fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nowe technologie

Rosja, Chiny, Korea Płn.: Jak państwa tworzą armie trolli

stock.adobe.com
Publikację, z której wynikało, że wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak miał otrzymywać od internautki Emilii materiały obciążające sędziów krytykujących reformę wymiaru sprawiedliwości i zachęcać ją do ich rozprowadzania, a także m.in. inspirowania materiałów, które miały szkodzić sędziom, Onet zatytułował "Farma trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości". To nawiązanie do słynnej rosyjskiej "Fabryki trolli". To właśnie Rosja była bowiem pionierem w dziedzinie wykorzystywania aktywności "swoich" internautów w interesie władzy.

Trollem nazywa się w internecie osobę, która prowokuje innych, celowo poruszając kontrowersyjny temat, albo naiwnie pytając o coś oczywistego, aby wywołać kłótnię wśród internautów. Nazwa pochodzi od angielskiego określenia "trolling for fish", czyli dosłownie "łowienie ryb na przynętę". Odpowiednio spreparowany komunikat jest właśnie taką przynętą, która ma skierować dyskusję na pożądany przez trolla, budzący emocje temat, albo po prostu wywołać gwałtowną wymianę zdań.

Trolle są znane użytkownikom wszelkiego rodzaju forów dyskusyjnych, na których osoby takie celowo prezentują poglądy sprzeczne z poglądami większością użytkowników danego forum, które są przy tym radykalne, arbitralne i często dogmatyczne - przez co wywołują żywą reakcję kontrdyskutantów.

Rosja

Rosja była pierwszym krajem, który tego typu działania zinstytucjonalizował za sprawą Agencji Badania Internetu (Internet Research Agency – IRA). IRA, stworzona przez "kucharza Putina", oligarchę Jewgienija Prigożyna, zajmowała się koordynowanymi działaniami w internecie, których celem było realizowanie interesów Moskwy.

Trolle z IRA stawiały pierwsze kroki w czasie kryzysu na Ukrainie i po aneksji Krymu, ale prawdziwy popis - o czym świadczy postępowanie zespołu kierowanego przez specjalnego prokuratura Roberta Muellera, badającego m.in. ingerencję Rosji w wybory w USA - dali przed wyborami prezydenckimi w USA w 2016 roku. W ich trakcie - inaczej niż w czasie kryzysu na Ukrainie, gdy "trolle" z IRA zalewały fora dyskusyjne toporną, prorosyjską propagandą, "Fabryka Trolli" działała w bardzo wysublimowany sposób.

Przed rozpoczęciem działań w amerykańskim internecie osoby powiązane z IRA prowadziły "rozpoznanie terenu" w USA, a "trolle" miały szkolić się z rozumienia amerykańskiej polityki oglądając m.in. serial "House of Cards". Już w czasie kampanii rosyjskie trolle koncentrowały się na tzw. różowych stanach - czyli w tych, w których wynik głosowania nie był przesądzony i dbały o to, by wpisy nie pojawiały się np. w środku nocy amerykańskiego czasu (co zawsze jest wskazówką, że wpis wykonano w kraju, który znajduje się w innej strefie czasowej).

Rosyjskie "trolle" w czasie kampanii w USA doskonale wiedziały jakie tematy poruszać, a jakie nie (Rosjanie mieli nie pisać m.in. o Władimirze Putinie i Rosji, bo - jak ich poinstruowano - Amerykanie o tym nie rozmawiają). Mieli się za to koncentrować na tematach budzących kontrowersje społeczne: takie jak prawo do posiadania broni, czy możliwość zawierania małżeństw przez homoseksualistów. Rosyjskie "trolle" umieszczały też informacje na pozór wspierające Hillary Clinton, które jednak miały jej w rzeczywistości szkodzić (za pomocą fałszywych profili na Facebooku promowali m.in. wiec poparcia pod hasłem "Wesprzyj Hillary. Uratuj amerykańskich muzułmanów", potrafili też organizować w jednym miejscu dwa konkurencyjne wiece poparcia (jeden dla Trumpa, jeden dla Clinton).

Aktywność rosyjskich trolli w internecie notowano również po wyborach w USA w 2016 roku, w związku m.in. z referendum ws. niepodległości Katalonii (w których "trolle" wspierały secesję tego regionu), czy debatą o prawie dostępu do broni w USA (gdzie w czasie internetowych dyskusji doprowadzają do zaognienia sporów).

Chiny i Korea Północna

Swoimi "trollami" mają dysponować także Chiny. W ostatni poniedziałek Twitter i Facebook poinformowały, że powstrzymały wspieraną przez rząd kampanię w mediach społecznościowych, której autorzy pochodzili z Chin, a której celem było osłabianie protestów w Hongkongu. Działania te - zdaniem Twittera i Facebooka - były wspierane przez instytucje państwa.

Twitter na swoim blogu informował, że usunięte konta miały na celu osłabienie legalności protestów i ich siły politycznej.

Jako przykład tweeta umieszczanego w sieci w ramach tej operacji Twitter podał wpis ze zdjęciem protestujących wdzierających się do budynku parlamentu w Hongkongu, któremu towarzyszył wpis: "Czy ludzie, którzy wtargnęli do Legco (Legislative Council - Rada Legislacyjna - red.) są szaleni, czy otrzymują korzyści od złych ludzi? To brutalne zachowanie, nie chcemy was, radykałowie w Hongkongu. Wyjedźcie stąd".

Z kolei Facebook podaje przykład wpisów, w których protestujący zostają określeni mianem karaluchów "odmawiających pokazania swoich twarzy".

W tym samym czasie chiński dziennik "The Global Times" chwalił reakcję internautów z Chin na protesty w Hongkongu pisząc, że "Chińscy internauci w sobotę "przetoczyli się przez Facebooka i Instagram z wyrazami potępienia wobec secesjonistycznych wpisów i okazali poparcie dla policji Hongkongu".

Z kolei w 2013 roku media informowały o stworzenia własnej armii "trolli" przez Koreę Północną. Ich rolą miało być ocieplanie wizerunku Kim Dzong Una, a jednocześnie szerzenie propagandy wśród Koreańczyków z Południa. Korea Północna znana jest też z prowadzonych przez hakerów z tego kraju działań, których celem jest m.in. pozyskiwanie dewiz dla władz w Pjongjangu (chodzi o ataki na instytucje finansowe, albo np. giełdy bitcoinów).

Sprawa wiceministra Piebiaka

Urzędnicy Ministerstwa Sprawiedliwości udostępniali wrażliwe informacje z życia co najmniej 20 sędziów. Wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak aranżował i kontrolował akcję, która miała skompromitować szefa Stowarzyszenia "Iustitia" - poinformował w poniedziałek Onet.pl.

Aby zdyskredytować prof. Krystiana Markiewicza, szefa "Iustitii", wykorzystano pogłoski i plotki na temat jego życia intymnego. Dokument w sprawie sędziego przekazała wiceministrowi sprawiedliwości kobieta o imieniu Emilia w czerwcu 2018 roku. Kobieta współpracowała z wiceministrem Łukaszem Piebiakiem. Za jego zgodą anonimowo wysyłała do mediów kompromitujące materiały - ustalił Onet.

- To jest absolutnie zatrważające, że został zbudowany system w państwie, w Ministerstwie Sprawiedliwości, który zmierza do tego, żeby niszczyć konkretnych ludzi, którzy chcą walczyć o praworządność i sprawiedliwość - mówił o całej sprawie prof. Markiewicz.

Kobieta miała dać pracownikom resortu dostęp do swojego konta na Twitterze, by można było skopiować historię jej wpisów, także tych wykasowanych. Prywatnie Emilia jest związana z jednym z pracowników Krajowej Rady Sądownictwa, sędzią, który wcześniej pracował w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Dowody świadczą o tym, że kobieta była w bezpośrednim kontakcie z ministrem Piebiakiem. Za pośrednictwem komunikatorów internetowych ustalała sposoby kompromitowania sędziów w mediach społecznościowych oraz w mediach prorządowych. Plan ten zaakceptował wiceminister.

"Dziękuję bardzo. Teraz trzeba wypocząć by dalej walczyć o dobrą zmianę. O podwyżce się pomyśli" - pisał w jednej z wiadomości wiceminister Piebiak.

Inna rozmowa miała dotyczyć ataku medialnego na sędziego Piotra Gąciarka z warszawskiego oddziału „Iustitii". Materiał na jego temat pojawił się w programie "Alarm" w TVP1.

- Może wybuchnie mała afera w programie Alarm. Mam nadzieję, że nie zawiodłam - pisała kobieta.

W poniedziałek Mateusz Morawiecki poinformował, że poprosił ministra Zbigniewa Ziobro o wyjaśnienia w tej sprawie. Dodał, że decyzję podejmie po otrzymaniu tych informacji.

Do sprawy odniosła się Helsińska Fundacja Praw Człowieka. "Działania te nie mieszczą się w jakikolwiek sposób w standardach państwa demokratycznego, swoim charakterem przypominając raczej kampanię oszczerstw prowadzoną przez aparat państwa przed 1989 r." - czytamy w stanowisku HFPC.

Politycy opozycji, w związku z publikacją Onetu, domagają się dymisji wiceministra Piebiaka i ministra sprawiedliwości, Zbigniewa Ziobry.

Z kolei SLD złożyło zawiadomienie do prokuratury ws. wiceministra Piebiaka.

Kilkanaście godzin po publikacji artykułu w Onecie wiceminister Łukasz Piebiak podał się do dymisji zapowiadając jednocześnie złożenie pozwu przeciw Onetowi.

Według kolejnych materiałów opublikowanych przez Onet to zaufany człowiek Piebiaka, sędzia Jakub Iwaniec z Ministerstwa Sprawiedliwości, dostarczał hejterce wrażliwych danych dotyczących sędziów i wspólnie z Emilią opracował akcję mającą na celu skompromitowanie sędziego Markiewicza.

Po opublikowaniu materiałów dotyczących Iwańca jego delegacja do Ministerstwa Sprawiedliwości została skrócona w trybie natychmiastowym. Poinformował o tym rzecznik rządu Piotr Müller w programie #RZECZoPOLITYCE.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA