fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Turcja Erdogana oddala się od demokracji. To lekcja dla Polski

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Jest coś, co łączy przeciwników liberalnej demokracji i Unii Europejskiej. Zarówno pierwsi, jak i drudzy pokazują realne słabości krytykowanych przez siebie systemów.

Przeciwnicy Unii najczęściej celnie wytykają błędy i nonsensy obecne w polityce europejskiej. Ze swadą opowiadają o podobieństwach między regulacjami Unii a absurdami znanymi np. z realnego socjalizmu. Sęk w tym, że przeciwnicy UE nie mają na razie lepszego pomysłu na uporządkowanie Europy niż ta pełna wad i pychy brukselskich elit Wspólnota Europejska. Na izolacjonizm mogą sobie pozwolić Brytyjczycy, którzy i tak integrowali się w dość ograniczonym stopniu. Ale inne kraje?

Bardzo podobnie rzecz się ma z przeciwnikami liberalnej demokracji. Doskonale wyczuwają częstą w niej hipokryzję, zwaną polityczną poprawnością. Wielokroć mają rację, krytykując patologiczną w zachodnim świecie oligarchizację systemów politycznych i oderwanie się establishmentów od klas średnich, które – głównie od czasu ostatniego kryzysu – podlegają stopniowej pauperyzacji. Antysystemowcy z całego Zachodu z wielką uwagą obserwowali zarówno kampanię przed referendum w sprawie Brexitu oraz zwycięską kampanię Donalda Trumpa, jak i trwający właśnie prezydencki wyścig we Francji. Bo ich częścią wspólną jest w wielu miejscach trafna analiza słabości Zachodu i dominującej w nim liberalnej demokracji.

Krytycy tego systemu, choć często podnoszą niebłahe argumenty, też nie zaproponowali dotąd nic w zamian. Do dziś nie powstał żaden atrakcyjny dla szerokich grup społecznych projekt polityczny, który unikałby błędów liberalnej demokracji, lecz nie zabierał obywatelom swobód, które stały się symbolem Zachodu. Wręcz przeciwnie, większość podejmowanych prób w tym kierunku to raczej antyprzykłady.

Nie inaczej jest ze zmianami, które właśnie zachodzą w Turcji. Referendum konstytucyjne jest kolejnym krokiem, który kraj rządzony przez Recepa Tayyipa Erdogana oddala od Zachodu. Sprzeciw wobec zepsucia liberalnej demokracji przybiera od kilku lat postać krzepnącego właśnie islamistycznego reżimu, który podporządkowuje sobie cieszące się dotychczas jako taką niezależnością media, bierze za twarz uniwersytety, dokonuje czystek w szkołach i administracji państwowej. Teraz zaś podporządkuje prezydentowi państwo, dając mu prawo wydawania dekretów oraz likwidując trójpodział władzy. Wydaje się, że lekcja, która płynie z Turcji, pokazuje manowce, na które mogą zejść krytycy demokracji liberalnej.

Również Rosja prowadzi eksperymenty z alternatywą wobec zachodniej liberalnej demokracji (która tam kojarzy się jednak głównie z chaosem epoki Borysa Jelcyna). Antyzachodnia retoryka Władimira Putina, cały sztafaż miejscowej wersji konserwatyzmu to głównie narzędzie do utrzymania mającej autorytarne zapędy władzy.

Nieco inne źródła ma krytyka liberalnej demokracji w Europie Środkowej. W naszym regionie jest ona m.in. wynikiem refleksji dotyczącej postkolonialnego charakteru, który przybrała transformacja. W Polsce czy na Węgrzech zwraca się uwagę, że takie pojęcia, jak „trójpodział władzy", „państwo prawa" itp., stały się zasłonami skrywającymi interesy grup, które po 1989 r. zamieniły władzę na pieniądze. Walcząc z liberalną demokracją, jej krytycy przekonują, że ich celem jest realne zakończenie transformacji i prawdziwy koniec postkomunizmu, że chcą odzyskać dla swoich krajów podmiotowość. Z częścią tych diagnoz trudno się nie zgodzić. Pytanie jednak, co w zamian. Czy mechanizmy państwa prawa, trójpodziału władz i właśnie liberalnej demokracji nie są bowiem tym, co nas różni od Ukrainy, Białorusi czy Rosji?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA