fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Chrabota: Polska droga do 2050 roku

Nie można liczyć wyłącznie na białego katolika o polskim pochodzeniu. Trzeba się pogodzić z przyjęciem ludności pochodzenia azjatyckiego i afrykańskiego
Stefan Maszewski/REPORTER
Dotychczas państwowe projekty strategiczne powstawały za zamkniętymi drzwiami i nawet jeśli były trafione, bywały z nagła porzucane lub twórczo „wypaczane”, gdy do władzy dobierała się kolejna formacja. To pierwszy wniosek dla strategii na rok 2050. W myśli państwowej, w sferze instytucjonalnej, w prawie i gospodarce tyle powinno być nowego, co CIĄGŁOŚCI.

Myślenie o strategii dla Polski 2050 musi wziąć pod uwagę refleksję o przeszłości. Zacznijmy od II RP. Mimo że odziedziczyliśmy kraj ze zdewastowaną infrastrukturą, z liniami podziałów, ojcowie odnowionego państwa naszkicowali strategię, która w 20 lat uczyniła z Polski kraj na ścieżce do nowoczesności.

Czytaj także: Powstaje strategia Polska 2050

Oto jak skalę problemów przedstawiał Eugeniusz Kwiatkowski: „Nasza struktura gospodarcza jest wyjątkowo niekorzystna (...). Wieś polska w XX w. powróciła prawie do gospodarki naturalnej. Szereg potrzeb wsi zaspakaja się w sposób anormalny i niezwykle prymitywny, zapałki dzieli się na części, wraca się do łuczywa, a transport pieszy i kołowy nawet na znaczne odległości przyszedł ponownie – po przerwie od końca XIX w. – do znaczenia”. Skala wyzwań była olbrzymia, a czas ograniczony. Jednak wybór jasnej strategii i jej konsekwentna realizacja przyniosły efekty. To rewitalizacja śląskiego przemysłu, budowa Gdyni, okręgów przemysłowych – centralnego i warszawskiego. Gdyby nie inwazja niemiecka w 1939 r., przy takim tempie rozwoju Polska w połowie lat 40. byłaby silnym organizmem gospodarczym.

Z kolei Polska roku 1989 była zintegrowana w sensie ludnościowym i terytorialnym. Po PRL odziedziczyliśmy postsowiecki model przemysłu i energetyki oraz niedorozwinięte, amorficzne rolnictwo, którego wydolność osłabiały preferencje dla kolektywnych form własności i model hybrydalny, robotniczo-chłopski. Fundamentalne założenia ważnej dla Polski, choć inwazyjnej prywatyzacji pozwoliły rozbroić większość zagrożeń. Nieefektywny model przemysłu ciężkiego należy do przeszłości, sprywatyzowane rolnictwo jest wśród najszybciej rozwijających się w Europie. Na miejsce przemysłu ciężkiego wszedł przemysł lekki, motoryzacyjny, meblarski.

Jednak problemem obecnego modelu rozwoju jest charakterystyka „low cost”. Polska nie stworzyła nie tylko rozpoznawalnych na świecie marek, ale przede wszystkim kapitału niezbędnego do budowy silnych w skali kontynentu branż. Większość polskiego biznesu to małe firmy o małych możliwościach. Dostępne od 2004 r. fundusze europejskie były alokowane głównie w infrastrukturze. Zyskaliśmy wyższy poziom wykształcenia akademickiego, ale w modelu niezbyt wysokich kompetencji. Jednocześnie bezrobocie i brak przełożenia sukcesu ekonomicznego na płace spowodował emigrację ponad 2 mln Polaków. Na ich powrót nie ma szans.

1

Perspektywy rozwojowe Polski są mało optymistyczne. Nie potrafimy ściągać kapitału (jedną z przeszkód jest nacjonalistyczna retoryka rządzących), zapanować nad procesami migracyjnymi i demograficznymi. Brak kapitału powoduje ograniczenia tempa rozwoju firm. Anachroniczna polityka fiskalna i niewłączanie się w procesy globalizacyjne (kurczowe trzymanie się własnej waluty) osłabia naszą wiarygodność i utrzymuje nas w koszyku gospodarek „trzeciego wyboru”. Drenażu polskiego IQ nie kompensują migracje prostej siły roboczej ze wschodu. Iluzja normatywnego podniesienia płac i gwarancji zatrudnienia w formach chronionych kodeksowo (z całym bagażem socjalnym) tylko osłabia nasze szanse. Utrzymywanie anachronicznych, skazanych na dotowanie przemysłów (energetyka węglowa) osłabia perspektywy rozwojowe.

W rządzeniu wciąż brak myślenia ponadsektorowego. Często jeden resort gospodarczy nie ma pojęcia o działaniach drugiego bądź je krytykuje. Oparcie gry w rządzie na wpływach politycznych sprawia, że decyzje są odwlekane bądź podejmowane w oderwaniu od racji merytorycznych. Szczególnie ryzykowne jest uleganie szantażowi roszczeniowo nastawionych związków.

W tym systemie liczy się ten, kto głośniej rezonuje i ma instrumenty nacisku. Stawką są płace i przywileje socjalne. Klasycznym przykładem jest obniżka podniesionego przez poprzednią ekipę wieku emerytalnego. Obietnica wyborcza PiS i wywodzącego się stąd prezydenta została zrealizowana wbrew argumentom ekspertów i tendencjom światowym. Przysporzy problemów finansom publicznym i upośledzi wydrenowany z pracownika narodowy rynek pracy. Mimo pozorów merytokracji dzisiejszy układ rządzący jest więc formacją z gruntu populistyczną. Co więcej, podobne zjawiska dotyczą całego kontynentu, a nawet przekraczają jego granice. O ile jednak w wielu krajach programy socjalne buforowane są przez szybszy wzrost, o tyle w Polsce ich powodzenie wydaje się zależne od światowej koniunktury gospodarczej. Coraz częściej zadajemy sobie więc pytanie: co będzie, gdy ona się skończy. I czy następcy rządzącej ekipy ustrzegą się populizmu?

2

Osobiście nie wierzę w krótkoterminową, radykalną poprawę na linii polityka–gospodarka. Jeśli światowego wielkiego uspokojenia nie przerwie jakiś dramatyczny kryzys, iluzja dobrobytu utrzyma aktualny populistyczny model. Wzrost pod naszą szerokością i długością polityczną będzie balansować na niewielkim poziomie, a ściśnięta kleszczami grup roszczeniowych i upartyjnionej polityki Polska nie będzie w stanie zmniejszyć dystansu do gospodarek Zachodu, nie wspominając już o pędzącej do sukcesu Azji.

Tym ważniejsze jest wytyczenie podstawowych kierunków rozwoju, by przynajmniej częściowo realizować plany na odleglejszą przyszłość niż najbliższa dekada. Zbudujmy koncepcję osi rozwojowych, wokół których należy reformować i rozwijać gospodarkę.

Zacznijmy od wyzwań, wśród których na pierwszym miejscu stawiam demografię. Diagnoza jest prosta: Polska od dziesięcioleci ma negatywny trend demograficzny i rozpraszający się zasób kompetentnej siły roboczej. I tak zostanie. Nie zaradzą temu rządowe programy typu 500+, o których efektach można mówić wyłącznie w kategoriach powolnej eliminacji sfer ubóstwa i nakręcania mechanizmów konsumpcyjnych. Iluzja, że uda się przyciągnąć do kraju ponad 2 mln polskich emigrantów, nie wytrzymuje konfrontacji z realiami gospodarek krajów zachodnich. Będzie więc rodziło się nas coraz mniej, a migracja za pracą do krajów bardziej rozwiniętych może zmaleć, ale nie zniknie.

I tak dochodzimy do pierwszej osi rozwojowej, jaką jest realistyczna polityka migracyjna. Trzeba jednak zacząć od mechanizmów hamujących emigrację Polaków (ulgi podatkowe, czasowe zwolnienia ze składek ZUS etc.), powrócić do idei repatriacji i przygotować mechanizmy absorbcji wolnych zasobów demograficznych ze świata. Z pełnym szacunkiem dla realiów kulturowych nie można liczyć wyłącznie na białego katolika o polskim pochodzeniu. Trzeba się pogodzić z przyjęciem ludności pochodzenia azjatyckiego i afrykańskiego, bo tylko te kierunki będą dysponowały stosowną ofertą.

3

Za drugie wyzwanie uważam rozwój infrastruktury. Dziś nakazem chwili jest reorientacja Polski na wschód. Nie tylko dla wyrównania szans zaniedbanych regionów, ale też dlatego, że leżąc centralnie na mapie Europy, mamy unikalną szansę jako kraj transkontynentalnego tranzytu.

Rządzący mają tego świadomość, lecz są dalecy od przygotowania konsekwentnego planu uczestniczenia w tym światowym przedsięwzięciu tranzytowym. Świnoujski gazoport jest przygotowany do przyjmowania LNG z USA, ale czy jesteśmy gotowi stać się istotnym wkładem do europejskiego systemu? Przez ćwierćwiecze wolnej Polski rozbudowaliśmy lokalne porty lotnicze, ale czy udało nam się stworzyć hub ważny dla Europy?

Dlatego jestem zwolennikiem Centralnego Portu Komunikacyjnego, ale pod warunkiem, że oprócz ruchu pasażerskiego będzie zaprojektowany pod europejskie cargo. CPK musi łączyć ruch kołowy i kolejowy. Ma szanse stać się rozwiązaniem gwiaździstym, które będzie służyć wielokierunkowej dystrybucji w każdy zakątek Polski. Jeśli ten model zostanie powielony w mniejszych polskich portach, będziemy mogli obsługiwać każdy kierunek światowego łańcucha dostaw. Mamy więc drugą oś rozwojową. To zrównoważona regionalnie, gwiaździsta i dostosowana do każdego typu transferu infrastruktura.

4

Nie mam złudzeń, że Polska stanie się drugą Doliną Krzemową. Nasz model uniwersytecki należy do najbardziej anachronicznych w Europie. Nawet jeśli go zreformujemy, przez kilka dekad wciąż będziemy zasilać swoim IQ lepsze placówki akademickie i sekcje R&D światowych potentatów. W myśleniu o rozwoju polskiego biznesu jest potrzebny realizm, a ten podpowiada kilka obserwacji.

Otóż w przewidywalnym czasie nie wejdziemy z modelem polskich „gigantów” w konkurencję z firmami z listy Fortune 500. Większość dominujących w polskiej gospodarce potentatów to firmy z udziałem Skarbu Państwa z całym negatywnym tego bagażem. Po pierwsze, obciążone są synekurami finansowymi i politycznymi. Po wtóre, cierpią na brak stabilnego i kompetentnego kierownictwa, a po trzecie, koncentrują swoją aktywność na rynku wewnętrznym. Mądra władza winna im gwarantować stabilność, przestrzeń do działania, ale iluzją jest marzenie, że Poczta Polska stanie się drugim Apple’em, a Bank Pekao potentatem na miarę HSBC. Rozwiązaniem byłaby prywatyzacja, ale po pierwsze, skutkowałaby tylko ich włączeniem w światowe struktury (często z zatarciem lokalnej tożsamości, vide BZ WBK), a po wtóre, polityczny klimat dla dużych prywatyzacji w przewidywalnym czasie się nie pojawi.

Realizm więc podpowiada, że z małymi wyjątkami nie dochowamy się w Polsce w najbliższych dekadach światowych potentatów. Inaczej jest z mniejszymi firmami, które nazywa się „ukrytymi mistrzami”. To ekspansywne prywatne firmy o aspiracjach międzynarodowych. Ich cechą jest agresywna polityka rozwoju, a celem – regionalna lub światowa dominacja w swoich branżach. Przykłady są liczne: CCC, Inglot, Asseco, Fakro, Res Drob, Delphia czy SECO Warwick. To firmy średniej wielkości, zatrudniające kilka tysięcy pracowników i często na świecie anonimowe, ale mające świetne wyniki. To na nich powinien opierać się rozwój, państwo zaś wszelkimi siłami winno wspierać ich ekspansję. Jeśli kolejni decydenci będą konsekwentni, sektor „ukrytych championów” wytworzy potencjał innowacji, wysoko płatne miejsca pracy etc. Program ukierunkowany na rozwój tej kategorii firm to kolejna oś rozwojowa Polski na drodze do 2050.

5

Nie ma narodowego projektu ekonomicznego nieuwzględniającego kwestii środowiskowych. O tym, jak pominięcie tego czynnika boleśnie rujnuje plany, przekonali się Rosjanie czy Chińczycy. Działalność pierwszych spowodowała katastrofę Jeziora Aralskiego i klęskę ekologiczną w Uzbekistanie, drugich – zanieczyszczenie regionów przemysłowych na niespodziewaną skalę. Szczęśliwie oba kraje dokonały w tej sprawie reorientacji.

Polska polityka w kwestii środowiska jest niekonsekwentna. Z jednej strony ściskają nas kleszcze zeszłowiecznej energetyki węglowej, z drugiej nie udało się przeprowadzić modernizacji infrastruktury grzewczej. Nie podjęto konsekwentnych działań na rzecz energetyki jądrowej, a w sprawie OZE władza wykazuje labilność, raz namawiając inwestorów do inwestycji, kiedy indziej bijąc w nich przepisami. Bliski lobby górniczemu resort energetyki dopuszcza gorszej jakości paliwa, co inne ośrodki rządowe kwestionują. W rezultacie polskie miasta są liderami najbardziej zanieczyszczonych metropolii Europy.

Jednocześnie ta sama Polska jest w ponad 33 proc. zalesiona, ma liczne regiony Natura 2000, rozwinięte rolnictwo i hodowlę. Wobec urbanizacji Europy i rosnącej konkurencyjności na rynku żywności Polska powinna postawić na rozwiązania ekologiczne. Trzeba konsekwentnie zmieniać krajowy miks energetyczny. Wyzwaniem dekady jest unowocześnianie instalacji grzewczych, wspieranie prosumentów, rozwiązania na rzecz OZE i inwestycje w energetykę jądrową. Nie mam wątpliwości, że „zielona” Polska ekologicznej żywności i związanej z naturą turystyki to kolejna oś rozwoju do 2050 r.

6

Wszystkie te cele wymagają sporych nakładów inwestycyjnych. Jak dotąd strategia na rzecz odpowiedzialnego rozwoju premiera Mateusza Morawieckiego nie przynosi planowanej stopy inwestycji na poziomie 25 proc. PKB, więc rządzący przesuwają cel na kolejne lata.

Dla wielu to zastanawiające, bo przecież Polska wciąż jest i będzie beneficjentem funduszy spójności. Mamy więc europejski lewar (innym jest tzw. plan Junckera), który winien wspierać inwestycje samorządowe, centralne i prywatne polskich firm. Ale zarówno poziom oszczędności, jak i wysiłek inwestycyjny w gospodarce są poniżej oczekiwań. Szansą na przełom mogą być pracownicze plany kapitałowe, które będą zasobem kapitału inwestycyjnego.

Wciąż jednak będzie aktualne pytanie, jakie czynniki ograniczają strumień inwestycji. Wiele z nich ma korzenie poza gospodarką: niepewność polityczna i przekonanie o nadmiernej represywności i nieprzewidywalności działań rządzących. Niestabilność wymiaru sprawiedliwości, spór o sądy czy liczne konflikty z UE powodują, że kapitał zaufania społecznego jest w Polsce niewielki i tamuje jej rozwój.

Dlatego za kolejną oś rozwojową uznaję intensywne kreowanie mechanizmów proinwestycyjnych, z wykorzystaniem całego spektrum czynników dostępnych państwu. Jednym z ważnych czynników jest reforma wyższych uczelni w stronę współpracy z biznesem. Problem ten w jakimś stopniu naświetlają zmiany przygotowywane przez Jarosława Gowina, więc w tej sprawie nie są potrzebne dalsze uwagi.

Inna korekta strategii Morawieckiego jest dużo ważniejsza. Plan zakłada równomierny rozwój w skali całego kraju. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem takiego myślenia – poza kwestią infrastruktury. Polsce potrzebna jest koncentracja rozwoju w metropoliach. To trend światowy. Tereny pozamiejskie powinny być domeną zielonej gospodarki, a rosnące miasta – stać się wyspecjalizowanymi hubami, które przyciągają biznes i technologię, dają jej przestrzeń do rozwoju. Metropolia Śląska, Trójmiasto czy Metropolia Warszawa to dobre przykłady takiego właśnie kierunku rozwoju. Wyspecjalizowane, zasobne demograficznie miejskie huby to kolejna oś rozwoju Polski na drodze do 2050.

7

Na koniec pozostaje kwestia geopolityki, a więc narodowej orientacji na osi Północ–Południe, Wschód i Zachód. Nie mam wątpliwości, że tu naszymi wyborami winien rządzić pragmatyzm. Powinniśmy pozostać w centrum UE, stając się jednym z motorów integracji. Oznacza to odważniejszą politykę na linii Warszawa–Berlin–Paryż, szybkie wejście do sfery euro, a zarazem budowanie bi- i multilateralnych układów wpływu z sąsiadami. Mamy swoje interesy z Pragą i Budapesztem, ale też z Wilnem i Rygą.

Polska dyplomacja powinna pamiętać, że Unia to nie tylko wspólnota wartości, ale i wielobiegunowy system gospodarczy. Budowa „Wyszehradów” czy „Trójmorza” ma sens nie jako tworzenie alternatywy dla UE, ale jako forum bliższej kooperacji z sąsiadami. Potrzebna jest redefinicja stosunków ze wschodem. Sojusz i wsparcie dla Ukrainy, ale i nowe ułożenie relacji z Rosją, bo tylko poprawa na linii Warszawa–Moskwa daje nam szansę w projekcie tranzytu transkontynentalnego.

Jeszcze ważniejsze powinny być relacje z USA, które niezależnie od deklaracji kolejnych prezydentów wciąż będą liderem NATO, którego infrastrukturę trzeba w Polsce rozwijać. Obecność sił NATO nad Wisłą wzmocni nas politycznie i da handicap w relacjach z Rosją. W miejsce strachu szybko pojawi się obustronny szacunek.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA