fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kordon sanitarny sztuki

„Św. Roch uzdrawiający zadżumionych” Jacopo Tintoretto, Scuola Grande di San Rocco, Wenecja
Domena Publiczna
Literatura, malarstwo i architektura – wszystkie świadczą, że ludzkość żyła w ciągłym zagrożeniu zarazami. Dopiero w XX wieku stają się kostiumem, który służy do opisania chorobliwych systemów politycznych.

Dziś wbrew mej woli zobaczyłem w Drury Lane dwa lub trzy domy oznaczone trzema czerwonymi krzyżami ponad drzwiami, z napisami »Boże, miej litość nad nami«, co było pierwszym złym znakiem tego typu, jaki zobaczyłem w życiu" – pisał o centrum Londynu w słynnym zaszyfrowanym „Dzienniku" Samuel Pepys latem 1665 r.

Tamtą dżumę opisał również klasyk „powieści pandemicznej" Daniel Defoe w „Dzienniku roku zarazy", tak naturalistycznym, iż uważano, że stanowi relację uczestnika wydarzeń, choć był genialnym przetworzeniem archiwalnych źródeł: „Łzy i lament widziało się w każdym domu zwłaszcza na początku nawiedzenia, ku końcowi bowiem serca ludzkie twardniały, śmierć zaś tak nieustannie zaglądała im w oczy, że nie przejmowali się już tak bardzo stratą przyjaciół, oczekując, że wkrótce przyjdzie i ich godzina" – pisał Defoe. Dziś zaś jego opowieść oraz film „Siódma pieczęć" Ingmara Bergmana przypomina, że do XX wieku, gdy ludzkość sama zaczęła się eksterminować na wielomilionową skalę z użyciem wynalazków chemicznych i biologicznych – tę straszną rolę odgrywały epidemie.




Broń biologiczna chana

Według różnych szacunków tylko pierwsza fala dżumy w okresie od XIV do XVIII w., zabiła w Europie do 50 mln ludzi. Obecne utyskiwanie na wyjątkową rolę globalizmu w rozprzestrzenianiu się koronawirusa, to syndrom niewiedzy. Ojczyzną dżumy zawsze była chińska wyżyna Yunnan, gdzie pojawiła się kilka tysięcy lat temu i docierała w obszar Morza Śródziemnego dzięki Jedwabnemu Szlakowi albo przez Afrykę. Jeden z najwcześniejszych opisów zarazy – w Atenach w 430 r. przed Chrystusem, znajdujemy w „Wojnie peloponeskiej" Tukidydesa: „Pierwszym objawem była silnie rozpalona głowa, oczy zaczerwienione i piekące (...) następnie pojawiał się katar i chrypka, a po niedługim czasie choroba atakowała płuca i pojawiał się silny kaszel; kiedy zaś zaatakowała żołądek, występowały nudności i wszelkiego rodzaju wymioty żółcią. (...) Wewnątrz zaś chory był tak rozpalony, że nie mógł znieść nawet najlżejszego odzienia ani najdelikatniejszego nakrycia, lecz chciał leżeć nago, a najchętniej rzuciłby się do zimnej wody". Tukidydes pisał o całkowitym upadku moralności: „Każdy chciał prędko i przyjemnie użyć życia, uważając zarówno życie jak i pieniądze za coś krótkotrwałego. Nikt nie miał ochoty trudzić się dla cnoty (...). Ani obawa przed bogami, ani żadne prawa ludzkie nie krępowały nikogo".

Relacja Tukidydesa zadziała w literaturze, nomen omen, jak wirus. Została przetworzona przez Lukrecjusza, wpływowego poetę Cesarstwa Rzymskiego. W arcydziele „O naturze rzeczy" pisał, że ateńska zaraza powraca we śnie i na jawie: „najdziwniejsze kształty widzimy, że nas budzi. Nieraz w nocy zwidzenie dawno umarłych ludzi, Aż przerażeni z krzykiem do jawy powracamy".

Właśnie ten opis inspirował rzymskich klasyków: Wergiliusza, Owidiusza, Tacyta. A chociaż zakazany przez Kościół poemat, przez długie wieki był zapomniany, po odnalezieniu odpisu w XV wieku, stał się inspiracją dla gigantów renesansu – Torquata Tassa, Giordana Bruno, malarza Sandro Boticellego. Na Lukrecjusza powoływali się też Montaigne, Molier, Wolter, Milton, Goethe, nasz Kochanowski i Trembecki.

Wcześniej pod wpływem zarazy powstało kolejne arcydzieło. „Ilokrotnie, miłe damy, pomyślę o wrodzonym wam współczuciu, zaraz wystawiam sobie, że dzieło niniejsze będzie miało dla was smutny i przykry początek. Zaczyna się ono bowiem od wspomnienia morowej zarazy, strasznej i żałosnej dla każdego, kto był jej świadkiem albo też jakimkolwiek sposobem o niej uznał" – zaczął Giovanni Boccaccio, wydany drukiem w 1470 r. „Dekameron" opisujący skutki dżumy, która w 1348 r. pochłonęła 100 tysięcy mieszkańców Florencji.

Dziś muzea są pozamykane, ale o przyczynach tamtej pandemii zajmująco opowiada kolekcja Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku. I wtedy pierwszymi ofiarami byli Włosi, a konkretnie Genueńczycy, którzy bronili przed Tatarami Kaffy, handlowej osady nad Morzem Czarnym. Gdy w 1347 roku pokonali zadżumione oddziały Dżani-Beka, chan użył „broni biologicznej" i rozkazał katapultować do twierdzy kilka trupów, by „zatruć powietrze chrześcijanom". Jesienią z Kaffy do portów włoskich przybyło 12 galer genueńskich i pandemia rozlała się po Europie. Odpowiedzią były ortodoksyjne praktyki religijne, procesje biczowników, które odbywały się również w Polsce, próbą zaś odreagowania „dance macabre" – odgrywane, rysowane i malowane. Ale i pogromy Żydów. Ulegając fanatyzmowi i panice posądzano ich o rozsiewanie zarazy, której celem miało być rzekomo wytracenie wyznawców Chrystusa. Polski kronikarz Jan Długosz notuje, że w 1360 r. morowe powietrze zabrało w Polsce więcej niż połowę ludności, a pod koniec życia tolerancyjnego króla Kazimierza Wielkiego też doszło do pogromów Żydów, palonych i wieszanych za celowe roznoszenie zarazy. Gdzie brakowało Żydów – zabijano „żydowskich sługusów". Wokół tego wątku osnuta jest powieść „Msza za miasto Arras" Andrzeja Szczypiorskiego, który w historycznym kostiumie opowiedział jednocześnie o polskim Marcu '68.

Pierwsza kwarantanna

Oddajmy głos Boccacciowi: „Zapobieżenia ludzkie na nic się zdały (...) ani też pokorne modlitwy, procesje i wszelkie pobożne dzieła". Tak jak Tukidydes zauważa porzucenie dobrych obyczajów. „Nie jeden człek samotnie z tego świata schodził, nie będąc żegnany łzami i wzdychaniami swoich krewniaków. Miast szlochów rozbrzmiewały żarty, śmiech i wesołość na stypach".

Jednocześnie książka stała się dla przyszłych pokoleń receptą na to, jak dzięki sztuce przetrwać czas grozy. Oto siedem kobiet i trzech mężczyzn snuje w 100 nowelkach opowieść o cnocie, grzechu, miłości i hipokryzji w życiu królów, książąt, duchowieństwa, szlachty, mieszczan – ich równości wobec Boga, losu i śmierci. Powstał kanon nowożytnej prozy, a do najsłynniejszych noweli należy „Diabeł i piekło". Przewrotna historia opowiada o zagnaniu przez pustelnika diabła do piekła, gdy diabłem był jego fallus, piekłem zaś vagina naiwnego dziewczęcia, z czym łączy się przewrotne powiedzenie: „Najmilsza służba dla Boga – wtrącać w piekło jego wroga".

Z kolei „Sokół" to do dziś wzorzec idealnej literackiej konstrukcji i budowania dramaturgii. Oto ubogi szlachcic przygotował na obiad ukochanego sokoła, by zdobyć miłość damy, która była wcześniej obojętna na jego zaloty. Sławy „Dekameronu" nie zniszczyło wpisanie go do indeksu ksiąg zakazanych. Zilustrował go m.in. Sandro Botticelli, na ekran zaś przeniósł Pier Paolo Pasolini.

Ledwie kilka dekad po wydarzeniach opisanych przez Boccaccia nawiedziła Europę kolejna fala dżumy. Bohaterem tamtego czasu stał się przyszły katolicki święty – Roch, patron aptekarzy i lekarzy, chroniący od zarazy. Po wczesnym osieroceniu, gdy rozdał majątek, wyruszył z Montpellier do Rzymu, gdzie opiekował się zadżumionymi i miał dokonać cudownych ozdrowień. Podczas drogi powrotnej do Francji, zaraził się dżumą w Piacenzy. Legenda głosi, że ukrył się w pobliskim lesie, by nie zarażać innych. Miał go tam wytropić pies rycerza Gotharda, który przynosił mu pożywienie, co pomogło w cudownym wyzdrowieniu.

Pod wezwaniem św. Rocha papieże zbudowali w Rzymie kościół i szpital. Przykład płynął na całą Europę, w czym pomagało franciszkańskie bractwo św. Rocha. Szybko stał się patronem Parmy i Wenecji i właśnie weneckie bractwo w 1485 roku zdobyło szczątki świętego. Posiadanie relikwii przysporzyło ogromne dochody, ale też pomogło wypromować ideę lazaretów. W 1489 roku rozpoczęto wspieraną przez senat Wenecji budowę domu zgromadzeń i kościoła. Św. Rocha przedstawił tam w imponującym cyklu Jacopo Tintoretto. Zespół architektoniczny jest i dziś rozpoznawalny. Gra w serialu „Nowy papież" Paola Sorrentino, gdzie umieścił przebywającego w śpiączce Piusa XIII, za którego modli się tłum wiernych.

Można chyba mówić o naszej ignorancji, gdy zwiedzamy sakralne budowle i miasta Europy, nie rozpoznając pandemicznych znaczeń, jakie się z nimi wiążą. Wenecja jest wręcz naszpikowana pamiątkami po trzech falach dżumy – w roku 1348 oraz w latach 1575–1577 i 1630–1631, które związane są z jej zamorskimi kontaktami. Jedną z najbardziej charakterystycznych budowli miasta u wejścia do Canal Grande, jest bazylika Santa Maria della Salute. Została wzniesiona decyzją weneckiego Senatu jako wotum dziękczynne po zakończeniu dżumy w 1631 roku, która pozbawiła życia jedną trzecią mieszkańców. Budowa kościoła otoczonego sześcioma kaplicami trwała pół wieku, ale do dziś 21 listopada każdego roku kończy się tam uroczysta procesja dziękczynna za zdrowie miasta. Wenecjanie palą potem świece i częstują się plackami.

Wenecja była też najprawdopodobniej pierwszym miastem na świecie, które, by bronić zdrowych przed zarazą, trzymało marynarzy powracających z dalekich wypraw w kwarantannie. W lazaretach towarzyszyły im obrazy i posągi św. Rocha.

Epidemie położyły się cieniem również na życiu rodziny Williama Szekspira. Tuż przed jego przyjściem na świat, dżuma zabiła jedną szóstą mieszkańców rodzinnego Stratfordu, a dwie trzecie narodzonych wówczas dzieci zmarło nie ukończywszy pierwszego roku życia. Wielu historyków uważa, że właśnie pandemia, która zabrała syna pisarza – Hamneta, sprowokowała go do napisania najsłynniejszej nowożytnej tragedii, czyli „Hamleta", medytacji nad sensem życia i jego kruchością.

Zaszczurzony, trapiony zarazami Londyn, gdzie tworzył Elżbietańczyk, nie pustoszał tylko dlatego, że każdego roku napływało tam więcej ludności z prowincji, niż umierało. Jak pisze w „Stwarzaniu świata" Stephen Greenblatt, znakomity biograf Szekspira, władze „nie odwoływały nabożeństw, niemniej inne publiczne zgromadzenia były źle widziane, a gdy liczba zgonów przekraczała pewną granicę (w Londynie trzydzieści tygodniowo), nakazywano zamknięcie teatrów". Kaznodzieje upominali, że Bóg zsyła zarazę za grzechy, nierząd, sodomię i komediantów. Zespoły, którym się poszczęściło, dostawały od swoich protektorów specjalne dotacje, umożliwiające przetrwanie bez wpływów z kasy, inne musiały szukać szczęścia na prowincji.

Właśnie dżumie zawdzięczamy pośrednio także arcydzieło literatury elżbietańskiej, bo gdy trupa Szekspira nie mogła grać latem 1592 roku, otrzymał on zamówienie na sonety. Cykl 154 utworów do dziś pozostaje jednym z największych osiągnięć poety. Podobnie jak poemat „Wenus i Adonis" pozwolił podtrzymać dialog z odbiorcami, gdy sceny były zamknięte. Podobną rolę odgrywa dziś internet.

Szekspir dzięki zleceniu przetrwał atak dżumy, ale gdy kolejna fala nadeszła w 1594 roku – z siedmiu czołowych kampanii aktorskich zostały tylko dwie, w których znaleźli się najbardziej utalentowani aktorzy i pisarze, odporni na choroby. Szekspir znalazł miejsce w zespole Sług Lorda Szambelana. Jego biograf właśnie nieprzewidywalność kolejnych fal epidemii podaje jako jeden z najważniejszych powodów płodności elżbietańczyka. Zasady teatralne były takie jak dziś: trzeba było jak najwięcej pisać na scenę i grać, by zarobić na czas, gdy teatry będą zamknięte przez epidemię. Gdy na prapremierze „Króla Leara" grający tytułową rolę Richard Burbage mówił do Goneryli:

„Żegnaj. Już nigdy się nie zobaczymy.

Lecz jesteś córką, z mojej krwi i ciała:

Ściślej – chorobą, co ciało me toczy,

I w tym znaczeniu jest moja: naroślą,

Piętnem zarazy, spuchłym karbunkułem

Wzrosłym z zepsutej krwi"

(przekład Stanisława Barańczaka).

Publiczność przez porównanie jej z dżumą miała jak najgorsze skojarzenia.



Epidemia polityczna

Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy świat nie słyszał o koronawirusie, kluczowe w rozumieniu „Dżumy" Alberta Camusa było motto zaczerpnięte z Daniela Defoe: „Jest rzeczą równie rozsądną ukazać jakiś rodzaj uwięzienia przez inny, jak ukazać coś, przez coś innego, co nie istnieje". Opowiadając o społeczności Oranu, Camus przedstawił najstraszliwsze doświadczenie XX wieku, czasy faszyzmu i komunizmu, które przyniosły sprawdzian ludzkich postaw. I ten aspekt jest dla nas najbardziej interesujący z perspektywy rozwijającej się dopiero pandemii. Nie wiadomo bowiem, do czego zmusi nas wirus, jakich postaw będzie wymagał.

Opisywani przez Camusa Orańczycy są z pewnością tacy jak my: lubią życie. Ich katastrofę zapowiada słynne zdanie: „Rankiem 16 kwietnia doktor Bernard Rieux wyszedł ze swego gabinetu i pośrodku podestu zawadził nogą o martwego szczura. (...) przyszło mu na myśl, że ten szczur nie powinien był tam się znaleźć".

Rieux, główna postać powieści, pochodzi z robotniczego środowiska, a bycie lekarzem jest dla niego nie tylko spełnieniem marzenia o awansie społecznym, lecz także realizacją społecznej misji. Na początku jest bohaterem społeczności, którą ratuje przed chorobą i jej śmiertelnymi skutkami. Uosabia takie wartości jak nieugiętość, niesienie pomocy innym, przełamywanie strachu i własnych słabości po to, by pokonać szerzącą się wokół śmierć. Zaangażowany w ratowanie chorych, nie może pożegnać się z żoną, która zmarła kilkaset kilometrów od Oranu w sanatorium. Z czasem jednak Rieux traci sympatię obywateli i gdy przychodzi do pacjentów, kojarzy się już wyłącznie ze słabością cywilizacji, opieki zdrowotnej. Staje się łatwym celem wyładowanych frustracji.

Intrygującą dla nas ewolucję postaw przechodzą inni mieszkańcy miasta, otoczonego kordonem sanitarnym. Większość podporządkowuje się zasadom kwarantanny, ale są też tacy, którzy organizują płatny przemyt z Oranu na „wolność", nie dbając o to, że tworzą nowe ogniska choroby. Z kolei dziennikarz Rambert przybył do Oranu z Paryża, by opisać trudną sytuację Arabów. Konieczność pozostania z obcą mu społecznością z początku wydaje mu się absurdem, dlatego próbuje nielegalnej ucieczki. Z czasem najważniejsza zaczyna być dla niego solidarność z walczącymi o przetrwanie. Śledczy Othon ubolewa nad tym, że po wybuchu epidemii mieszkańcy Oranu nie przestrzegają rygorów związanych z chorobą. Po śmierci synka dobrowolnie zostaje w obozie kwarantanny, pracując tam jako ochotnik. Umiera na dżumę w ostatnich dniach epidemii.

Nie wszyscy zdają egzamin wierności w obliczu śmierci. Rodziny się rozpadają, gdy któreś z małżonków odchodzi dla kochanka lub kochanki, pragnąc spełniać miłosne marzenia, gdy jutro jest niepewne. Ale są też tacy jak żona doktora Castela, której wydawało się, że małżeństwo dla niej mało znaczy, tymczasem wraca do Oranu, by towarzyszyć mężowi w ostatnich dniach przed śmiercią. Dla naszego społeczeństwa intrygująca jest postać ojca Paneloux, jezuity. Z początku jest surowym moralistą, pouczającym, że plaga to kara za niemoralne życie obywateli. Duchowa posługa przy łóżku chorego dziecka i jego śmierć wzbudza w jezuicie wątpliwości. Dołącza do wolontariuszy, a w kazaniach przekonuje, że śmierć niewinnego dziecka jest próbą wiary. Gdy zachoruje – nie chce wzywać lekarza, pokładając całą nadzieję w Bogu. Ponieważ dla Rieux objawy choroby Panelouxa nie przypominały symptomów zarazy, lekarz odnotowuje to jako wątpliwy przypadek. Trudno nie dopatrzyć się w takim ujęciu demonstracji laickiego humanizmu, którego patronem nie jest św. Roch, tylko antyczny heros Prometeusz, zbuntowany przeciwko Zeusowi.

Swoich pozytywnych bohaterów Camus nazywał ludźmi zbuntowanymi przeciwko złu, które próbuje rządzić światem. Starał się pokazać, czym jest w chwili wielkiej próby moralność, wierność, solidarność, a czym zdrada i tchórzostwo. W 1992 roku ekranizację „Dżumy" zrealizował argentyński reżyser Luis Puenzo.

Camus, pisząc „Dżumę", inspirował się „Dziennikiem roku zarazy" Defoe, podobnie jak nasz Gustaw Herling-Grudziński, tworząc m.in. „Dżumę w Neapolu. Relację o stanie wyjątkowym". Opowiada o okresie okupacji włoskiego miasta przez Hiszpanów tuż po rebelii w 1647 r. kierowanej przez ludowego trybuna Masaniella. Herling podkreśla, że dżuma, dając pretekst do zamaskowanego „stanu wyjątkowego lub wojennego – służyła władzy do przetrącenia ludowi kręgosłupa jednym mocnym ciosem", bo „dżuma jest przede wszystkim chorobą życia zrzeszonego. (...). Powiem to jeszcze precyzyjniej: dżuma jest synonimem zaniku więzów międzyludzkich".

Hiszpański wicekról Neapolu, hrabia Castrillo „za murami swej fortecy, miał prawo zacierać ręce. Stało się to, czego pragnął, czego nie ukrywał nawet w raportach przygotowanych dla Madrytu: pękły wszystkie więzy społeczne i rodzinne (...). Miasto było na jego łasce i niełasce".

Dziś, martwiąc się o zdrowie i życie nas i naszych bliskich, może z mniejszym zaangażowaniem myślimy o tym, jaki będzie stan polskiej demokracji w obliczu wyborów prezydenckich, które wedle wielu głosów, przy niemożności prowadzenia kampanii wyborczej, powinny zostać przełożone. Nie napawa optymizmem refleksja zamykająca „Dżumę w Neapolu". Herling-Grudziński pisze: „Gdy wypaliła się euforia ocalenia po neapolitańskiej dżumie (...) panoszyły się demoralizacja, korupcja, pogarda dla praw Boskich i ludzkich, niechęć do pracy, obojętność, apatia, atrofia oporu przeciw obcemu panowaniu". Tak może być wszędzie. Lecz nie musi. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA