Polska przegoniła Niemcy – ten tytuł elektryzuje. Ale nie na długo. Chodzi bowiem o relację wydatków państwa do produktu krajowego brutto, czyli – w dużym uproszczeniu – o to, jaką część tego, co wspólnie wypracowujemy, wydają w naszym imieniu politycy i urzędnicy. W 2025 r. wydatki państwa przekroczyły w Polsce 50 proc. PKB.
Rosną z przerwami od dawna. W latach 2010-2015 sięgały 41-46 proc. PKB, potem skoczyły do blisko 48 proc. w pandemicznym roku 2020 i 46,9 proc. w wyborczym 2023. I jeśli nawet uznać, że dalszy wzrost do 49 proc. w 2024 i 50,9 proc. w ub.r. wynika z niezbędnych intensywnych zbrojeń, jest się czym niepokoić. Mamy bowiem w tym „rankingu” wysokie szóste miejsce w UE, za bogatą Finlandią, Francją, Austrią, Belgią i Włochami.
Państwo „nie dowozi”
W Niemczech wydatki państwa są relatywnie niższe niż u nas – sięgają 50,5 proc. PKB. Ba, wyprzedzamy nawet takie państwa dobrobytu jak Szwecja (49,9 proc.) czy Dania (48 proc.). Ale mimo to trudno uznać, by polski „model” był satysfakcjonujący, bo nasze państwo – mówiąc językiem korpo – nie dowozi.
Czytaj więcej
Wydatki publiczne przekroczyły w Polsce symboliczny próg 50 proc. PKB, a za tym kryje się ogromny deficyt i skokowo rosnące zadłużenia państwa. Eko...
Po ośmiu latach „reform” Ziobry nie jest w stanie zapewnić choćby tego, co jest jego obowiązkiem „od zawsze” – szybkich sądów i pewnych wyroków. Kuleje też gwarantowany przez konstytucję darmowy dostęp do opieki zdrowotnej. To daleki efekt przerwania reform i braku konkurujących ze sobą kas chorych oraz mechanizmów autokorekty kosztów. A obecne niedofinansowanie to tylko preludium armagedonu, który nas czeka w kolejnych dekadach, gdy społeczeństwo stanie się naprawdę stare.
Tymczasem jesteśmy dumni z szybkiego tempa wzrostu PKB (ok. 4 proc. rocznie), ale pozwalamy, by żaglowiec naszej gospodarki mknął w głębokim przechyle. W 2025 r. zajęliśmy drugie miejsce w Unii pod względem deficytu finansów publicznych (7,3 proc. PKB), dając się wyprzedzić tylko Rumunii (7,9 proc.), i ponad dwukrotnie przebijając unijną średnią (3,1 proc.). Pocieszamy się, że nasz dług publiczny to tylko 60 proc. PKB wobec ponad 100 proc. we Francji czy we Włoszech. Ale możemy szybko je dogonić, skoro wymyślamy karkołomne krajowe definicje długu, byle tylko uniknąć konsekwencji zderzenia z konstytucyjną barierą 60 proc.
Strach przed racjonalizacją wydatków
W społeczeństwie populistów, jakim się staliśmy w myśl książki Sadury i Sierakowskiego, kolejne rządy unikają racjonalizacji źle adresowanych wydatków, zwłaszcza socjalnych. I brną w kolejne, jak „dotowanie” paliw w ramach CPN za 1,5 mld zł miesięcznie, gdy pieniądze przydałyby się w zdrowiu. W rozrzutnym państwie jest głęboka niechęć do akceptacji podwyżek podatków, więc fiskus kamufluje je, okładając daninami sektorowymi co mniej popularne społecznie branże, które natychmiast przerzucają ten koszt na konsumentów. I stają się de facto poborcami podatkowymi.
Ekonomiści, którzy od dawna postulują konsolidację finansów państwa, z rezygnacją konstatują, że nie będzie jej aż do wyborów w 2027 r. Ale potem jest tylko rok „okna możliwości”, bo kolejne – prezydenckie, samorządowe i europejskie – w 2029 r. A potem rok przerwy i parlamentarne w 2031 r. Nie wiem, czy uda się tak długo żeglować w finansowym przechyle. W świecie, w którym co i rusz wybuchają lokalne wojny o globalnych konsekwencjach, o potężny sztorm nietrudno.