śmierć przez hiszpańską inkwizycję – tak niewiele, że wybitny historyk William Monter zatytułował rozdział swojego statystycznego studium na temat inkwizycji „Uprawianie czarów: zapomniane przestępstwo". W ten sposób skomentował dane, które jasno wskazywały, że w ciągu stu lat, między rokiem 1540 i 1640, kiedy to polowania na czarownice osiągnęły w Europie swój szczyt, inkwizycja aragońska (jedna z dwóch działających w Hiszpanii) dokonała egzekucji jedynie dwanaściorga ludzi za „przesądy i uprawianie czarów". I należy to sobie bez zastrzeżeń uświadomić. Nawet zajadły antykatolicki historyk Henry Charles Lea (1825–1909) przyznał, że polowania na czarownice były w Hiszpanii „stosunkowo nieszkodliwe" i że powinno się to „przypisać mądrości i stanowczości inkwizycji". Przeanalizujmy szczegółowo ową mądrość i stanowczość.

Na początek należy zdać sobie sprawę z tego, co decydowało o postawieniu zarzutów o uprawianie czarów, gdyż nie chodzi o to, że źródłem oskarżeń była niczym nieuzasadniona histeria; wielu ludzi rzeczywiście zajmowało się czymś, co narażało ich na podejrzenia. Tym czymś była magia. Nie jest niczym zaskakującym, że w Europie w epoce cierpiącej na deficyt wiedzy medycznej kwitła uzdrowicielska magia, stosowano też magiczne zabiegi mające na celu wpływanie na pogodę, zbiory, miłość, bogactwo i inne sprawy będące przedmiotem ludzkiej troski. Problem sprowadzał się do różnicy między magią kościelną i niekościelną.

Magia kościelna była przebogata: roiło się od świętych studni, źródeł, gajów i świątyń, gdzie wierni mogli oczekiwać wszelkiego rodzaju cudów i błogosławieństw. W dodatku księża mieli zawsze na podorędziu zaklęcia, modlitwy i obrzędy na okoliczność wielu ludzkich trosk i kłopotów, zwłaszcza chorób – wielu duchownych specjalizowało się w egzorcyzmach. Równolegle jednak do tego rozbudowanego systemu magii kościelnej istniała żywa kultura ludowej czy też tradycyjnej magii, której znaczna część także odnosiła się do problemów natury medycznej. Pewne jej elementy datowały się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich, a wiele z nich stanowiło mieszaninę magii ludowej i adaptowanej do niej magii kościelnej. Ta niekościelna magia była praktykowana przez lokalnych uzdrowicieli, zwanych czasem mędrcami. Często pełnili oni także funkcje niemagiczne, na przykład położne łączyły praktyczne umiejętności z magicznymi zaklęciami stosowanymi do sprowadzania na świat dzieci. Należy wspomnieć, że czasem i duchowni uprawiali zniekształconą formę magii kościelnej, tak jak wiejscy księża, którzy chrzcili monety w świętym oleju w nadziei, że w chwili ich wydania zostaną one natychmiast zastąpione przez inne. Wielu księży święciło przeróżne przedmioty, takie jak magnesy, by stworzyć miłosne eliksiry, mimo że były one stanowczo potępiane przez Kościół. Podobne praktyki, nawet jeśli odbywały się z udziałem duchowieństwa, uchodziły w oczach hierarchii za niekościelną magię.

Każda magia wydaje się czasem działać. Zdarzało się, że cierpiący, którzy zwracali się do miejscowego księdza, zdrowieli. Ale tak też działo się z tymi, którzy zwracali się do lokalnego „mędrca". Rodziło to poważne zagadnienie natury teologicznej, a próba znalezienia logicznego wyjaśnienia doprowadziła do tragedii. Pojawiło się bowiem pytanie: jeśli magia kościelna jest skuteczna, ponieważ Bóg daje jej taką siłę, to dlaczego magia niekościelna też działa? Nie ulegało wątpliwości, że jej siły nie pochodzą od Boga. Wniosek wydawał się oczywisty: niekościelna magia działa, ponieważ moc nadaje jej szatan! Tym samym, by uprawiać niekościelną magię, należało wzywać szatana i jego demony. Do tego sprowadza się istota czarnoksięstwa.

Wysiłki mające na celu ujawnienie i zniszczenie zła pod postacią niekościelnej magii doprowadziły niebawem do wybuchów ogólnej paniki w wielu częściach Europy. Pojawił się strach i drastyczne krwawe, przerażające opowieści; zwłaszcza w miejscach, gdzie świeckie rządy odznaczały się słabością, pospólstwo i lokalne władze ulegały szaleństwu polowań na czarownice. Te same nadreńskie miasta i miasteczka, które we wcześniejszych wiekach były świadkami ataków na Żydów, stały się teraz wylęgarniami antyczarnoksięskiej histerii. Podobne obawy i wynikające z nich chęci do samosądów występowały też w Hiszpanii, ale były one skutecznie tłumione przez inkwizycję.

Jednym z powodów, dla których inkwizycja zapobiegła szaleństwu związanemu z polowaniami na czarownice, było to, że w trakcie badania pierwszych spraw dotyczących niekościelnej magii inkwizytorzy zwracali szczególną uwagę na zeznania oskarżonych. Dowiadywali się, że „uzdrowiciele" nie mieli najmniejszego zamiaru przywoływać sił szatańskich. W gruncie rzeczy wielu uważało, że posługują się magią kościelną! Dlaczego? Bo ich praktyki i metody bardzo przypominały te, które wolno było stosować duchownym – recytowanie fragmentów liturgii, odwoływanie się do świętych, spryskiwanie święconą wodą z lokalnego kościoła miejsc dotkniętych chorobą, wielokrotne powtarzanie znaku krzyża. W rezultacie oskarżeni nie kryli zdumienia, dowiedziawszy się, że robili coś złego.

Powodem tego, że takie praktyki nie mogły być uznane za magię kościelną, był fakt, że oskarżeni nie mieli święceń, a więc nie byli upoważnieni do tych praktyk. Zatem, jeśli magia okazywała się skuteczna, nie była dziełem Boga. Hiszpańscy inkwizytorzy zgadzali się z opinią inkwizycji działających w innych krajach, że magia niekościelna może działać tylko dzięki szatańskiej interwencji, jednakże ponieważ traktowali zeznania oskarżonych z uwagą i ze współczuciem, wprowadzili kluczowe rozróżnienie „między świadomym i nieświadomym przywołaniem demonów".

Tym samym założyli, że oskarżeni o posługiwanie się magią niekościelną (co dotyczyło także księży) są w większości szczerymi katolikami, którzy nie mieli złych zamiarów i nie byli świadomi, iż przywołują demony. Choć nie wolno było tego robić nawet w sposób pośredni, wybaczano to tradycyjnie poprzez spowiedź i pokutę. W konsekwencji hiszpańska inkwizycja praktycznie nie posyłała czarownic na stos, a jeśli do tego dochodziło, dotyczyło to osób skazanych po raz trzeci czy czwarty. (...)

Książka Rodneya Starka „Nie mów fałszywego świadectwa. Odkłamywanie wieków antykatolickiej narracji", przeł. Jan Kabat, ukaże się w tym tygodniu nakładem PIW.

Autor wykłada na prywatnym uniwersytecie baptystycznym Baylor University w stanie Teksas.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL