fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Robert Rynkun Werner: „Nasz rzecznik praw obywatelskich" kontra władza

Wikimedia Commons, Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Poland license, fot. Adrian Grycuk
Obecnie funkcjonujący proces wyłaniania RPO powinien ulec zmianie, tak by zmarginalizować jego kontekst polityczny.

Pod koniec 2020 r., wobec zakończenia kadencji ustępującego rzecznika praw obywatelskich (RPO) Adama Bodnara, a co za tym idzie konieczności powołania jego następcy, pojawiły się trzy kandydatury zgłoszone przez różne koalicje parlamentarne.

Tym samym, już po raz drugi, wobec pierwszej nieudanej próby wyłonienia RPO, staliśmy się mimowolnymi świadkami kolejnej rozgrywki politycznej. Rozgrywki, która w oczywisty sposób, poprzez przebieg procesu rekomendowania i w konsekwencji powoływania konkretnego kandydata na urząd rzecznika, prowadzi do obniżenia jego rangi i powagi.

Czytaj też:

Na straży wolności i praw

Instytucja RPO jako konstytucyjnego samodzielnego organu ochrony prawnej, który stoi na straży wolności i praw człowieka oraz obywatela określonych w konstytucji i w innych aktach normatywnych, powinna być objęta przez polityków wszystkich opcji szczególnym, prawnym, jak i moralnym, obowiązkiem dbałości i szacunku dla urzędu, jak też osoby, która zostanie powołana na ten urząd. Dość wspomnieć o treści preambuły do Konstytucji RP, w której zawarta jest deklaracja zapewnienia działaniu instytucji publicznych rzetelności oraz sprawności i ustanawianie praw w ramach dialogu społecznego.

Szczególna rola RPO w oczywisty sposób wynika również z samej procedury wyboru kandydata, w której większość sejmowa (w domyśle rządzący) stosowną uchwałą powołuje określoną osobę na RPO. Jednak warunkiem sine qua non powołania jest zgoda większości wyrażona w formie uchwały przez Senat. Niestety, obowiązujące tak konstytucyjne, jak i ustawowe regulacje prawne oraz określony w wyniku ostatnich wyborów podział mandatów łącznie prowadzą do swoistego pata wyborczego. W obecnym układzie parlamentarnym trudno będzie o pozyskanie przez jakiegokolwiek kandydata większości głosów w obu izbach parlamentu.

Prowadzi to do konieczności porozumienia się większości sił politycznych co do osoby kandydata na nowego RPO ponad podziałami. Brak takiego porozumienia rodzi po stronie władzy pokusę do „kupowania" głosów politycznymi precjozami. Czy w obecnych warunkach politycznych jest to możliwe? Odpowiedzi na takie pytanie można oczekiwać jedynie ze strony polityków. Będzie to trudne zadanie wobec faktu, iż dla rządzących każdy urząd czy funkcja państwowa jest politycznym łupem i celem samym w sobie. Nieprzeprowadzenie procesu powołania rzecznika przez wiele miesięcy stanowi zaś o słabości zarówno aktualnej władzy, jak i całej klasy politycznej, która nie potrafi się porozumieć. Nie można zapominać, iż taka sytuacja nie jest novum w polskim parlamentaryzmie. Dotychczasowi rzecznicy musieli również przejść tzw. drogę polityczną – pozyskać akceptację partii rządzącej, bez której to nie sprawowaliby tego zaszczytnego urzędu.

Niewygodna samodzielność

Taka polityczna droga stanowi niewątpliwie o słabości konstytucyjnych uregulowań w zakresie procedury powołania RPO. Zawsze miała kontekst polityczny i tylko od przymiotów osobistych powołanego już RPO zależało, jak urząd ten był postrzegany przez społeczeństwo. Nie zmienia to faktu, że faktyczny proces powoływania jest w kontrze do zadań, w jakie został wyposażony RPO. Z jednej strony mamy układanki polityczne, a z drugiej realne uprawnienia strażnika wolności i praw jednostki.

To właśnie ten strażnik, już po powołaniu, z reguły musi stanąć w obronie słabszych naprzeciw owej władzy, a nie być jej orędownikiem czy – co gorsza – przedstawicielem. Z reguły to właśnie działanie władzy, jej organów narusza prawa i wolności jednostki. Rzecznik musi być w swojej działalności niezawisły od jakiejkolwiek władzy i mieć pełną samodzielność działania, co wprost wynika z art. 210 Konstytucji RP. Ta samodzielność niewątpliwie przeszkadza każdej władzy. Stąd też oczywista wydaje się być pokusa rządzących, aby kandydat był maksymalnie „nasz", a nie „wasz" czy nawet nie „wspólny". Nie ma przy tym znaczenia pięcioletnia kadencyjność RPO. Istotą powołania „naszego" kandydata jest zapewnienie rządzącym „spokoju" w sprawowaniu rządów. W przypadku zaś utraty władzy korzyścią będzie pozostawienie „swojego" rzecznika patrzącego na ręce ich następcom. Trudno nie odnieść wrażenia, że w funkcjonowaniu RPO chyba nie o to chodzi. W konsekwencji w oczywisty sposób obecnie funkcjonujący proces wyłaniania RPO powinien ulec zmianie. Kontekst polityczny powinien być zmarginalizowany.

Być może lepszym rozwiązaniem dla procesu powołania (wyboru) RPO byłyby wybory powszechne i wydłużenie kadencji na przykład do siedmiu lat oraz jej ograniczenie poprzez brak możliwości ponownego wyboru. Kandydaci zaś nie mogliby należeć do partii politycznej, tak jak jest to obecnie, jednak to zastrzeżenie odnosiłoby się również do okresu ostatnich trzech lat od daty przeprowadzenia wyboru na urząd. Trudno bowiem obiektywnie wyobrazić sobie niezawisłość RPO, który jeszcze dwa dni wcześniej – przed powołaniem – był czynnym politykiem, posłem, senatorem, ministrem czy też działaczem jakiegoś stowarzyszenia o wyraźnie politycznym charakterze. Taka zmiana oznacza konieczność zmiany konstytucji, co w obecnych realiach wydaje się być niemożliwe. Jednak cuda się zdarzają nawet w polityce.

dr Robert Rynkun-Werner, adwokat

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA