fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Adam Robiński: Kiczery czyli jak Grecy zaludnili polskie góry

Krościenko koło Ustrzyk Dolnych, w którym osiedlano uchodźców z Grecji. Mieszkańcy wyczekują na przyjazd pociągu relacji Zagórz–Przemyśl, którego część trasy będzie biegła przez terytorium ZSRR, 1 grudnia 1963 r.
Forum
Gdziekolwiek byli, przez kilkadziesiąt kolejnych lat wznoszone przy różnych okazjach toasty łączyli z życzeniem: – Kie tu chronu stin patrida! Oby za rok już w ojczyźnie!

Do Krościenka Grecy przyjechali ze Zgorzelca. Byli wśród nich również Macedończycy i mieszkańcy Tracji, ale – wbrew słowom Manolopulosa – poza nimi samymi mało kto potrafił ich rozróżnić. Wszyscy uważali się za górali, wiedzieli, że jadą w góry, ale na miejscu okazało się, że góry górom nierówne. Nijak nie byli przygotowani na tę przeprowadzkę do krainy surowych, wschodniokarpackich zim.

Dionisos Sturis, urodzony już w Polsce potomek greckich emigrantów, to pierwsze wrażenie opisał w wymowny sposób w książce „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji": „Zobaczyli skutą lodem rzekę Strwiąż i dwumetrowe zaspy śniegu, przez które trzeba było kopać tunele. Nie mieli odpowiednich butów, kożuchów, łopat do odśnieżania. Dobrze, że choć dachy domów, które zajmowali, wytrzymywały ciężar nieustającego opadu. Małe drewniane chałupy stały puste, jakby czekały na nowych gospodarzy. Było ich dość, uchodźcy mogli wybierać spośród nich według uznania. Chociaż co to za wybór? Wszystkie domy były tak samo małe, tak samo stare, tak samo zdewastowane, zagrzybione, zawilgocone i dziurawe, bez pieców i podłóg. Mroźne powietrze wpadało do środka przez nieszczelne okna i drzwi. Stare płoty wokół chałup już w pierwszych dniach poszły na opał. W sumie dobrze, bo nie było po co się od innych odgradzać".

Krościenko, Ustrzyki Dolne, Czarna, Lutowiska, Bandrów, Bystre, Liskowate i jeszcze kilka wsi ledwie parę miesięcy wcześniej wróciły w skład Polski. Grecy byli jednymi z pierwszych w tych stronach. W długie, ciemne wieczory zimy 1951 roku mieli dużo czasu na kontemplowanie drogi, którą pokonali.

Jak wszystko co greckie, ich tułaczka zaczęła się u zboczy Olimpu. Pewnej wiosennej nocy 1946 roku we wsi Litochoro nieduża komunistyczna bojówka napadła na miejscowy posterunek żandarmerii. W starciu, mającym na celu odbicie więźniów, zginęło trzynastu funkcjonariuszy państwowych. Z czasem historycy uznali je za początek bratobójczej wojny domowej. Podziały polityczne szły przez rodziny, wsie, społeczności, a rany goiły się po niej przez pokolenia.

Wojnę toczyły między sobą wspierane przez Amerykanów i Brytyjczyków siły monarchistycznej prawicy z republikańską lewicą. Demokratyczna Armia Grecji liczyła sobie kilkadziesiąt tysięcy partyzantów i z czasem zdobyła kilka istotnych przysiółków, docierając aż w okolice Koryntu, jednak wsparcie zaprzyjaźnionych państw satelickich ZSRR w pewnym momencie wyczerpało się, a na zaprzestanie walk nalegał sam Stalin. Kiedy armia rządowa uzbrojona po zęby przez Amerykanów zdziesiątkowała partyzantów, przegranym pozostała tylko emigracja. W parę miesięcy Grecję opuściło sześćdziesiąt tysięcy członków organizacji komunistycznych i sympatyków lewicy wraz z rodzinami. Trafili do ZSRR, Czechosłowacji, Bułgarii, Niemieckiej Republiki Demokratycznej, na Węgry i do Polski.

Na osobistą prośbę Stalina w czasie walk Bolesław Bierut zlecił wysłanie partyzantom między innymi 10 tysięcy par butów i koszul, 4,5 tysiąca karabinów typu mauzer, 65 karabinów maszynowych, 18 moździerzy i 679 pistoletów, 26 ton materiałów sanitarnych i sprzętu medycznego oraz ponad 2 tysiące min przeciwczołgowych i przeciwpiechotnych. Ale kiedy okazało się, że to za mało, Polska zaoferowała przegranym to, co najcenniejsze: dom. Partyzanci trafiali nad Wisłę na pokładach statków Stalowa Wola, Kościuszko, Wisła, Bałtyk, Lechistan, Narwik, Borysław oraz Karpaty.

W swojej książce Sturis przedstawił tę migrację pod postacią matematycznych słupków, zupełnie jakby chciał każdą z tych historii opowiedzieć jednostkowo. 6587 bojowników i bojowniczek, którzy do Polski przypłynęli tylko z tym, co mieli na sobie. 2613 cywilnych uchodźców z wojny domowej. 2800 ciężko rannych inwalidów wojennych, których umieszczono w specjalnie zorganizowanym na tę okazję szpitalu w Dziwnowie na wyspie Wolin. 3934 dzieci ewakuowanych z obszaru walk, w tym 113 sierot i 620 półsierot, z których pierwsze jeszcze w czasie trwania wojny domowej przetransportowano do Lądka-Zdroju.

Stolicą polskich Greków stał się Chojnów na Dolnym Śląsku, choć trafili też w wiele innych miejsc na Ziemiach Odzyskanych. Gdziekolwiek byli, przez kilkadziesiąt kolejnych lat wznoszone przy różnych okazjach toasty łączyli z życzeniem:

– Kie tu chronu stin patrida! Oby za rok już w ojczyźnie!

Pierwsze powroty rozpoczęły się w 1974 roku, w 1983 premier Andreas Papandrou ogłosił amnestię dla dawnych bojowników, a dwa lata później Polska i Grecja dogadały się w sprawie wypracowanych na emigracji emerytur. Do dawnego domu wróciło pięć i pół tysiąca uchodźców i ich potomków. Reszta została w tym nowym.




Nikt nikogo nie zmuszał

Podczas podróży po Patagonii Chatwin trafił do kolonii walijskich emigrantów, więc ja będę miał Greków, pomyślałem. Zapytałem Sturisa, kto w Krościenku może pamiętać tamte czasy. Dał mi telefon do Aleksandry Ziembickiej, sołtyski od pięciu kadencji.

– Szkoda, że tak późno się pan za to zabrał – mówiła Ziembicka. W dowodzie miała Aleksandra, bo tak jedyną córkę zarejestrował w urzędzie ojciec, ale wszyscy i tak mówili na nią Danka, jak chciała matka. – Prawie nikt już nie został. Rodzice wszystko świetnie pamiętali, ale nie przyszło nam do głowy, żeby cokolwiek zapisywać.

Grecki cmentarz wyrósł na pagórku kilkaset metrów za wsią i kilometr przed przejściem granicznym. Przez dużą część roku ginął w liściach barszczu Sosnowskiego. Koszony nawet kilka razy w roku, nijak nie dawał za wygraną. Granicy między światem żywych i umarłych pilnowały więc toksyczne furanokumaryny. Kontakt z nimi wywoływał martwicę skóry, a blizny goiły się latami. Krościenko, jak i cały region, miało swoje parzące epizody.

Grobów było kilkadziesiąt, niemal wszystkie zadbane, z dwujęzycznymi tablicami. Na niektórych płytach leżały wyblakłe bukiety i dawno przepalone świeczki. Chodziliśmy między nimi, depcząc wysoką trawę i spisując nazwiska.

– Ostatnią, Wasiliki Kapsidis, pochowaliśmy w 2011 roku. Potem trzeba już było kłaść ludzi na komunalnym. Może to i lepiej? Bliżej wsi, bliżej rodzin.

Niektórych zmarłych ekshumowano, a ich szczątki, na prośbę bliskich, odbywały jeszcze jedną podróż pozagrobową – do Grecji.

Nad grobami Greków Ziembicka przywoływała czasy, gdy Krościenko tętniło życiem. Pamiętała je z relacji ojca, Lazosa Jucosa, dla Polaków Józka.

– Że Macedończyk? Grek, jak wszyscy pozostali! Ślązakom nikt nie wmawia, że nie są Polakami.

Lazos Jucos przypłynął do Polski statkiem z Albanii. Na miejscu poznał przyszłą żonę, Polkę, która pracując z Grekami, szybko nauczyła się ich języka. Greka przydawała się szczególnie nauczycielom, uczniowie lubili sobie tak podpowiadać. Z kolei Lazos w domu mówił głównie po polsku, więc z czasem zaczął ojczysty język zapominać. Umarł jako siedemdziesięciodziewięciolatek.

– Do ostatnich dni czytał i oglądał telewizję bez okularów! – chwaliła córka. Sama znała grecki, macedoński i jeszcze serbski. Co rusz odbierała telefon. Kończyła rozmowy tak samo szybko, jak je zaczynała. Jej energią można by rozdzielić pół wsi.

– Dopóki tu jestem, nie dam o Grekach zapomnieć! – powtarzała.

Kiedy pytałem o Krościenko po wojnie, roztaczała wizję samowystarczalnej wsi, nad którą pieczę sprawowała spółdzielnia produkcyjna Nea Zoi, Nowe Życie. Powstała zaraz po tym, jak Grecy przyjechali do Krościenka. W pierwszym odruchu przygotowali punkty zbiorowego żywienia, bo w niektórych chatach, które zajęli, nie dało się gotować. Spółdzielnia zorganizowała mrowie budynków gospodarczych: stajnie, chlewnie, owczarnie, kurniki, magazyny na paszę i stodoły. Na budowę tych ostatnich przeznaczono cegły zebrane podczas społecznego odgruzowywania Wrocławia. Grecy gospodarzyli na trzech tysiącach hektarów. Siali pszenicę, żyto, jęczmień, kukurydzę, sadzili ziemniaki i buraki. Na ich pastwiskach pasło się czterysta owiec, pięćset krów i tysiąc kóz. Były też konie i świnie. Na dietę Krościenka pracowały piekarnia, ubojnia, drobiarnia i jeszcze wiejska pasieka; na dobrobyt: dwa sklepy spożywcze, odzieżowy, obuwniczy, fryzjer, szewc i krawiec. Tartak robił na trzy zmiany. Nieźle jak na siedmiuset pięćdziesięciu pięciu mieszkańców, z których pięćset stanowili Grecy.

– Ludzie się czepiają, że wychwalam spółdzielnię, bo w niej pracuję – Ziembicka była na pół etatu nocnym stróżem w warsztacie – Ale bez spółdzielni nie byłoby tu nic! Spółdzielnia ma swój pług, więc w zimie jesteśmy najlepiej odśnieżani. Jak trzeba, użyczy koparki. Z tartaku daje skorzystać – wyliczała.

W szczycie rozwoju Nowe Życie utrzymywało ponad trzy tysiące greckich pracowników ze wszystkich okolicznych wsi. I nikt nikogo do niczego nie zmuszał, mówiła Ziembicka, każdy wiedział, co ma robić. Ten społeczny zapał przywieźli ze sobą z Grecji.

– A teraz mamy trzy księgowe na czterdziestu pracowników. W tym trzynastu umysłowych. Tak gospodarzą Polacy.

– Za Greka było lepiej?

– Pewnie, że lepiej. Szkoda, że mało kto już pamięta, żeby im lampkę zaświecić. Przecież oni to wszystko zbudowali swoją pracą. A potem zostawili tu swoje kości.

Tanasis Tarsudis urodził się w 1958 roku w Ustrzykach Dolnych. Jego rodzice kilka lat wcześniej trafili do Krościenka z Wrocławia. Kiedy ojciec zachorował, lekarze doradzili mu czyste, górskie powietrze. Pod radziecką granicą znaleźli pustostan i pracę. Ojciec Dimitrios od piętnastu lat leżał już na cmentarzu komunalnym w centrum wsi. Osiemdziesięcioośmioletnia matka Drosia, która ojczyznę opuściła jako szesnastolatka spod Aleksandropolis na północnym wschodzie kraju, była ostatnią Greczynką z Krościenka z pierwszego pokolenia uchodźców.

– Poza moją mamą nie ma już nikogo. Reszta umarła lub wyjechała. Z tych, co urodzili się już w Polsce z obojga greckich rodziców, jestem ja, moja siostra, pani ze świetlicy i dwie lub trzy inne osoby.

Tanasis Tarsudis dwadzieścia lat przepracował w spółdzielni jako elektryk, potem przeniósł się na przejście graniczne.

– Za Ruskiego Polska nie musiała niczego pilnować. A teraz jest odwrotnie, to Ukraińcy nie muszą – mówił. W latach sześćdziesiątych jego ojcu zdarzało się chodzić przez zieloną granicę na wódkę. Jeszcze jeden bieszczadzki obrazek: Grek spotykał się z Ukraińcem na polsko-radzieckiej granicy.

– A płot graniczny? A pas zaoranej ziemi? – zapytałem zaniepokojony.

– Wszystko było, ale on i jego koledzy pili z tymi, którzy ten pas orali, więc problem znikał.

– A wy, dzieci, chodziliście po górach?

– Nie było kiedy. Przed szkołą pasło się barany, po szkole oporządzało świnie i kury.

I tak mamy najgorzej

Rozmawialiśmy w świeżo wyremontowanym budynku świetlicy. Pierwsza, wraz z kinem Partyzant, mieściła się w cerkwi za torami. Potem i kino, i świetlicę przeniesiono w okolice głównego skrzyżowania. W połowie lat siedemdziesiątych Krościenko oglądało tu swoje pierwsze „Teleranki". Teraz spółdzielnia pomogła obniżyć sufit, położyć podłogę i boazerię, wstawić okna. Co roku dwadzieścia cztery tysiące złotych szły na ogrzanie budynku.

– I dlatego ja będę obstawała za spółdzielnią! Kto mi będzie palił w świetlicy, jak nie ona? – Ziembicka usadziła mnie przy stoliku pod oknem. Przed sobą miałem tabliczkę PRZEWODNICZĄCY KOMISJI. Tarsudis siadł obok. Na środku sali stała przezroczysta urna przystrojona w biało-czerwoną flagę. Krościenko przygotowywało się do wyborów. Przyjrzałem się liście kandydatów. Nie było na niej żadnych greckich nazwisk.

– Kto u was wygra?

– Ja tam ludzi na nikogo nie namawiam, to nie wiem – odpowiedziała Ziembicka.

– My tu w Bieszczadach i tak mamy najgorzej – wtrącił Tarsudis. – Najniższe płace, wszędzie drożyzna. W Sanoku jest lepiej, Rzeszów ma przynajmniej jakiś rynek pracy. A o nas Polska zapomniała.

– I jeszcze nam się ekolodzy osiedlili – dodała sołtyska. – Nie pozwalają nam żwiru brać z rzeki, bo siedzi w niej minóg czy coś innego. Wcześniej każdy brał żwir, kiedy go potrzebował. A teraz nie można, tyle żwiru w rzece leży i się marnuje.

Sołtyska wzięła mnie jeszcze na nowszy cmentarz nieopodal budynku dawnej szkoły, którą właśnie przerabiano na mieszkania komunalne. Był rzymskokatolicki, ale Greków spoczywało na nim tak samo dużo jak Polaków.

– Byli katolikami? – zapytałem.

– Skąd, wyznania wschodniego.

– To czemu tu pochowani?

– Bo parafianie! No i lepsi katolicy niż my dzisiaj.

Wśród Polaków i Greków na cmentarzu pochowano też Marię Wolf. Na płycie nagrobkowej stał samotny, dawno przepalony znicz. Z czarno-białego zdjęcia patrzyła przygnębiona kobieta z włosami do ramion.

– Ostatnia przedwojenna mieszkanka Krościenka – powiedziała Ziembicka.

Maria Wolf urodziła się w 1919 roku i zmarła siedemdziesiąt trzy lata później. Pochodziła z polskiej rodziny, ale nazwisko miała niemieckie, bo za męża wzięła spolszczonego Niemca. Tak, w Bieszczadach byli i Niemcy, trafili tu jeszcze w XVIII wieku, podczas masowej kolonizacji józefińskiej. Marię Wolf z Krościenka wielokrotnie wyrzucano. Była więziona w Chyrowie i zesłana do Workuty, gdzie o domu przypominały jej tylko kwitnące na śliwkowo przylaszczki i rzepa, takie same jak w Karpatach. Na Syberię dojechała z wielkim kołtunem i strupem pełnym wszy. Nocami śniła o swojej matce, która ciepłego wiosennego dnia sadzi w przydomowym ogródku ziemniaki, nad Oratykiem stoi słońce, a w dole szumi potok Stebnik. Rankami wlokła się na dwudziesty szósty kilometr torów kolejowych, gdzie wraz z kilkunastoma innymi zesłanymi, w większości kobietami z rodzinnych stron, budowały baraki dla robotników. Były cieślami, murarkami, tynkarkami. Mężczyźni kładli tory.

W Workucie Maria Wolf spała wśród pluskiew i szczurów, żywiła się chlebem, pęczakiem i śledziami. Raz na dziesięć dni mogła się wykąpać. W chwilach takich jak te w bani, gdy nikt nie wyzywał jej od ukraińskich kurew, wciąż marzyła o Krościenku. Wspominała prostych, słabo wykształconych sąsiadów, którzy nigdy nie przeklinali, a jeśli już musieli kogoś obrazić, to nazywali go chamem.

Z łagru wyszła po roku. Do domu wróciła boso, bo wcześniej sprzedała buty, żeby mieć na jedzenie. Po trzech miesiącach znów ją aresztowano. Jako była skazana nie miała prawa przebywać w strefie przygranicznej. A potem znowu, jak orlik krzykliwy, który rokrocznie wraca do swojego gniazda, Wolf znalazła się w Krościenku. Ale tylko na chwilę, bo zaraz wieś stała się polska, a ona nie. Wreszcie, w lipcu 1956 roku dostała świstek, o który walczyła kilka lat. Z udostowereniem mogła jako repatriantka wjechać do Polski. Za trzy tysiące złotych zapomogi kupiła szafę i łóżko. Od matki dostała krowę i kilka kur, od wojska – ruderę, którą za sześć tysięcy złotych pożyczki zamieniła w dom. Dożyła w nim swoich dni jako sprzątaczka w przychodni.

O dziwo, namówiona przed śmiercią na wspomnienia, ani słowem nie napomknęła o Grekach. Niemożliwe, żeby ich nie zapamiętała. Przecież żyła z nimi po sąsiedzku przez kilka dziesięcioleci! Najwyraźniej w jej życiu wydarzyło się tyle, że greckie Krościenko było tylko drugoplanowym epizodem, niewartym odnotowania. A może ten, kto spisywał jej wspomnienia, nie potrafił zadać właściwych pytań? Parokrotnie wertowałem spisany na maszynie dokument. Relacja urywała się gwałtownie. „Doznałam poniżenia najgorszego, jakie człowiek może zgotować człowiekowi, ale dożywam swych dni w innych warunkach w tym moim Krościenku, w którym się urodziłam i o którym marzyłam w dalekiej Workucie". Tylko to dożywanie. Nie było miejsca na więcej. Na pytania, które narzucały się same:

– Pani Mario, a Grecy? Pamięta pani Greków? Niech pani opowie o Grekach!

– O Grekach chcesz? A co tu o nich gadać? Sąsiedzi, jak wszyscy inni – mogłaby odpowiedzieć, gdyby nie to, że wcześniej zamilkła na zawsze. Więc to ostatnie pytanie nigdy nie padło, a greckie Krościenko po prostu nie zaistniało.

W polskim Krościenku w bocznej uliczce rzędem zaparkowały ukraińskie furgonetki, ich pasażerowie grzali się w słońcu. Kobiety i mężczyźni, wszyscy uśmiechnięci i zrelaksowani, między palcami trzymali tlące się papierosy. Niektórzy kucając, przysypiali. Czekali na sygnał, kiedy na przejściu granicznym zmianę zacznie ich człowiek. Wtedy wskakiwali do środka, zasuwali drzwi i jechali na wschód. Kontrabanda wymuszała cierpliwość, ale pozwalała też na trochę lenistwa.

Zatrzymałem się na drewnianym moście nad Strwiążem. Kilka lat wcześniej, w maju, rzeka wylała. Przy przeprawie miała wtedy pięć i pół metra wysokości. Wiele godzin lało bez umiaru i gdyby po dwudziestej trzeciej się nie przejaśniło, cała wieś znalazłaby się pod wodą.

– Cała. – Ziembicka gestem objęła przestrzeń od drogi aż po las. – Potem przyjechała do nas z Przemyśla kierowniczka z zarządu wód. Powiedziała, że jeśli jeszcze raz nas zatopi, to nas wszystkich przesiedlą.

Najwyraźniej przesiedlenie było w tych stronach najpopularniejszą odpowiedzią na wszelkie kłopoty.

Adam Robiński debiutował w „Życiu Warszawy", pracował m.in. w „Rzeczpospolitej", związany z „National Geographic Polska" i „Tygodnikiem Powszechnym". Finalista Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy, autor nagradzanej książki „Hajstry"

Książka Adama Robińskiego, „Kiczery. Podróż przez Bieszczady", ukazała się przed miesiącem nakładem wydawnictwa Czarne, Wołowiec 2019?Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA