fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Wojciech Tumidalski: sędziowskie home office trwa od lat

Fotolia
Lata mijają, a sądy wciąż nie doczekały się usprawnień, o których już tyle mówiono.

Wiadomość o trwającej kilka godzin awarii szkolnego systemu Librus zelektryzowała uczniów i rodziców. To za jego pośrednictwem nauczyciele mieli przekazywać uczniom treść zadań, sprawdzać prace domowe i odnotowywać w wirtualnym dzienniku obecność na zdalnych lekcjach. Internauci w mediach społecznościowych przerzucali się meldunkami, u kogo Librus działa, a komu padł po tym, jak koronawirus powiedział: sprawdzam. Wkrótce przeciążony system powrócił do sprawności, ale co złośliwsi zdążyli przywołać szumne zapowiedzi władz sprzed dwóch lat: 100 MB na stulecie niepodległości, szybki internet w każdej szkole i każdej gminie...

O ile możliwości szkół i poszczególnych nauczycieli są jeszcze na przyzwoitym poziomie, o tyle sytuację dodatkowo komplikuje to, że w czasie, gdy rodzice pracują zdalnie, nie każdy uczeń ma w swoim domu dostęp do komputera – co pewnie zdarza się najczęściej w rodzinach wielodzietnych. Dopiero na takim przykładzie widać skalę zaniedbań w komputeryzacji.

Ale to jeszcze nic. Okazuje się bowiem, że szkoły wypadają nie najgorzej w porównaniu z sądami, gdzie komputeryzacja utknęła w martwym punkcie. Niby jest już dostęp do rejestrów sądowych i akt spraw (tylko współczesnych, bo starsze wciąż tylko w papierowych archiwach), ale internetowe ścieżki korespondencji z sądem dopiero teraz zaczyna się przecierać. Sąd Okręgowy w Warszawie daje dobry przykład. Szkoda, że wcześniej nie pomyślano o tym systemowo.

Sędziowie od lat uprawiają home office, w wielkich walizach na kółkach przywożąc do domów tomy akt sądzonych spraw, w których trzeba napisać uzasadnienie wyroku czy innej podjętej decyzji. Czas ich pracy jest limitowany wymiarem przydzielonych zadań i terminami na sporządzenie uzasadnień. Biorą więc pracę do domu, a jeśli coś się złego stanie, akta im zaginą – ryzykują dyscyplinarkę. To działanie na granicy prawa, bo oficjalnie dokumentów z sądu wynosić nie wolno, a nieoficjalnie każdy sędzia wie, że aby dochować terminów, musiałby zamieszkać w swoim gabinecie i ciągle coś pisać.

Jeśli teraz, w tej nadzwyczajnej sytuacji (ciągle nienazwanej po imieniu stanem nadzwyczajnym), nie dopracujemy systemowych rozwiązań w cyfryzacji kraju – w tym sądów – to już naprawdę nie wiem, kiedy to może nastąpić.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA