fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Wybory samorządowe z komisarzami - debiutantami - komentuje Anna Godzwon

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Za problemy z przygotowaniem głosowania niechybnie zapłacą pracownicy samorządowi

Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało, że tegoroczne wybory samorządowe przygotują i przeprowadzą zupełnie nowi ludzie. Zmieniając kodeks wyborczy, pozbawiło stanowisk dotychczasowych komisarzy wyborczych i zdecydowało o utworzeniu Korpusu Urzędników Wyborczych. W rezultacie na kilka tygodni przed wyborami urzędników wciąż brakuje, a PKW przez cztery miesiące rozpatrywała odwołania od postanowień komisarzy wyborczych w sprawie decyzji gmin o podziale na okręgi wyborcze i jedną czwartą decyzji komisarzy uchyliła.

Wybory samorządowe są najtrudniejsze do przeprowadzenia. Wybieramy w nich radnych gmin i miast, powiatów i sejmików województw, wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, a w Warszawie jeszcze dodatkowo radnych dzielnic. Ustawodawca dość niefrasobliwie, tłumacząc się wciąż niesławnymi wyborami samorządowymi z 2014 roku, postawił mimo to gruntownie przeorać kodeks wyborczy, jakby zapomniał, że w 2015 roku, pod rządami starego prawa, odbyły się wygrane dla PiS wybory prezydenckie i parlamentarne, i obie te elekcje przebiegły bez żadnych problemów. Pod koniec 2017 roku, gdy Sejm pracował nad zmianami w kodeksie, powróciła narracja o sfałszowanych wyborach samorządowych, którymi tłumaczono wszystkie zmiany, także te, by wybory powierzyć zupełnie nowym ludziom. Posłowie PiS tłumaczyli wtedy, że jeśli za głosowanie odpowiadają urzędnicy gminni czy miejscy, to może im zależeć na takim jego przeprowadzeniu, by wybory wygrał ich pracodawca – czyli wójt, burmistrz lub prezydent miasta. To dlatego organizacją wyborów miały się teraz zająć osoby spoza danej jednostki samorządu terytorialnego.

Urzędnicy wyborczy mieli przejąć część tych zadań, które od lat wykonywali pracownicy samorządowi. Mieli m.in. zapewnić sprawne funkcjonowanie obwodowych komisji wyborczych, wydruk kart do głosowania i rozwiezienie ich do lokali wyborczych, a także przejęcie w depozyt wszystkich dokumentów z głosowania. Na dodatek mieli wyszkolić niemal półmilionową armię członków obwodowych komisji wyborczych. Ustawodawca szumnie nazwał grupę nowych urzędników, powoływanych na 6-letnią kadencję, korpusem i zostawił z problemem Państwową Komisję Wyborczą i Krajowe Biuro Wyborcze.

To się nie mogło udać

To się nie mogło udać. Przede wszystkim dlatego, że PiS zdecydował, iż urzędnikiem wyborczym nie można być tam, gdzie się pracuje i mieszka. Jednocześnie nie przewidział żadnych rekompensat za dojazdy do innego miasta czy gminy. Urzędnikiem mógł zostać tylko pracownik administracji rządowej lub samorządowej. Jego wynagrodzenie miało być uzależnione od rzeczywiście przepracowanego czasu, co już na starcie zniechęciło wielu, przekonanych, że będą co miesiąc dostawać około 4 tysięcy złotych. Jednocześnie za czas nieobecności u swojego stałego pracodawcy urzędnik wyborczy tracił część pensji. KBW oszacowało, że w całym kraju powinno być 5,5 tys. urzędników. Kandydaci mieli się zgłaszać do połowy marca, a urzędnicy powołani w całej Polsce do 1 maja.

Pierwszy nabór skończył się fiaskiem – zgłosiło się niespełna 800 osób. PKW zdecydowała o przedłużeniu naboru i zmniejszeniu o kilkaset planowanej liczby urzędników, ale i to nie pomogło. Ten manewr Komisja powtórzyła zresztą dwukrotnie – bez większego rezultatu. Ostatecznie trzeba było sięgnąć po opcję atomową, znowelizować kodeks wyborczy i poluzować wymogi dla kandydatów na urzędników. Już nie praca w administracji rządowej lub samorządowej, ale choćby 5-letni staż w którejś z nich i możliwość wykonywania zadań urzędnika w swoim miejscu zamieszkania lub pracy, gdyby przeprowadzenie wyborów miało zostać zagrożone. Ale i to nie pomogło.

Pierwotnie w każdej gminie do 20 tys. mieszkańców miało pracować dwóch urzędników. Teraz jedna osoba przypada na gminę do 50 tys. mieszkańców. Liczba urzędników potrzebnych w skali kraju spadła do 2,5 tys., a na miesiąc przed wyborami wciąż brakowało ok. 80. W samej Warszawie było zaledwie trzech, choć w każdej z 18 dzielnic powinien być jeden, a dodatkowo jeszcze jeden, ogólnomiejski. Czy to znaczy, że tam, gdzie nie ma urzędników, wybory się nie odbędą? Nic takiego. Wszystko zorganizują, tak jak dotąd, urzędnicy samorządowi.

Bez wsparcia gmin nie da rady

Państwowa Komisja Wyborcza kilka razy przypominała, że rola samorządów w organizacji i przeprowadzeniu wyborów tak naprawdę nie uległa zmianie. Podkreślała, że rolą gmin jest zapewnienie obsługi urzędnikom wyborczym. Wiele gmin obawiało się jednak, że taki urzędnik, ciało obce w urzędzie, będzie dyktował pracownikom, co mają robić. Czerwcowa nowelizacja kodeksu wyborczego jednoznacznie przesądziła, że zapewnienie urzędnikom wyborczym warunków pracy należy do zadań zleconych samorządu, nie rozwiała jednak wątpliwości, po co nowe osoby do organizacji głosowania, skoro i tak większość czynności będą tak jak dotychczas wykonywali pracownicy jednostek samorządu terytorialnego.

Potwierdzają to dane, zebrane przez serwis samorządowy PAP. W Krakowie przy wyborach będzie pracować 200 miejskich urzędników, w Gdańsku – 130, w Poznaniu – 150, a w Katowicach od 70 do 100. W Toruniu wybory przygotowywać będzie około 35 osób, a w Zielonej Górze – kilkanaście. To najlepiej pokazuje, że jedna osoba, choćby najlepiej przygotowana, nie byłaby w stanie zorganizować najtrudniejszych ze wszystkich wyborów. I dowodzi, że urzędnik wyborczy „z zewnątrz", bez wsparcia ludzi pracujących na danym terenie, będzie jak dziecko we mgle. Urzędnik wyborczy bez nich nie zadziała. Ale oni bez niego świetnie daliby sobie radę, jak dawali przez ostatnie lata.

Osoby przygotowujące dotychczas wybory najczęściej nie miały nic wspólnego z głosowaniem, z ustalaniem jego wyników ani z protokołami czy komisjami wyborczymi. Ich zadaniem było wyposażyć lokal wyborczy w urnę i godło, dostarczyć karty do głosowania, pełnić dyżury w urzędzie na wypadek nieprzewidzianych sytuacji, a po głosowaniu odebrać z lokalu karty czy spisy wyborców. Zarzut, że mogą chcieć te wybory zorganizować tak, by wygrała je konkretna osoba, był od początku do końca chybiony. Posiłkując się nim, ustawodawca argumentował, że obca osoba na nieswoim terenie nie będzie skłonna do fałszerstw. Jeśli jednak gdziekolwiek przydarzały się pojedyncze nieprawidłowości, to w obwodowych komisjach wyborczych, a nie podczas rozstawiania w lokalu zasłonek, zapewniających tajność głosowania. Delegatury Krajowego Biura Wyborczego współpracowały z samorządami na swoim terenie bez konieczności posiadania specjalnych przedstawicieli, jakimi stali się urzędnicy wyborczy. Wszyscy robili co do nich należało, bez urzędnika – nadzorcy, który zgodnie z uchwałą PKW ma m.in. „zapewnić wykonanie", „sprawować nadzór" i „współdziałać w wykonaniu", a za którego pracownicy samorządowi mają np. kserować dokumenty czy adresować koperty. Urzędnik za to za kilkugodzinny udział w szkoleniu zainkasował 2,3 tys. zł. To chyba pierwszy przypadek, że uczestnik szkolenia dostał pieniądze za to, że na nim był.

Komisarze i urzędnicy

Niechęć części gmin do nowych urzędników tłumaczona bywa polityką i negatywnym stosunkiem wielu samorządowców do nowego prawa wyborczego. Zastrzeżenia wynikają jednak przede wszystkim z doświadczenia, jakie ludzie w JST zdobywali przez lata przygotowania wyborów. W 2014 roku to nie ludzie zawiedli, tylko system informatyczny. W 2018 roku za ewentualne problemy z przygotowaniem głosowania, które mogą się pojawić w newralgicznym okresie tuż przed 21 października, niechybnie zapłacą pracownicy samorządowi. Jeśli wszystko pójdzie dobrze – to śmietankę od władzy spiją bez wątpienia urzędnicy wyborczy.

Większe problemy ominęły na razie 100 nowych komisarzy wyborczych. Na fali rugowania sędziów z instytucji życia publicznego PiS zdecydował, że nowi komisarze nie muszą być już sędziami, wystarczy im wyższe wykształcenie prawnicze i rękojmia należytego wykonywania tej funkcji. Niezawisłość, która charakteryzuje sędziów, przestała być wymogiem.

Mimo że zgodnie z kodeksem wyborczym komisarze są pełnomocnikami PKW w terenie, Komisja nie mogła ich dowolnie powołać. Selekcji kandydatów dokonał bowiem zgodnie z ustawą szef MSWiA. Z 700 chętnych wybrał 144, których przedstawił PKW. Kryteria, jakimi kierował się minister, nie zostały ujawnione. Część dotychczasowych sędziów-komisarzy, którzy ubiegali się o te funkcje ponownie, resortowego sita nie przeszła. Inni nie stanęli do naboru, uznając, że staliby się nominatami ministra, co naruszyłoby ich niezawisłość. PKW postawiona pod ścianą w związku z krótkim terminem na powołanie komisarzy wybrała ustawową setkę, mając świadomość, że w wielu przypadkach mianuje osoby bez właściwego merytorycznego przygotowania. Znaleźli się wśród nich także sędziowie.

Jak ustaliło Radio RMF, co dziesiąty komisarz związany jest z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą. Są wśród nich mianowani przez ministra prezesi i wiceprezesi sądów czy pełnomocnicy osób, które zasiadły w nowej Krajowej Radzie Sądownictwa.

Brak wiedzy i doświadczenia zemścił się dość szybko, kiedy PKW rozpatrywała odwołania od postanowień komisarzy wyborczych w sprawie decyzji gmin dotyczących podziału na okręgi wyborcze. Do PKW wpłynęło ponad 120 takich odwołań: jedną czwartą wszystkich decyzji Komisja uchyliła.

Elekcja do Sejmu

Prawdziwy chrzest bojowy czeka jednak komisarzy wyborczych w 2019 roku. Zgodnie z nowelizacją kodeksu wyborczego od 1 stycznia to oni – a nie samorządy – będą dzielić gminy na okręgi i obwody głosowania. A podział na okręgi będzie mieć kluczowe znaczenie przy jesiennych wyborach parlamentarnych. Obawy opozycji o to, że nowi komisarze mogą wyznaczać okręgi pod potrzeby dobrej zmiany, nie są nieuzasadnione. Na świecie znane jest zjawisko gerrymanderingu, czyli takiego manipulowania granicami okręgów, by korzyści odniosła jedna partia. Prawo i Sprawiedliwość próbowało już po swojemu nakreślić okręgi do europarlamentu, co skutecznie zablokował prezydent. Andrzej Dud zapowiedział też, że nie zaakceptuje żadnej zmiany ordynacji wyborczej, która będzie promowała duże partie. Jeszcze przed sejmowymi wakacjami w kuluarach słychać było, że PiS przymierzać się będzie do zmniejszenia okręgów poprzez zmianę liczby mandatów do zdobycia. Jednak jeśli miałaby się ona spotkać z prezydenckim wetem, nadzieją na utrzymanie władzy mogą się stać wykreślone na nowo granice okręgów wyborczych. Niezależnie od tego, czy komisarze ulegną pokusie manipulacji, będą musieli w ciągu kilka miesięcy dobrze poznać strukturę ludnościową i administracyjną terenów, na których pełnią funkcje, tak by wyznaczone przez nich okręgi spełniały kodeksowe normy i nie były przedmiotem ciągnących się w nieskończoność odwołań. I by nikt nie mógł, wykorzystując brak doświadczenia komisarzy, podszeptywać im, jak wyrysować okręgi, żeby było dobrze.

W tegorocznych wyborach samorządowych jest wiele nowości. Nowa definicja znaku „x", nowe zasady uznawania ważności głosu, nowe komisje obwodowe i nowi ludzie, wprowadzeni decyzją władzy, na fali odgrzanej narracji o sfałszowanych wyborach w 2014 roku. Jeśli jednak coś może się w tych wyborach nie udać, to nie tyle z powodu politycznych mocodawców, tylko dlatego, że debiutanci merytorycznie nie podołają swojej roli. ?

Autorka jest dziennikarką, b. rzeczniczką PKW i KBW, współautorką książki „Konsekwencje rewolucji w prawie wyborczym"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA