fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bogusław Chrabota: Dozwolony bunt przeciw historii

Fotorzepa/ Maciej Zienkiewicz
Co by było ze światem, gdyby w 31. roku przed Chrystusem, w słynnej bitwie pod Akcjum w Epirze zwyciężyli nie Oktawian i Marek Agrypa, ale Antoniusz i Kleopatra? Czy to w ogóle byłoby możliwe? W drobnym szkicu sprzed lat dowodziłem, że całkiem prawdopodobne. Antoniusz miał przecież przewagę. Jego armia lądowa była nie mniej liczna niż siły Oktawiana, a flota złożona z wielkich pięciorzędowców miała gigantyczną siłę uderzeniową, znacznie większą niż eskadry lekkich liburnów przeciwnika.

Wyobraźmy sobie więc taki oto przebieg bitwy: 2 września, kiedy przychodzi mocny wiatr od lądu sprzyjający flocie rzymsko-egipskiej, Marek Antoniusz wyprowadza swoje okręty z zatoki. Wydaje rozkazy, by trzymały zwarty szyk, ale jeden z wodzów wyrywa się w pogoń za uciekającymi jednostkami Oktawiana. W linii floty Antoniusza pojawia się luka, w którą rzuca się jak dzika wataha grupa wrogich ścigaczy. Zaczyna się chaos, który zmienia koleje bitwy. Druga linia sprzymierzonej floty, czyli okręty egipskie, zamiast włączyć się do bitwy bierze kurs na Aleksandrię. Widząc to, zdezorientowany Antoniusz przesiada się na szybką jednostkę i płynie w ślad za nimi. Ale jego galery walczą dalej. Jeszcze chwila, a zostaną ostrzelane płonącymi pociskami, co przypieczętuje ich los... Ale tu nagle kapryśna fortuna odwraca się od Oktawiana. W momencie, kiedy flota egipska zwraca się w stronę brzegów Afryki, wynajęty skrytobójca (parę mieszków złota, cóż to dla Antoniusza) dokonuje egzekucji Marka Agrypy. W szeregach jego dowódców zamieszanie. Brak koordynacji powoduje, że rzymskie liburny nie trafiają już z taką precyzją w słabe miejsca floty Antoniusza. I wtedy wraca triumfalnie pozorująca manewr ucieczki flota Kleopatry i z prawej strony atakuje okręty Oktawiana. Wzięte w dwa ognie jednostki zachodu wpadają na siebie i toną. Klęska wrogów Antoniusza na morzu jest pełna. Triumfujący wódz armii wschodu wraca na ląd, staje na czele wzmocnionych sukcesem na morzu oddziałów lądowych i atakuje centurie Oktawiana. Ten bez Agrypy jest bezradny. Nie ma ani talentów dowódczych, ani zaufanego wodza. Ucieka z małą grupą żołnierzy do Rzymu, ścigany po górach i dolinach przez awangardę armii Antoniusza.

Jakie byłyby prawdopodobne skutki takiego odwrócenia kart historii? Dalsze zdarzenia dyktuje już wyłącznie czysta wyobraźnia. Oktawian ginie skrytobójczo zamordowany, a Antoniusz z podszeptu Kleopatry ogłasza się królem Rzymu. Rozpoczyna jednak prześladowania przeciwników politycznych. To doprowadza ostatecznie do buntu, ucieczki i jego śmierci z rąk zrewoltowanego tłumu oraz kryzysu, który kończy przekazanie władzy w ręce Cezariona, spadkobiercy Cezara i Kleopatry. Ten, tytułowany „zbawcą ojczyzny", idzie w ślady Aleksandra, podbija Arabię, po niej Indie, a jego następcy – Chiny. Losy świata toczą się zupełnie inaczej. Zhellenizowany Wschód nigdy nie wyprodukuje Czyngis-chana czy Timura Chromego, a chrześcijaństwo, jeśli w ogóle się przebije, przykryje buddyzm, skojarzy się z konfucjanizmem, a islam nigdy się nie narodzi.

Cóż, czy to tylko pociągające igraszki intelektualne? Trening umysłowy erudytów? Na pewno po części. Ale myślę, że za każdą taką projekcją rzeczywistości urojonej kryje się głęboki motyw psychologiczny. Dla jednych może być buntem przeciw Opatrzności. Dla innych przeciw filozoficznemu determinizmowi. W obu jednak przypadkach rzecz sprowadza się do jednego, do braku zgody na fatalizm dziejów. Dziejów, przez które przebija się niemal doskonała moralna indyferencja.

W realnej historii, czystym biegu zdarzeń, niemal nigdy nie ma pewności, czy zwycięży dobro czy zło. Zabójstwo w Sarajewie, miast skończyć się narodową żałobą, rozpętuje piekło wojny światowej. Hitler przeżywa kolejne zamachy, a na szafot idą ci, którzy chcieli ratować honor Rzeszy. W Rosji wygrywają (wbrew całej logice polityki) bolszewicy Lenina, a potem dochodzi do władzy arcyzbrodniarz Stalin. Podczas konferencji w Wannsee zostaje podjęta decyzja, która zmieni koleje moralne świata.

Czy to wszystko musiało się wydarzyć? – pytamy w duchu. I mimo że odpowiedź dawno przyniosła historia, próbujemy choćby w wyobraźni dzielnie stawić jej czoło. Bunt to maleńki, na pozór nieważny, niewymagający większej odwagi. Ale jak potrzebny. Jak niezbędny. Dowodzi, że człowiek i wolność to jedno. Dlatego kocham te zbuntowane opowieści.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA