fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Maciej Stańczuk: Skąd wziąć aż tyle zielonego prądu

Adobe Stock
Rewolucja w elektromobilności i wytwarzaniu ciepła spowoduje olbrzymi wzrost zużycia energii, czego rządzący wydają się nie uwzględniać w swoich prognozach.

Trend szybkiej redukcji CO2 jest nieodwracalny nie tylko z powodu ambitnych celów klimatycznych Unii Europejskiej (nowy europejski zielony ład). Światowa opinia publiczna pod wpływem niedawnych katastrofalnych pożarów w Australii będzie coraz bardziej naciskać na szybkość globalnego wdrażania celów klimatycznych. Ale w tym właśnie problem, gdyż redukcja CO2 wywołuje pewne negatywne efekty uboczne, do których należy drastyczny wzrost zapotrzebowania na energię.

Przestawiona zwrotnica

Słyszymy deklaracje wielu gigantów, takich jak Bayer, BASF, Wacker Chemie, Lanxess, którzy kolejno ogłaszają osiągnięcie neutralności klimatycznej w swoich zakładach produkcyjnych do 2030 r. bądź najpóźniej do 2040. Producent stali Thyssen-Krupp zapowiada z kolei wielomiliardowe inwestycje, które zastąpią węgiel gazem bądź wodorem.

Rewolucyjna zmiana dotyczy nie tylko przemysłu, ale także transportu i ogrzewaniu mieszkań. W Niemczech w ciągu najbliższych dziesięciu lat po drogach ma jeździć 10 mln samochodów elektrycznych, a wszystkie mieszkania mają być ogrzewane zielonym prądem, który ma zastąpić ropę i gaz.

W konsekwencji zużycie energii w ciągu dziesięć lat wzrośnie aż o 25 proc. (według szacunków EWI Uniwersytetu w Kolonii), co spowoduje, że osiągnięcie celu udziału OZE w niemieckim mikście energetycznym na poziomie 65 proc. w 2030 będzie niemożliwe. Zastanawiające, że szacunki rządu niemieckiego są w tym zakresie zupełnie inne, gdyż zakładają one spadek zużycia energii w tym czasie o 4,5 proc.!

Różnice wynikają z tego, że rewolucja w elektromobilności i wytwarzaniu ciepła związana jest z olbrzymim wzrostem zużycia energii. Znacznie więcej energii zużyją samochody elektryczne oraz pompy ciepła, które w ciepłownictwie zastąpią olej i gaz, nie mówiąc o węglu. Tych trendów rządzący wydają się nie uwzględniać w swoich prognozach.

Nowa dyrektywa unijna z 17 kwietnia 2019 r., ograniczająca zużycie CO2, została po prostu źle skalkulowana i oparta na błędnych założeniach. Zakłada ona, że od 2030 r. asortyment samochodów produkowanych przez każdego producenta może emitować maksymalnie 59 g CO2 na kilometr, co odpowiada 2,2 litra ekwiwalentu diesla na 100 km. Jeszcze w 2016 r. przeciętna wartość emisji wszystkich aut dopuszczonych w UE wynosiła 161 g, później produkowano pojazdy mniejsze i lżejsze, przez co ich emisyjność spadła w 2016 r. do 118 g.

Od 2016 r. emisyjność zaczęła jednak znowu rosnąć, co spowodowane było wzrostem sprzedaży samochodów z silnikiem benzynowym, które efektywnie w trybie jazdy emitują więcej CO2 niż silniki Diesla! W 2018 r. wskaźniki emisji CO2 nowo dopuszczonych do ruchu aut osiągnęły znowu 120 g, czyli dwukrotnie więcej niż w 2030 r. ma wynieść maksymalny limit. Nawet najzdolniejsi inżynierowie nie będą w stanie skonstruować samochodów o takiej charakterystyce, jeśli mają zachować minimalny poziom komfortu jazdy.

UE oczekuje, że emisyjność samochodów zostanie zmniejszona dzięki elektrykom. Zakłada, że emisyjność samochodu elektrycznego wynosi zero.

Unia liczy, że w ten sposób wymusi na koncernach motoryzacyjnych taką zmianę, że połowę produkcji będą stanowić e-auta, a połowę samochody z silnikiem spalinowym (emitującymi 120 g CO2 na kilometr), co przeciętnie obniży poziom emisji do zakładanych 60 g. Dyrektywa unijna zakłada ponadto, że jeśli producenci, którzy nie będą wytwarzać żadnych aut elektrycznych, będą musieli zapłacić za każde wyprodukowane auto karę 6 tys. euro bądź dokonać fuzji z producentem elektryków.

Ruda wydechowa w elektrowni

To założenie jest jednak błędne, gdyż również samochody elektryczne emitują znaczne ilości CO2! Rura wydechowa zlokalizowana jest tylko w innym miejscu – w elektrowniach. I tu dochodzimy do najważniejszego wyzwania: dopóki elektrownie węglowe i w mniejszym zakresie gazowe odgrywają istotną rolę w miksie energetycznym, pojazdy elektryczne ładowane prądem z nich pochodzącym nie mogą być zeroemisyjne. Również dlatego, że do produkcji baterii zużywana jest energia kopalna, która dewastuje bilans CO2.

Z opublikowanego niedawno badania znakomitego niemieckiego prof. ekonomii Hansa-Wernera Sinna wynika, że przy obecnym niemieckim miksie energetycznym samochód elektryczny emituje więcej CO2 niż nowoczesny diesel! W połowie 2018 r. z OZE w Niemczech pochodziło 41,4 proc. energii, z węgla 38 proc., z atomu 12,8 proc., a z gazu 7,6 proc.

Zagwozdka z zasięgiem

Należy pamiętać, że akumulator elektryka pozwala na pokonanie najwyżej połowy dystansu w pełni zatankowanego diesla. Podobne były niedawno udostępnione wyniki badania przeprowadzonego dla elektrycznego golfa przez Volkswagena oraz niezależny austriacki instytut badawczy Joanneum. Elektryczny golf w Niemczech powinien osiągnąć przebieg ok. 219 tys. km, by zrównać się w poziomie emisyjności z dieslem! Szkopuł w tym, że przeciętny przebieg tych samochodów w Europie to 180 tys. km.

Ten rachunek nie obejmuje okresu życia baterii samochodowych w elektrykach. Zużywają się znacznie szybciej, bo kierowcy starają się wykorzystywać każdą okazję, by je doładowywać w trybie szybkim.

Europarlamentarzyści zatem albo nie mieli pojęcia, co zrobili, uchwalając taką bezsensowną dyrektywę, albo świadomie zagrali na nosie swoim wyborcom. Każda alternatywa jest zła. Dlatego zwłaszcza polscy przedstawiciele w europarlamencie powinni dążyć do stworzenia racjonalnej koalicji (co nie powinno być takie trudne), która powinna totalnie zmienić tę unijną dyrektywę. I zastąpić ją przejrzystymi instrumentami gospodarki rynkowej.

To, co pozostawiło po sobie niesławnej pamięci Ministerstwo Energii (pseudostrategia konserwująca system oparty na węglu) nie przystaje do obecnej rzeczywistości, jest antyrozwojowe i przeciwne polskiej racji stanu. Nowy europejski zielony ład pociągnie za sobą niesamowity wzrost popytu na zieloną energię.

Badania prowadzone przez austriacki Voestalpine nad produkcją zielonego wodoru pokazują, że gdyby firma ta w całości przestawiła swoją produkcję na wodór, oznaczałoby to wzrost zapotrzebowania na energię aż o 30 TWh rocznie, a to z kolei odpowiadałoby połowie obecnego zużycia energii przez Austrię.

Cała branża chemiczna w Niemczech dla osiągnięcia neutralności klimatycznej potrzebowałaby 600 TWh energii ze źródeł odnawialnych. To 11 razy więcej, niż wyniosło zużycie energii w 2018 r.

Oderwijmy się od węgla

Skąd wziąć takie ilości zielonego prądu? To główne wyzwanie rewolucji technologicznej, która niewątpliwie musi w tym zakresie nastąpić. Polska jako kraj o dużym udziale przemysłu w PKB (22,2 proc. wobec 17,9 proc. przeciętnie w UE) ma strukturę gospodarczą zbliżoną do Niemiec (udział przemysłu w PKB blisko 30 proc.). Nie mamy też takich obiekcji wobec atomu jak Niemcy.

Strategiczne myślenie jest konieczne, ale tylko takie, które będzie miało moc sprawczą. Jak widać, inni (Niemcy) nie są w o wiele lepszej sytuacji, mimo gigantycznych wysiłków we wdrażaniu Energiewende w ciągu ostatnich 20 lat! Musimy tylko mentalnie oderwać się od węgla!

Maciej Stańczuk jest doradcą ekonomicznym Lewiatana, członkiem TEP i prezesem spółki NTB

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA