fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Andrzej K. Koźmiński: Nadal jedna Europa i jeden świat?

AFP
Na płaszczyźnie międzynarodowej wspólnoty coraz częściej przegrywają z partykularyzmami w wymiarze politycznym i ekonomicznym.

Był to czas nadziei związanych z integracją europejską i przygotowań do wielkiego rozszerzenia UE na wschód. Niektórzy podążali za „europejskim marzeniem”, że na targanym morderczymi konfliktami starym kontynencie powstanie quasi-federacja zdolna do konkurencji z wielkimi tego świata oraz do zapewnienia swoim obywatelom trwałego pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu. Jako przedstawiciel pokolenia „dzieci wojny” należałem do tej grupy entuzjastów . Rosło też przekonanie o konieczności i możliwościach globalnej koordynacji w takich kluczowych sprawach jak prawa człowieka i obywatela, działanie rynków finansowych, walka z nędzą i chorobami czy ochrona środowiska naturalnego.

Dzisiaj nasze ówczesne przesłanie brzmi jak ponury żart. W najlepszym przypadku można je uznać za naiwne. To boli. Trzeba zrozumieć, co się stało, dlaczego i jakie mogą być tego konsekwencje?

Co już się dzieje

Zestawmy znane fakty. W polityce gospodarczej coraz powszechniejszy staje się protekcjonizm. Nawet w Unii Europejskiej wznoszone są nowe bariery swobodnego przepływu dóbr, usług, kapitału i pracy. Dwa mocarstwa, które dominują w gospodarce światowej – Chiny i USA – angażują się w klasyczną wojnę celną rodem z lat 30. Globalne łańcuchy dostaw, kooperacji i outsourcingu ulegają skróceniu. Zasada optymalizacji kosztów zastępowana jest rozróżnieniem „swój – obcy”.

W przestrzeni publicznej wielu krajów promocja wartości wspólnotowych ustępuje miejsca coraz bardziej agresywnej nacjonalistycznej retoryce typu „America First”. Nierzadko towarzyszy jej wywoływanie złych duchów przeszłości, czego skrajnym przykładem jest podobizna kanclerz Merkel w esesmańskim mundurze na okładkach greckich czasopism.

Maleje znaczenie ciał i porozumień ponadnarodowych od UNESCO i WHO poczynając, a na Porozumieniu Paryskim czy nawet NATO kończąc. Negują je i osłabiają zarówno mocarstwa (zwłaszcza administracja prezydenta Trumpa), jak i małe i średnie kraje, jak Polska kontestująca porozumienia klimatyczne. W UE nie udaje się koordynacja systemów fiskalnych a nawet próby emisji euroobligacji, czyli uwspólnotowienia finansów. Na płaszczyźnie międzynarodowej wspólnoty coraz częściej przegrywają z partykularyzmami w wymiarze politycznym i ekonomicznym.

Efekt wirusa

Wszystkie te zjawiska pojawiały się z różną intensywnością w różnych obszarach na szereg lat przed Covid-19. Pandemia je wzmocniła i zdecydowała o tym, że widać coraz wyraźniejszą przewagę tendencji dezintegracyjnych nad integracyjnymi. Szczególnie spektakularne są radykalne ograniczenia swobody podróżowania i technologiczna inwigilacja. Jeden świat sprzed dwudziestu lat dzieli się i rozpada na antagonistyczne, coraz odleglejsze części.

Systemy autorytarne, które lepiej radzą sobie z pandemią, znajdują naśladowców. Demokracja jest zagrożona. Politycy nie będą chcieli oddać kontroli raz zdobytej dzięki pandemii i technologii, nawet w krajach o wielkich demokratycznych tradycjach.

Emocje rządzą

Czemu zawdzięczamy ten rozpad naszego wymarzonego „jednego świata”? W odpowiedzi trzeba odwołać się do pojęcia zbiorowej racjonalności w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym. Jest ona stopniowo zastępowana emocjami. Trudno jest wyobrazić sobie coś bardziej irracjonalnego niż brexit, budowa muru między USA a Meksykiem, czy też likwidacja najstarszej i najlepszej na świecie uczelni kształcącej administrację publiczną Ecole Nationale d’Administration (ENA) we Francji. Są to posunięcia, które w oczywisty sposób szkodzą całym społeczeństwom, a nawet tym, którzy je podejmują. Są jednak podejmowane, ponieważ zaspokajają emocjonalne potrzeby i aspiracje większości opinii publicznej.

Prowadzone w Akademii Leona Koźmińskiego badania nad polityką społeczno-gospodarcza 22 europejskich krajów członkowskich OECD wskazują, że w latach 1999-2017 wzrosła liczba krajów, które określić można jako emocjonalne-zależne, czyli takie, w których sytuacja społeczno-ekonomiczna w każdym kolejnym roku wynika bezpośrednio z oczekiwań społecznych wyrażonych w roku poprzedzającym decyzje polityczne. Równocześnie rośnie uzależnienie tych państw od międzynarodowych uwarunkowań ekonomicznych.

Kraje emocjonalne-zależne charakteryzują się niską stopą inwestycji i wysokim udziałem konsumpcji w PKB. To oznacza, że rządzący kupują poparcie wyborców grając na ich emocjach, zwłaszcza negatywnych: strachu, nienawiści, chciwości, zawiści, uprzedzeniach i kompleksach. W epoce postprawdy, postpolityki i mediów społecznościowych takie działania są wyjątkowo łatwe.

W 2011 roku jedynym krajem emocjonalnym-zależnym była Grecja. W 2014 dołączyły do niej Włochy, Portugalia i Hiszpania, a w 2017 Irlandia i Słowacja. Po pandemii ta grupa się powiększy. Jest rzeczą znamienną, że licząc wskaźniki za cały okres 1999-2017 Polska pozostaje w grupie krajów racjonalnych, nie ulegających populistycznym emocjom, choć silnie zależnych od międzynarodowej koniunktury. Można jednak przypuszczać, że po uwzględnieniu danych z ostatnich lat nasz kraj przesunie się w kierunku grupy państw emocjonalnych.

Nieludzkie zjawisko władzy

Zdobywanie i utrzymywanie władzy przez rozbudzanie niezdrowych irracjonalnych emocji, a następnie schlebianie wyborcom ze szkodą dla zrównoważonego rozwoju budzi zgrozę u człowieka wychowanego w duchu racjonalizmu. Zaczynam dziś lepiej rozumieć słowa Oriany Fallaci ze wstępu do zbioru wywiadów ze światowymi przywódcami drugiej połowy ubiegłego wieku: „Niezależnie od tego czy należy ona do despotycznego władcy, czy wybranego prezydenta, generała mordercy czy kochanego przywódcy, ja sama postrzegam władzę jako zjawisko ohydne i nieludzkie”.

Jak to możliwe w wykształconych, zamożnych i demokratycznych społeczeństwach XXI wieku? Odpowiedź znajduję w analizie zmian struktury społecznej ery postindustrialnej. Do niedawna ostoją stabilności, rozwoju i postępu społeczeństw Zachodu była klasa średnia: mały i średni biznes, urzędnicy, handlowcy, księgowi, pracownicy biurowi, personel pomocniczy, rzemieślnicy i wykwalifikowani robotnicy, ogólnie osoby o średnich kwalifikacjach uzyskujące średnie dochody. Te średnie dochody i rozwinięty system kredytu pozwalały na wygodne życie na przedmieściach, kształcenie dzieci, a pod koniec życia komfortowe emerytury i zwiedzanie świata.

Klasa średnia pozostawała pod przemożnym wpływem mediów głównego nurtu i sterujących nimi elit, które – niezależnie od politycznego zabarwienia – nie serwowały swoim klientom oczywistych kłamstw, nierealistycznych oczekiwań i absurdalnych teorii. Trzymały się bowiem granic aktualnego stanu wiedzy i racjonalnego myślenia. Efektem były w przeważającej mierze racjonalne zachowania w życiu i w polityce. To one doprowadziły do integracji Europy i świata, do poszukiwania wspólnych, wynegocjowanych i uzgodnionych rozwiązań problemów globalnych.

Ofiary postępu

Ten sielankowy świat zaczął ulegać stopniowej erozji od przełomu lat 80. i 90. pod wpływem trzech nasilających się tendencji:

• bezpośredniej konkurencji z równie dobrze wykształconymi i wyposażonymi, ale znacznie tańszymi pracownikami z całego świata, nawet z egzotycznych rynków otwartych w ramach globalizacji;

• rozwoju technologicznego prowadzącego do automatyzacji procesów i eliminacji lub degradacji starych zawodów;

• masowej migracji, czyli napływu z zagranicy ambitnych, przedsiębiorczych i coraz lepiej wykształconych przybyszów z powodzeniem konkurujących z miejscowymi.

Kryzys finansowy rozpoczęty w 2008 roku przyspieszył te procesy m.in. odbierając klasie średniej część nagromadzonych oszczędności. Oliwy do ognia dolało coraz powszechniejsze zastosowanie systemów sztucznej inteligencji i wchodzenie na rynek globalny gigantycznych firm pochodzących głównie z Chin i Indii.

Załamują się podstawy bytu, prestiżu i świadomości klas średnich zachodniego świata. Elity i ich media utraciły wiarygodność ustępując pola „buszującym w sieci” sprzedawcom złych emocji, kłamstw i przesądów. Są wśród nich gracze polityczni z powodzeniem sięgający po władzę, rozumianą tak jak ją widziała Fallaci.

Pesymista może przypuszczać, że pandemia z kolosalnym wzrostem znaczenia technologii informacyjnych, automatyzacji, robotyzacji i sztucznej inteligencji oraz nieuchronną pauperyzacją wynikająca z zamrożenia gospodarek, ostatecznie zakończy proces rozpadu klas średnich i ich racjonalnego „jednego świata”.

Jednak happy end?

Można jednak wyobrazić sobie i bardziej optymistyczny scenariusz. Po pierwsze, technologia może sprzyjać współpracy w skali globalnej. Platformy, na których opiera się współczesny biznes i w coraz większym stopniu życie społeczne i kulturalne, służą współpracy w sieciach, wymianie informacji, dalszemu ujednolicaniu stylów życia, zasobów użytkowanych informacji.

Po drugie, twarda walka z pandemią i recesją będzie musiała się odbywać według racjonalnych reguł, dyskredytując tym samym różnego rodzaju obłąkane ideologie. Po trzecie wreszcie, ekonomiczne korzyści z globalizacji staną się w warunkach po pandemicznej recesji bardziej oczywiste, dyskredytując zarazem szalone pomysły autarkii czy ekonomicznej suwerenności rodem z lat 1930.

Można więc mieć nadzieję, że na bazie nowej technologicznej globalizacji wyłoni się nowa klasa średnia, która stanie się ostoją nowej racjonalności i nowej integracji naszego świata.Prawdopodobnie oba te scenariusze: pesymistyczny i optymistyczny będą realizowane równocześnie, choć w różnych miejscach i czasie.

Prof. Andrzej K. Koźmiński jest ekonomistą i socjologiem, twórcą Akademii Leona Koźmińskiego.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA